Pokazywanie postów oznaczonych etykietą migawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą migawki. Pokaż wszystkie posty

4/01/2018

Marcowe migawki

Marcowe migawki
     Marzec był u mnie dość intensywny, ale i całkiem inspirujący. Była przeprowadzka, poznawanie Evanston, pokazywanie Chicago i ciekawe znaleziska. A jako że migawki ostatni raz wrzuciłam na jesieni, to pomyślałam sobie, że chyba czas najwyższy znów pokazać Wam kilka obrazków z mojego życia. Nie przedłużając zatem- zapraszam!


     Miesiąc rozpoczął się od razu bardzo intensywnie, bo od przeprowadzki. Szczerze mówiąc bałam się tego dnia niesamowicie, bo była to moja druga zmiana miejsca zamieszkania w całym życiu i trochę nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Ale szczęśliwie, dzięki pomocy naszych przyjaciół, wszystko poszło wyjątkowo sprawnie i bezboleśnie. Przez chwilę żyliśmy na kartonach i obiad jedliśmy na takich oto gustownych stolikach,
ale poza tym to dość szybko nam poszło rozpakowywanie i urządzanie. I zaraz po tym, z ogromną przyjemnością, ruszyliśmy na poznawanie Evanston. Właściwie to nieco już to miasteczko znaliśmy, w końcu jest położone zaraz przy Chicago, więc bywaliśmy tu już wcześniej, ale teraz mogliśmy ruszać na miasto jak prawdziwi "lokalsi". I muszę przyznać, że uwielbiam tu mieszkać! Sami zobaczcie kilka zdjęć z miasta:

Bliskość jeziora była dla mnie jednym z głównych kryteriów szukania mieszkania. I tak się złożyło, że od Jeziora Michigan dzieli nas raptem kilka minut!
A jezioro wygląda i brzmi niekiedy jak morze- prawie jak w domu, nad naszym Bałtykiem <3
W centrum Evanston znaleźliśmy rewelacyjną francuską kawiarnię- Paisserie Coralie. Smaki niemal jak w samej Francji, a do tego przeuroczy wystrój! Gorąco polecam!

Evanston to w ogóle bardzo klimatyczne miejsce. Dla mnie bardzo europejskie i szanujące historyczne budynki- uwielbiam!
W Evanston można też wciąż znaleźć parkomaty "na miejscówkę", w Chicago już wyparte przez bardziej nowoczesne parkomaty "na bilecik".
Wisienką na torcie był dla mnie ten oto... salon fryzjerski! Salon "As you like it" to przy okazji galeria sztuki wystawiająca prace lokalnych artystów. Na zdjęciu- poczekalnia. Nic tylko czekać i czytać!



Spójrzcie tylko na ten fotel po lewej stronie zdjęcia! Magia!
Trafiłam też na niesaowity antykwariat, w którym można znaleźć prawdziwe perełki, takie jak te na zdjęciu. Spójrzcie tylko na lata wydań! Wspaniale było trzymać te ślady historii w swoich rękach. A jedną, prawie 100-letnią książkę nawet zakupiłam ;)

     Ale nie samym Evanston człowiek żyje! Muszę się Wam pochwalić, że w marcu miałam również przyjemność odbyć bardzo miłe spotkanie. Marcin Pośpiech z Trójka Polskie Radio przyleciał do Chicago nagrać reportaż o życiu w mieście, a ja częściowo byłam jego przewodnikiem. Reportaż moim zdaniem wyszedł rewelacyjne, a wszystkie jego części, w tym także dwie z moim udziałem, możecie odsłuchać TUTAJ. (Pięć plików audio znajduje się w lewej szpalcie strony).


     W marcu również mogłam w końcu odebrać mój dyplom. I pochwalę się, bo tych kilka lat mojej edukacji skończyło się tytułem z high honors ;) Wiem, że w Polsce trochę nie wypada się chwalić, ale ja naprawdę jestem z siebie dumna, bo wiem ile pracy i wysiłku mnie to kosztowało. Wiem też jak studia w USA zmieniły moje postrzeganie kraju, a także... samej siebie. Świetne doświadczenie, każdemu polecam!


    Z innych tematów, to na Facebook'u podzieliłam się z Wami również poniższym zdjęciem. Jak widzicie, Amerykańskie leniuszki wszystko mają na wyciągnięcie ręki na sklepowych półkach- nawet ugotowane na twardo i obrane jajka oraz jajka w płynie. 


    Ale żeby nie było tak kolorowo i wesoło, to wspomnę również o pewnym zdarzeniu, które niesamowicie wyprowadziło mnie z równowagi pewnego poranka. Otóż, jak część z Was pewnie wie, należę do Klubu Polki na Obczyźnie. Jest to wirtualny klub, który zrzesza emigrantki-blogerki z całego świata. Robimy wspólne projekty, razem blogujemy, a za kuluarami, na wewnętrznym forum, dzielimy się opowieściami o blaskach i cieniach emigracji, które tylko inna emigrantka zrozumie. W marcu ruszyłyśmy z nowym projektem: portalem o emigracji, a Wirtualna Polska zrobiła o nas artykuł (możecie go znaleźć TUTAJ). Super sprawa, szkoda tylko, że w komentarzach pojawiło się tak wiele bezsensownego hejtu i nienawiści, że nie byłam w stanie tego przetrawić. Jeśli ktoś z Was jest w stanie wytłumaczyć mi, co ci ludzie mają w głowach, to bardzo proszę o wyjaśnienie. Poniżej kolaż kilku z tych obrzydliwych komentarzy, a cały mój post na Facebook'u oraz interesującą dyskusję, która rozwinęła się pod nim, możecie znaleźć (i dołączyć się) klikając TUTAJ.


    I już na sam koniec, żeby mimo wszystko zakończyć pozytywnie, chciałabym Wam serdecznie podziękować za wszystkie Wasze odwiedziny, komentarze, wiadomości i polubienia, bo tak się składa, że w marcu stuknął milion Waszych wejść na bloga! Serdecznie dziękuję i zapraszam częściej :)


     A tych, którzy przegapili informuję, że w marcu na blogu pojawiły się dwa nowe posty: → o szukaniu mieszkania w Chicago, oraz → pierwsza część relacji z Lazurowego Wybrzeża. Zapraszam!

10/06/2017

Wrześniowe migawki

Wrześniowe migawki
     Nie do wiary, jak ten czas ucieka! Dopiero co cieszyłam się na nadchodzące lato, a tymczasem już zastała nas jesień. Przynajmniej ta kalendarzowa, bo póki co temperatury w Chicago wcale na jesień nie wskazują- mniej więcej w połowie września padł kolejny rekord ciepła, gdy przez 6 dni z rzędu termometry wskazywały ponad 30 stopni, a i nawet teraz temperatury w ciągu dnia spokojnie dochodzą do 20-25 stopni Celsjusza. Taką jesień to ja lubię! Pomimo napiętego grafiku, o którym wspominałam TUTAJ, starałam się chociaż trochę wykorzystać tę piękną pogodę. I w dużej mierze właśnie o tym będą wrześniowe migawki. Zapraszam!


  Początek września w Ameryce to przede wszystkim długi weekend z okazji Dnia Pracy. Tak przy okazji- dacie się trochę zaskoczyć ciekawostkami o Labor Day? Wystarczy kliknąć TUTAJ. My w tym roku długi weekend spędziliśmy dość leniwie i... zwyczajnie, ale także zmotywowaliśmy się, by zaznać trochę ruchu i wraz z Isią z bloga Co kraj to... udaliśmy się na kilkunastokilometrowy spacer do Busse Woods.  Bilans kalorii zdecydowanie uregulowany!

    Długi, wrześniowy weekend to też czas, gdy w Chicago odbywa się całkiem spory polonijny festiwal- Taste of Polonia. W tym roku moim zdaniem wyjątkowo udany, bo na scenie wystąpił mój ukochany T. Love :) To już ich drugi koncert w tym roku, który udało mi się zahaczyć, a chyba szósty tak w ogóle i muszę przyznać, że Chłopaki na scenie chyba nigdy mi się nie znudzą! W tym roku na Festiwalu udało mi się także spotkać Bruce'a Raunera, Gubernatora Stanu Illinois.

T.Love na scenie
Bruce Rauner, Gubermator Illinois, także odwiedził Taste of Polonia. To ten uśmiechnięty pan w koszuli w kratę :)
Wystawa przedstawiająca historię Polonii w Chicago
Można także było zjeść trochę polskiego jedzenia. Dla Polaków nic nadzwyczajnego, ale znam sporo amerykańskich fanów naszej kuchni :)
Jak zawsze sporo było też stoisk z polskimi wyrobami, na przykład biżuterią z bursztynem.
     W kilka dni po Labor Day, Amerykę spotkały trudne chwile- nadciągnął Huragan Irma. Wiem, że sporo się o nim mówiło w Polsce, więc nie będę powielać informacji. Muszę jednak przyznać, że ten rok wydaje się być bardzo nieprzychylny- każdego tygodnia przychodzi kolejny huragan, wprawdzie nie o takiej sile jak Irma, ale jednak południowy-zachód Stanów nie ma lekko tej jesieni. Wracając jednak do Irmy. My tu w Chicago byliśmy całkowicie bezpieczni, ale jednak trzeba przyznać, że w tamte dni cała Ameryka była razem z Florydą. Oglądaliśmy też relacje na żywo z internetowych kamerek nadających z różnych części Florydy. I tak na przykład, zaledwie na kilka godzin przed głównym uderzeniem Irmy w południowy zakątek Stanów, Key West, mogliśmy oglądać takie widoki, jak te poniżej. Doprawdy, ludzie nie przestaną mnie zaskakiwać.



     Jak zapewne wiecie, 31 października Amerykanie będą obchodzić Halloween. Nie dalej jak na początku września, zaczęły więc otwierać się specjalne sezonowe halloweenowe sklepy, a w regularnych supermarketach zaczęły pojawiać się kostiumy, na przykład takie jak te:




     Jednak bardziej niż wątki Halloweenowe, Wasze zainteresowanie na Fejsbuku wzbudził wątek... bożonarodzeniowy. Bo tak, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, to wrzesień jest również czasem, gdy sklepy wyrzucają na półki dekoracje bożonarodzeniowe. I to często są to produkty od razu na wyprzedaży. Jak na przykład w Kohlsie, na zdjęciu poniżej.


    Podobnie duże zainteresowanie na Fejsbuku, jak wątek świąteczny, wzbudził wątek toaletowy. Dokładnie ten, mający swoje źródło w jednym z lokalnych klubów:


Ale wróćmy do tej ładnej, letniej pogody, którą tak zachwalałam na wstępie. Korzystając z przyjemnej aury, udaliśmy się do Ogrodu Botanicznego, który uwielbiam, a ostatnio jakoś nie mogliśmy się tam wybrać. Akurat trafiliśmy na kiermasz ogrodniczy, co dodało uroku temu popołudniowi.









I na sam koniec jeszcze kilka całkowicie niepowiązanych ze sobą zdjęć:

Któregoś dnia w sklepie kosmetycznym ULTA trafiłam przypadkowo na kampanię SmashBox. Panie były profesjonalnie traktowane przez makijażystów, a następnie pozowały do zdjęć jako modelki. Takich tłumów w Ulcie chyba nigdy nie widziałam!

 Podpis zdjęcia z FB: "Tak bardzo amerykańsko zrobiło się dziś w autobusie. Z jednej strony miłośnik sportu- fan chicagowskiej drużyny baseballowej Chicago Cubs, oczywiscie obowiązkowo w czapce z ostatnich rozgrywek, kiedy to Cubsi zdobyli tak wyczekiwany puchar. Z drugiej strony dziewczyna, pracownica McDonald's, z gustowną pracowniczą czapeczką przyczepioną do torebki Calvina Kleina. Wielokrotnie to już powtarzałam- nieważne jaką pracę wykonujesz w USA, tu po prostu Twoj pieniądz jest coś wart. No, a z drugiej strony, znając tutejsze przeceny, jestem w stanie uwierzyć, że ta torebka mogła kosztować jakieś 40 dolarów..."


I na sam koniec, w razie gdyby ktoś przegapił, przypominam o czym pisałam we wrześniu:

Tak sobie teraz patrzę i widzę, że nawet nie najgorzej upłynął mi ten ostatni miesiąc ;) A co tam u Was ciekawego się wydarzyło?

9/09/2017

Wakacyjne migawki, czyli gdzie byłam jak mnie nie było

Wakacyjne migawki, czyli gdzie byłam jak mnie nie było
     Jestem! Wróciłam! Żyję! Trochę mnie nie było, a w międzyczasie tak dużo się wydarzyło, że jestem chyba winna małe wyjaśnienia, co też właśnie czynię. A że i samych migawek nie było już pół roku (!!!),  to postanowiłam podrzucić Wam trochę zdjęć. Tylko uprzedzam, tym razem będzie wyjątkowo nieamerykańsko jak na ten chicagowski blog :)


    Jak część z Was pewnie wie z Fejsbuka, na początku lipca poleciałam na wakacje do Polski. Było niesamowicie intensywnie, jak to zazwyczaj na moich wakacjach, i te pięć tygodni urlopu minęło wyjątkowo szybko. Odwiedziliśmy kilka pięknych miejsc w Europie i chciałabym im poświęcić odrębne posty, bo w 100 procentach na to zasługują, ale dajcie mi jeszcze trochę czasu. Idzie zima, więc przyjemnie będzie wspominać lato ;)

Zamek Książąt Pomorskich w Szczecinie
 Ale po kolei. Wakacje rozpoczęliśmy od krótkiego pobytu w moim Szczecinie. Raptem cztery dni po przylocie byliśmy już w samolocie na Majorkę, by odwiedzić moją przyjaciółkę. Ja już miałam okazję na Majorce być, więc mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać, ale dla Daniela był to pierwszy raz i fajnie się czułam w roli takiego "trochę-przewodnika" :) 

Oryginalne, hiszpańskie tapas nie mają sobie równych!
Sa Calobra- miejsce, które pokochałam przy poprzedniej wizycie i musiałam tam wrócić!
Katedra w Palma de Mallorca
 Byliśmy w pięknych zakątkach wyspy, objedliśmy się tapas, opiliśmy sangrii i kilka dni później ruszyliśmy spełnić moje wieloletnie podróżnicze marzenie- polecieliśmy na Lazurowe Wybrzeże! Muszę przyznać, że lecąc tam, byłam pełna obaw- tyle lat oczekiwania na zobaczenie tego rejonu Francji, to i oczekiwania rosły, a tym samym bardzo nie chciałam poczuć się zawiedziona. Nic takiego się nie wydarzyło! Na Lazurowym Wybrzeżu spędziliśmy zaledwie kilka dni, ale wystarczyło mi by poczuć, że to tam właśnie powinnam mieszkać! Słońce, morze, język francuski, pyszne jedzenie- po prostu idealnie. Więcej opowiem Wam o tym w oddzielnym poście, bo już czuję, że zaczynam się za bardzo rozpisywać, jak na format migawek :) Dziś tylko kilka zdjęć, całą resztę zostawiam na później!
Eze- jedno z piękniejszych miejsc, w jakich kiedykolwiek byłam!

Lazurowa woda w Monako. No filter needed.    
Pożegnanie z Niceą. Wrócę na pewno!
Z Francji wróciliśmy do Polski i zaraz na drugi dzień ruszyliśmy na Mazury do mojego dziadka. Tak naprawdę czas spędzony na Mazurach był jedynym tygodniem tych wakacji, kiedy miałam czas spokojnie usiąść i zwyczajnie... nic nie robić ;) Bardzo żałowałam jedynie jednej rzeczy- raptem półtora tygodnia przed moim przylotem do Polski zmarła moja ukochana babcia i nie mam słów, żeby opisać, jak bardzo mi jej wtedy brakowało i właściwie brakuje każdego dnia...


Z Ełku wróciliśmy do Szczecina, ale znów tylko na moment, bo za chwilę każde z nas jechało na "swój" festiwal- Daniel ruszył do Wolina na Festiwal Wikingów, a ja pojechałam na mój ukochany Woodstock. Jak zwykle był to cudownie spędzony czas i już myślę co by tu zrobić, żeby za rok znów udało mi się tam być :) Dwa najlepsze koncerty- zdecydowanie Hey i The Bill. Muszę też wspomnieć o moim odkryciu- The Slaves. Na początku miało nas nie być na tym koncercie, ale potem przeczytaliśmy, że jest to odkrycie brytyjskiej sceny punk-rockowej, więc jednak poszliśmy. I było niesamowicie! Na scenie tylko dwóch facetów- jeden grał na gitarze, a drugi grał na perkusji, śpiewał i biegał po scenie. Zamieszania było jak przy zwykłym, kilkuosobowym składzie. Coś niesamowitego!


Rozpoczęcie festiwalu
Podczas konceru The Slaves na niebie pojawiła się przepiękna, podwójna tęcza, na calutkie niebo!

Po powrocie z Woodstocku skupiłam się już tylko na spotkaniach z przyjaciółmi w Szczecinie. Ostatnie półtora tygodnia było przez to niesamowicie wartościowe i jak zwykle te wszystkie spotkania dodały mi mnóstwo siły, której potrzebowałam po potwornie ciężkiej dla mnie pierwszej połowie roku, a także przed nowymi wyzwaniami czekającymi na mnie w Chicago.

Finał regat Tall Ship Races w Szczecinie
Spacer z mamą zawsze na propsie ;)
A jakież to wyzwania czekały na mnie w Chicago? Przede wszystkim nowa praca, o której wiedziałam już przed wyjazdem na wakacje. W końcu całkowicie w zawodzie i już mogę otwarcie powiedzieć, że jeszcze przed ukończeniem szkoły mam już szansę pracować jako paralegal :) Za mną pierwsze trzy tygodnie i póki co całkowicie czuję, że jestem na swoim miejscu. W ogóle czuję się silna i szczęśliwa, jak już dawno się nie czułam. Mam nadzieję, że w tym momencie nie zapeszam i wszystko dalej będzie zmierzało w tak dobrym kierunku, jak zmierza od kilku tygodni. Trzymajcie kciuki! Jeszcze tylko ostatnia prosta w szkole- ostatni semestr, ostatnie trzy przedmioty i w połowie grudnia będę mogła cieszyć się ostatnimi egzaminami. Ogromna ulga! Choć jak znam siebie... pewnie za jakiś rok zatęsknię za szkołą i znów coś wymyślę ;)

I tak na szybko to tyle u mnie. Jak widzicie, mam teraz trochę zajęć, więc przyznaję szczerze, że trudno mi znaleźć czas, a niekiedy także siłę, na regularne posty. Mam jednak nadzieję, że wkrótce to się zmieni. Póki co mogę na pewno powiedzieć, że już w piątek pojawi się kolejny post, tym razem z jesiennego projektu Klubu Polki. Zapraszam Was również na Fejsbuka, tam jak zwykle jestem trochę częściej.


Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger