Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

10/15/2019

Polskie wybory parlamentarne w USA. Trochę pokazuję, trochę wyjaśniam.

Polskie wybory parlamentarne w USA. Trochę pokazuję, trochę wyjaśniam.
     W minioną sobotę, 12 października, Polacy mieszkający w Stanach Zjednoczoncyh ruszyli do urn, by wraz z rodakami w kraju wybrać, kto przez następne cztery lata będzie sprawował rządy nad Wisłą. Czy naprawdę tak wielu Polaków głosowało w USA? Z jakimi problemami musieli się zmierzyć? Jak wygląda praca komisji wyborczej? I czy Polonia w ogóle powinna głosować? O tym wszystkim w dzisiejszym poście. Zapraszam!


Głosować czy nie?

     Na początek chciałabym rozprawić się szybko z chyba najbardziej kontrowersyjną, choć nieuniknioną, częścią tego posta i całej okołowyborczej tematyki, a mianowicie czy Polacy powinni głosować w polskich wyborach mieszkając na stałe za granicą? Tej kwestii poświęciłam dość obszerny post przed poprzednimi wyborami cztery lata temu i można go przeczytać TUTAJ. Moje zdanie od tamtej pory zbytnio się nie zmieniło i, w dużym skrócie, wciąż uważam, że osoby mieszkające na stałe za granicą, nie mające żadnych konkretnych interesów w Polsce (rodzina to nie interes), a więc niepłacące tam podatków, a także nieplanujące realnie rychłego powrotu do Polski, nie powinny w takich wyborach uczestniczyć. Szanuję jednak odmienne opinie i nikogo do swojego zdania przekonywać nie zamierzam.

Komisja wyborcza
 
     W tym roku, po raz pierwszy w Chicago uczestniczyłam w wyborach jeszcze od innej strony- zasiadając w obwodowej komisji wyborczej. Niesamowite doświadczenie! Potwornie wyczerpujące (ponad 22 godziny pracy bez przerwy, co odsypiałam przez kolejnych godzin osiemnaście), ale dzięki temu, że cała nasza komisja składała się z niesamowitych, sympatycznych, inteligentnych i wesołych osób, praca szła niezwykle sprawnie i szczerze mówiąc chyba nie mogłabym wyobrazić sobie lepszego składu.

     Na Fejsbuku wyraziliście zainteresowanie pracą w komisji wyborczej, więc pozwolę sobie odpowiedzieć na kilka najczęstszych pytań.
  • Jak dostać się do komisji wyborczej?
     Odpowiednio wcześnie przed wyborami zgłosić się do komitetu wyborczego lub konsulatu. Ponadto, trzeba posiadać ważny polski paszport i pełnię praw publicznych oraz mieć skończone 18 lat. Ja akurat dostałam informację o naborze do komisji bezpośrednio od osoby pracującej w konsulacie i postanowiłam skorzystać, poszerzając swój wachlarz doświadczeń. Koniec końców, zostałam przewodniczącą.
  • Czy praca w komisji jest pro bono?
     I tak, i nie. Istnieją odgórnie ustalone stawki za pracę w komisji wyborczej (w tym roku między 350 a 500 złotych, czyli w granicach około 90-130 dolarów), jednak nakład wysiłku i godzin jest tak znaczący, że większość osób traktuje to wynagrodzenie raczej jako miły dodatek do pracy społecznej niż konkretne wynagrodzenie.
  • Jak wygląda praca komisji wyborczej?
     Jeszcze przed wyborami komisja musi odbyć przynajmniej jedno spotkanie organizacyjne. My takie spotkania mieliśmy dwa: jedno czysto organizacyjne, a drugie w przeddzień wyborów, by odpowiednio przygotować lokal wyborczy do głosowania (między innymi by odebrać wszystkie materiały z konsulatu, przygotować stanowiska do głosowania i stół dla komisji, oraz rozwiesić odpowiednie obwieszczenia). Ponadto, w tygodniu poprzedzającym wybory w konsulacie odbywały się szkolenia dla osób zasiadających w komisji, z których moim zdaniem warto było skorzystać.
     W samym dniu wyborów komisja musi spotkać się przynajmniej godzinę przed rozpoczęciem głosowania (czyli o 6 rano), by ostatecznie przeliczyć i ostemplować karty do głosowania oraz dopełnić resztę procedur. Już na tym etapie prac komisji mogą towarzyszyć mężowie zaufania i obserwatorzy.
     Od godziny 7 do 21 trwa głosowanie. W tym czasie komisja przede wszystkim wydaje karty do głosowania na podstawie ważnego paszportu i wpisu do spisu wyborców, ale także dba o porządek w lokalu wyborczym i stoi na straży, by nie dochodziło do agitacji i zakłócania ciszy wyborczej. Muszę przyznać, że głosowanie w "mojej" komisji przebiegało bardzo sprawnie, a wyborcy przychodzili uśmiechnięci i bez potrzeby zakłócania ogólnego porządku i powagi głosowania. No, może poza jakimiś drobnymi wyjątkami, ale to raczej nieuniknione.
     O godzinie 21 komisja zamyka lokal wyborczy i przechodzi do liczenia głosów. W moim odczuciu jest to najtudniejsza część pracy w dniu wyborów. Po pierwsze dlatego, że w grę wchodzi tu już solidne zmęczenie. Po drugie, liczenie kilkuset czy kilku tysięcy głosów tak czy inaczej jest wyczerpujące. Po trzecie, nigdy nie wiadomo, co wyjdzie w trakcie. I nie chodzi mi tu nawet o wynik wyborów per se, ale o różne nieścisłości, które mogą wyniknąć podczas liczenia i które komisja musi później wyjaśniać, jak chociażby niezgodność kart wydanych i kart wyjętych z urny (dlatego w imieniu osób pracujących w komisjach proszę- nigdy nie wynoście kart z lokalu wyborczego!). Na tym etapie jest również więcej niż pewne, że w lokalu pojawi się jakiś mąż zaufania lub obserwator. U nas na szczęście wszystko przebiegło bezproblemowo, karty nam się zgadzały, nie mieliśmy żadnych nieścisłości, mężowie zaufania nie mieli uwag do naszej pracy i zaledwie po niecałych trzech godzinach skończyliśmy liczyć głosy i wypełniać protokoły. Tyle tylko, że dopóki komisja nie dostanie zatwierdzenia protokołów z Warszawy, nie może się rozejść. Więc my na nogach byliśmy łącznie ponad 22 godziny.

Lokal wyborczy w Chicago na krótko przed rozpoczęciem głosowania

Jak głosować za granicą?

     Jak głosować za granicą (o ile w ogóle)? Na podstawie informacji o przebiegu głosowania w różnych komisjach wyborczych, wypunktowałam kilka etapów, na których potencjalnie najczęściej może dojść do błędu uniemożliwiającego głosowanie. 
     Po pierwsze- zarejestruj się. Wiele osób zwyczajnie o tym zapomina albo nie wie, że do każdych wyborów trzeba się zarejestrować oddzielnie. Z czego to wynika? Jeśli mieszkamy w Polsce, w spisie wyborców znajdujemy się z automatu. Jeśli chcemy głosować za granicą, wówczas właściwy organ administracyjny w Polsce wykreśla nas z lokalnego spisu wyborców i dodaje do spisu za granicą, ale tylko na czas tych jednych wyborów. 
     Z tym wiąże się jeszcze jedna uwaga- upewnij się, że rejestrujesz się we właściwym lokalu wyborczym. Na przykład w tym roku mieliśmy sytuację, że w naszej komisji pojawiły się osoby, które omyłkowo zarejstrowały się do głosowania w zupełnie innym stanie... Niestety, nie mogliśmy im pomóc, gdyż komisja nie ma uprawnień, by dokonywać zmian w spisie wyborców. Jedyną opcją jest dopisanie wyborcy do dodatkowej listy, ale tylko gdy taka osoba przyjdzie z odpowiednim zaświadczeniem ze swojej gminy w Polsce lub od konsula. 
     Po trzecie, najlepiej rejestruj się samodzielnie. Rejestrować można się na kilka tygodni przed wyborami przez internet (zajmuje to jakieś 3 minuty) albo telefonicznie poprzez konsulat. Wiem, że w Chicago niektóre organizacje polonijne również pośredniczyły w rejestracji wyborców. Zdecydowanie jednak odradzam rejestrowanie się poprzez prywatnych pośredników, bo niestety słyszałam o sytuacjach, gdy osoby owym pośrednikom płaciły, a mimo wszystko w spisie wyborców się nie znalazły. 
     Po czwarte, pamiętaj, że w Stanach Zjednoczonych głosuje się dzień wcześniej niż w Polsce. Wynika to z kilkugodzinnej różnicy czasu między Polską a różnymi stanami i konieczności zakończenia głosowania w USA przed końcem ciszy wyborczej w Polsce. 
     Po piąte, głosując zza granicy, oddajesz głos w okręgu warszawskim i wybierasz spośród tamtejszych kandydatów. 
     Po szóste, przyjdź z ważnym polskim paszportem. Żaden inny dokument nie pozwoli Ci uzyskać karty do głosowania. 
     I w końcu, i jest to mój osobisty apel: zanim pójdziesz do urny, zainteresuj się rzetelnie sytuacją w Polsce, poczytaj wiarygodne źródła, sprawdź programy wyborcze partii i dopiero wtedy głosuj. Mieszkanie za granicą, szczególnie dłuższy czas, oddala od polskich realiów. Jak nie masz pojęcia, co się dzieje w Polsce, to głosowanie nie jest Twoim obywatelskim obowiązkiem.

Moje spostrzeżenia z dnia wyborów

     Przede wszystkim muszę głośno powiedzieć, że Polacy przychodzący głosować byli niesamowicie mili i uśmiechnięci. Bardzo to ułatwiało naszą pracę i rozgrzewało serce. Wiele osób zagadywało do nas, żartowało, czy dzieliło się swoimi krótkimi opowieściami. Były też osoby, które z widocznym wzruszeniem i tremą przyznawały, że będą głosować po raz pierwszy w życiu i prosiły o wyjaśnienie zasad głosowania. Oczywiście, trafiły się też pojedyncze wyjątki osób, którym nic nie pasowało od samego przekroczenia progu aż do wyjścia, a hitem już była osoba, która popijając kawę udostępnioną w naszym lokalu wyborczym i patrząc prosto w nasze oczy wyraziła głośne powątpiewanie, czy aby na pewno będziemy uczciwie liczyć głosy.
      Muszę też przyznać, że wyborcy ewidentnie znali zasady głosowania, ponieważ w urnie znaleźliśmy jedynie kilka głosów nieważnych w głosowaniu do sejmu, i jedynie kilka więcej w głosowaniu do senatu, przy czym te nieważne głosy do senatu zdecydowanie świadczyły o tym, że dane osoby nie znalazły na liście odpowiedniego dla siebie kandydata, a nie że nie znały zasad oddania ważnego głosu. Były więc zarówno karty puste, karty z zaznaczonymi wszystkimi kandydatami, jak i karty... z dopisanymi propozycjami własnymi.
    Podczas całego dnia najbardziej chwyciła mnie za serce sytuacja, gdy przyszła do nas całkiem młoda kobieta trzymająca za rękę swoją babcię. Owa babcia przyleciała do niej w odwiedziny z Polski, ale niestety zapomniała dopełnić formalności i nie mogła zagłosować za granicą. Widać było szczery żal w oczach tej kobiety, ale jej smutek rozproszył się nieco, gdy mogła sobie zrobić zdjęcie z urną wyborczą. 
      Na sam koniec muszę też przyznać, że zostaliśmy niezwykle serdecznie przyjęci przez budynek, który udostępnił nam pomieszczenie na lokal wyborczy. Podczas przygotowań do dnia wyborów mogliśmy liczyć na dużą pomoc organizacyjną, a w sobotę zapewniono nam nie tylko zapas kawy na cały dzień, ale także nieco słodkości i pizzę. Niby drobiazgi, ale ja bardzo doceniam takie ludzkie gesty.


Wyniki głosowania w Stanach Zjednoczonych

     W tym roku w Stanach Zjednoczonych utworzono rekordową liczbę komisji wyborczych- aż 48. We wszystkich komisjach zarejestrowało się około 33 tysiące wyborców (głos oddało 30 tysięcy), a frekwencja wyniosła 91%. Co nam mówią te liczby? Po pierwsze, że patrząc na to, że w całych Stanach mieszka co najmniej kilka milionów Polaków, to zainteresowanie wyborami w moim odczuciu wcale nie było tak duże. Dla porównania, w samych tylko Niemczech głos oddało ponad 28 tysięcy osób, a w Wielkiej Brytanii do urn poszło ponad 74 tysiące Polaków. Moim zdaniem powód jest dość oczywisty- emigracja amerykańska jest jednak dużo starsza niż ta europejska, a tym samym bardziej oddalona od Polski i jej aktualnych realiów. Co do frekwencji natomiast, to wysokie liczby wcale mnie nie dziwią. Skoro już ktoś bowiem poczynił trud, by do wyborów się zarejestrować, to znaczy że chce w nich uczestniczyć i o ile coś nie stanie mu na drodze, swój głos odda. Zastanawiam się także, jak ta emigracyjna frekwencja wpływa na poziom frekwencji warszawskiej, która chyba zawsze jest najwyższa w kraju. Może warszawiacy wcale nie są aż tak aktywni, a swoje frekwencyjne rekordy zawdzięczają emigrantom właśnie?

     Jeśli chodzi o wyniki głosowania do sejmu w samym Chicago, to zgodnie z danymi podanymi przez Ambasadę RP w Waszyngtonie, głosy zostały rozdzielone następująco:
Lista 1-  PSL                                       226 głosów
Lista 2-  PIS                                      8092 głosy
Lista 3-  Lewica                                  508 głosów
Lista 4-  Konfederacja                        949 głosów
Lista 5-  Koalicja Obywatelska        1950 głosów

Wyniki głosowania do Sejmu udostępnione przez Ambasadę RP w Waszyngtonie
      Jeśli chodzi natomiast o wybory do senatu, to w Chicago z miażdżącą przewagą zwyciężył Marek Rudnicki, który startował z listy PiS. Był to kandydat polonijny, znany w chicagowskim środowisku lekarz, więc podejrzewam, że ten fakt miał duży wpływ na jego wysoki wynik w Wietrznym Mieście. Ostatecznie jednak mandatu senatorskiego nie uzyskał.

___________________________________

     I to tyle z mojej strony, jeśli chodzi o głosowanie w Chicago. Dajcie znać, jeśli macie jakieś pytania. A może głosowaliście w innych miejscach na świecie i chcecie się podzielić swoimi doświadczeniami?


7/02/2018

Czy kobiety w Ameryce są bezpieczne?

Czy kobiety w Ameryce są bezpieczne?
     Stany Zjednoczone. Gospodarcza potęga świata, symbol kapitalizmu, kraj głośno mówiący o potrzebie walki o równość i prawa wszystkich mniejszości, jak również kobiet. A jednak coś poszło nie tak, skoro według ostatniego badania przeprowadzonego przez Thomson Reuters Foundation, Stany Zjednoczone znalazły się na 10. miejscu zestawienia krajów najbardziej niebezpiecznych dla kobiet. Jako jedyny kraj "zachodni" w pierwszej dziesiątce i w towarzystwie takich państw jak Indie, Arabia Saudyjska, Syria, Afganistan czy Somalia. 


     Jak to możliwe? W badaniu wzięte zostały pod uwagę takie aspekty jak: dostęp kobiet do służby zdrowia (w tym świadomość i zapobieganie HIV/AIDS), handel żywym towarem, dyskryminacja, tradycje kulturowe (np. wymuszone małżeństwa, kamieniowanie, czy oblewanie kwasem w ramach ukarania) czy nadużycia seksualne. O ile z negatywnymi dla kobiet tradycjami kulturowymi  czy dostępem do służby zdrowia Ameryka względnie nie ma problemu i w tych dziedzinach znajduje się poza pierwszą dziesiątką zestawienia, o tyle kwestia przemocy seksualnej, molestowania, gwałtów, czy przemocy psychicznej względem kobiet jest jak widać w Ameryce niestety problemem dość dużym. Dużym do tego stopnia, że pod względem przemocy seksualnej wobec kobiet Stany Zjednoczone znalazły się na niechlubnym 3. miejscu, a pod względem przemocy nieseksualnej (czyli np. przemocy psychicznej czy przemocy domowej), na 6. miejscu zestawienia Thomson Reuters Foundation.

  
     Duży udział w nagłośnieniu przemocy wobet kobiet w Stanach Zjednoczonych miała zapoczątkowana w zeszłym roku akcja #metoo. Akcja ta rozpoczęła się od obnażenia wieloletnich działań i nadużyć seksualnych Harvey'a Wiensteina, bardzo szybko rozprzestrzeniając się na całe Hollywood, a wkrótce potem zarówno na Amerykę, jak i inne państwa. Okazało się, że problem molestowania seksualnego kobiet przez wiele lat był uciszany i zamiatany pod dywan, a kiedy w końcu zaczęło się o nim mówić, jego rozmiar przeraził świat zachodni. Kobiety zaczęły głośno opowiadać o swoich traumatycznych przeżyciach i historiach, a na szerokim forum rozpoczęła się dziwna, choć chyba jednak potrzebna, dyskusja nad tym, gdzie kończy się zalotne pochwalenie wyglądu, a gdzie zaczyna molestowanie. Długa droga jednak przed nami, skoro świat, w szczególności media i szeroko rozumiana pop-kultura,  wciąż pozwalają na seksistowskie komentarze, a catcalling uznawany jest za uliczną formę komplementu.

     Ale nie tylko z molestowaniem ma problem Ameryka, nie bez powodu znalazła się w końcu na trzecim miejscu w kategorii przemocy seksualnej. Są bowiem jeszcze zgwałcenia. Kiedy ostatnio trafiłam na zeszłoroczne statystki HuffingtonPost, aż krew zmroziła mi się w żyłach. Średnio 321,5 tysiąca osób jest każdego roku gwałconych w Stanach Zjednoczonych, z czego aż 90% stanowią kobiety. 7 na 10 gwałtów dokonywanych jest przez osobę znaną ofierze. 13% ofiar gwałtów dokonuje próby samobójczej. I, uwaga teraz, 99% gwałcicieli unika odpowiedzialności karnej. Bo jest niska wykrywalność. Bo więzienia są przepełnione. Bo nie było wystarczająco dowodów. Bo ofiara bała się zgłosić przestępstwo. Bo to przecież mąż, więc może. Bo na randce to nie gwałt. Bo miała za krótką spódniczkę... Jak kobiety mogą czuć się bezpiecznie, skoro gwałty praktycznie uchodzą sprawcom bezkarnie, i to nie tylko w rozumieniu prawnym, ale często także społecznym?

***
      Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, na ile powyższe badanie przeprowadzone przez Thomson Reuters Foundation jest wiarygodne. Oczywiście nie przeczę, że problem szeroko rozumianej przemocy wobec kobiet w Ameryce istnieje i zdecydowanie powinny zostać podjęte kroki, by go zmniejszyć. Ale nie chce mi się wierzyć, że kobiety w Ameryce znajdują się w gorszej sytuacji niż mieszkanki np. niektórych krajów Ameryki Południowej, Bliskiego Wschodu, czy chociażby Korei Północnej, które to państwa znalazły się poza pierwszą dziesiątką. A może boję się myśleć, że sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest aż tak zła. Nie zmienia to jednak faktu, że tak potężny kraj jak Stany Zjednoczone ma wciąż tak poważny problem z ochroną praw kobiet. Że wciąż tak wiele kobiet jest odzieranych z poczucia godności i traci poczucie bezpieczeństwa przez nieudolność państwa czy społeczne ciche przyzwolenie. Jeśli nie potrafisz bronić kobiet, to dokąd zmierzasz, Ameryko?

 ***
     Całe zestawienie i więcej informacji o badaniu znajdziesz na stronie Thomson Reuters Foundation klikając  TUTAJ.

5/19/2018

Co z tą bronią?

Co z tą bronią?
     Kiedy zaczynam pisać ten post, Ameryka znów jest w żałobie. W miejscowości Santa Fe w Teksasie doszło do kolejnej w tym roku strzelaniny w szkole w USA. Sprawcą był prawdopodobnie jeden z uczniów, który w piątkowy poranek postanowił dokonać zbrodni. Na chwilę obecną nie znamy jeszcze zbyt wielu szczegółów- wiadomo jedynie, że strzelanina przyniosła co najmniej osiem ofiar śmiertelnych. Raptem kilka miesięcy temu, w lutym, podobna tragedia rozegrała się w miejscowości Parkland na Florydzie. Wówczas sprawca, również młody człowiek, zabił siedemnastu licealistów. Była to jedna z najtragiczniejszych szkolnych strzelanin w historii USA. W zeszłym roku, w październiku, strzelec otworzył ogień do tłumu zgromadzonego na festiwalu muzycznym w Las Vegas. Prawie sześćdziesiąt osób zginęło, 851 zostało rannych, z czego 422 bezpośrednio wskutek strzałów, umieszczając tym samym masakrę w Las Vegas w czołówce najkrwawszych masowych strzelanin w historii USA.


     Przykładów strzelanin w Stanach Zjednoczonych można by mnożyć i mnożyć. O niektórych z nich jest głosniej, o niektórych mówi sie również poza USA. Do tych wszystkich masowych strzelanin dochodzą też "zwykłe" strzelaniny: pojedyncze strzały oddawane na ulicach miast, porachunki gangsterskie, przemoc domowa, czy dzieci ginące przypadkowo wskutek zabawy niezabezpieczoną bronią rodziców. W związku z tymi niezliczonymi tragediami w Ameryce trwa niesłabnąca debata na temat prawa do posiadania broni i restrykcji z nim związanych. Co ciekawe, obie strony barykady jako swój czołowy argument przywołują poczucie bezpieczeństwa: zwolenncy prawa do posiadania broni chcą czuć się bezpiecznie, mogąc obronić się przed napastnikiem przy użyciu broni palnej, natomiast przeciwnicy chcą czuć się bezpiecznie nie martwiąc się o to, że zostaną postrzeleni przez przypadkowego przechodnia.

Uczniowie protestujący przeciwko posiadaniu broni (CNS/Reuters/Kevin Lamarque)
     Co ciekawe, często słyszę dyskusje na temat prawa do posiadania broni także w Polsce. Niestety, często zdarza się tak, że najzażarciej dyskutują osoby, które zarówno o realiach amerykańskiej codzienności, jak i o amerykańskich regulacjach prawnych, nie mają bladego pojęcia. Dziś więc postanowiłam przybliżyć kilka faktów na temat broni palnej w Ameryce. Postaram się nie wdawać natomiast zbytnio w dyskusję ideologiczną, bo w tej kwestii szanuję zdanie każdego i nie zamierzam nikogo przekonywać do stanięcia po jednej czy drugiej stronie barykady.
1. Konstytucja.

     Prawo do posiadania broni było tak ważne dla Amerykanów, że postanowili nadać mu rangę konstytucyjną i jest ono uregulowane w Drugiej Poprawce do Konstytucji USA uchwalonej w grudniu 1791 roku. Przypomnijmy, że były to zupełnie inne czasy niż te, w których żyjemy teraz. Ludność Ameryki dopiero zaczynała jednoczyć się w państwo, a ogromna część populacji żyła na ogromnych farmach, które przecież musiała chronić- przed bandytami, dziką zwierzyną, i pewnie jeszcze wieloma innymi elementami. 

    Dla porównania- był to ten sam rok, w którym w Polsce została uchwalona Konstytucja 3 maja. Tyle tylko, że polska konstytucja przetrwala raptem kilkanaście miesięcy, a amerykańska, uchwalona w 1787, funkcjonuje do dziś i, w ogólnym rozrachunku, ma się całkiem nieźle.

    Oczywiście dziś czasy są już inne. Ameryka posiada służby bezpieczeństwa i instrumenty prawne i przeciętny obywatel nie musi już wyciągać strzelby czy rewolweru, by rozwiązać konflikt z sąsiadem. Mimo że diametralnie zmieniła się amerykańska rzeczywistość, prawo do posiadania broni wciąż widnieje w konstytucji. Dlaczego? Moim zdaniem przyczyny są co najmniej trzy. Po pierwsze, jest to kwestia tradycji i przyzwyczajenia. Amerykanie zwyczajnie wychowali sie w "kulturze posiadania broni" i jest to dla nich na tyle codzienne zjawisko, że nie widzą powodu, by cokolwiek zmieniać. Pamiętam w jakim szoku bylam kiedyś, gdy na jednej z amerykańskich grup na Facebooku przeczytałam post jednej z grupowiczek mniej więcej o treści: "Hej dziewczyny, tak się zastanawiam, czy jak wchodzicie do pracy [biurowej], to bierzecie ze sobą broń, czy zostawiacie ją w aucie?". Rozumiecie, pytanie nie brzmiało czy w ogóle posiadacie broń, tylko szło od razu o kilka kroków dalej. Pod postem pojawiło się kilkadziesiąt odpowiedzi, w których inne grupowiczki całkiem normalnie odpowiadały o tym, gdzie trzymają broń, czy zabierają ją do pracy, itd. To dało mi wiele do myślenia na temat różnic między polską a amerykanską rzeczywistoscią w tym zakresie.

     Drugi powód jest równie prozaiczny- konstytucja, jako najważniejszy akt prawny w państwie, jest niesamowicie trudna do zmiany. Amerykańska konstytucja, licząca sobie ponad 230 lat, doczekała się raptem 27 poprawek, z których ostatnia uchwalona została prawie 30 lat temu. Nie wdając się w szczegóły, aby w życie weszła jakakolwiek poprawka do konstytucji, musi zostać ona najpierw zaproponowana przez amerykański Kongres, następnie przegłosowana przez 2/3 Izby Reprezentantow (odpowiednik sejmu) i Senatu, a w końcu zaakceptowana przez 3/4 stanów. Good luck.
 
      I w końcu trzeci  powód, chyba jeszcze mniej zaskakujący, choć silnie powiązany z poprzednim- w Stanach Zjednoczonych działa bardzo silne lobby wspierające prawo do posiadania broni. Są to przede wszystkim producenci broni palnej i najrozmaitsze związki strzeleckie, które przy każdych wyborach wykładają na stół bardzo dużo pieniędzy, by nie utracić swojej pozycji.

źródło: www.opensecrets.org

2. Regulacje na poziomie stanowym.

     O ile samo prawo do posiadania broni ustanowione jest w Konstytucji, a więc na poziomie federalnym, o tyle regulacje dotyczące na przykład pozwoleń, sprzedaży broni czy zasad noszenia jej w miejscach publicznych, należą już do legislatorów stanowych. Oznacza to dokładnie tyle, że realia posiadania broni wyglądają nieco inaczej w każdym stanie. I tak oto w niektórych stanach uznawanych za najbardziej liberalne, np. na Alasce, nie potrzeba posiadać zezwolenia ani na broń krótką, ani długą, broni nie trzeba rejestrować, a po ulicach można chodzić z widoczną bronią. W innych stanach, uznawanych z kolei za najbardziej restrykcyjne, na przykład w Nowym Jorku, wymagane jest pozwolenie na broń krótką, którą także trzeba zarejestrować (nie dotyczy to broni długiej), broń krótka nie może być noszona w widoczny sposób, a ponadto magazynek może być maksymalnie 10-nabojowy. Jeśli jesteście ciekawi, jak sytuacja wygląda w jakimś konkretnym stanie, to polecam zajrzeć na stronę Guns to Carry, gdzie znajduje się bardzo czytelne zestawienie regulacji prawnych ze wszystkich stanów.

3.  Statystyki.
  • Najwięcej ofiar broni palnej to... samobójcy. Jeśli wierzyć statystykom, aż 63% wszystkich ofiar śmiertelnych użycia broni palnej stanowią samobójcy. Kolejne 32% to ofiary zabójstw.
  • Średnio 96 Amerykanów ginie od postrzału każdego dnia. Pamiętajcie, że ok 60% to samobójstwa.
  • W ciągu miesiąca średnio 50 kobiet zostaje zastrzelonych przez swoich bliskich partnerów, a obecność broni w sytuacji przemocy domowej zwiększa ryzyko śmierci kobiety aż pięciokrotnie.
  • Istnieje pewna zależność pomiędzy restrykcyjnym podejściem do posiadania broni palnej, a liczbą ofiar zabitych wskutek użycia broni palnej, co doskonale widać na poniższym schemacie. Na pierwszej mapce im ciemniejszy odcień czerwonego, tym więcej osób ginie od broni palnej. Na drugiej mapce im jaśniej, tym liberalniejsze zasady posiadania broni palnej. Spójrzcie na przykład na Alaskę, Luizjanę czy Montanę- wszystkie trzy stany mają wysoki procent ofiar broni palnej i stosunkowo łagodne przepisy prawne.
  •      Największy stosunek osób zabitych w wyniku postrzału do populacji miasta jest w St. Louis, w stanie Missouri- wynosi 64,9 ofiar na 100.000 mieszkańców. W 2017 roku zostało tam zabitych z broni palnej 205 osób. Według tych samych wytycznych, Chicago plasuje się na 10. miejscu w stanach z 24 ofiarami na 100.000 mieszkańców. W 2017, zginęło tu od postrzału 650 osób.
     Oczywiście, statystyk dotyczących posiadania i użycia broni, strzelanin i ofiar, można znaleźć w Internecie setki. Nie będę ich powielać, chciałam tylko zaznaczyć, że broń w Ameryce to nie tylko masowe strzelaniny i porachunki gangów, ale także sytuacje równie tragiczne, choć dużo bardziej przyziemne i często zapomniane- samobójstwa i przemoc domowa.

***
       W momencie kiedy kończę pisać ten post, wiadomo już nieco więcej o strzelaninie w Santa Fe. Wiadomo, że ofiar śmiertelnych jest co najmniej 10, a sprawcą był siedemnastoletni Dimitrios Pagourtzis, uczeń zdobywający dobre wyniki w nauce, członek kościelnego klubu tanecznego i gracz w szkolnej drużynie futbolowej. Strzelając, oszczędzał osoby, które "lubił".

       Temat prawa do posiadania broni to temat niesamowicie obszerny, trudny i skomplikowany. Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na wiele pytań, a do tego często regulacje prawne nie nadążają za rzeczywistością oraz nie gwarantują bezpieczeństwa. Czy Dimitrios posiadał pozwolenie na broń? Na pewno nie, nie ma przecież nawet osiemnastu lat. Skąd więc miał broń? Czy była to niezabezpieczona broń jego rodziców, czy też może nabył ją na czarnym rynku albo pożyczył od starszego kolegi? Czy tej tragedii dałoby się zapobiec przez restrykcyjniejsze zasady posiadania broni palnej? A może raczej trzeba byłoby spojrzeć głębiej, w duszę i rozum Amerykanów? Zbadać ich narodowe problemy psychologiczne? Im dłużej mieszkam w Ameryce, tym bardziej przychylam się do tej drugiej opcji.

      Kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce, byłam zdecydowaną przeciwniczką broni. Uważałam, że posiadanie jej przez zwykłych obywateli powinno być zabronione, a już tym bardziej nie powinno się jej trzymać w domu. Potem przeprowadziłam się do USA. Dziś, po kilku latach mieszkania w Chicago, w którym każdego roku dochodzi do kilkuset (!) strzelanin, w tym dokonywanych na przypadkowych osobach, poważnie zastanawiam się nad zrobieniem licencji i kupieniem małego rewolweru. Dalej nie jestem zwolenniczką ani tym bardziej miłośniczką broni palnej, ale niestety realia są takie, że w moim odczuciu nie ma szans na rozbrojenie Amerykanów. I chyba jednak w takich okolicznościach przychylę się do tych, dla których posiadanie broni przynajmniej częściowo zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Samonakręcająca się turbina szaleństwa, niestety.


5/07/2017

Jaka jest chicagowska Polonia w 2017 roku?

Jaka jest chicagowska Polonia w 2017 roku?
     Początek maja jest co roku okresem wzmożonej aktywności chicagowskiej Polonii. Nie tylko bowiem drugiego maja świętujemy Dzień Polaków i Polonii za Granicą, ale, co ważniejsze, dzień później obchodzimy rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja. W Chicago od ponad 126 lat z okazji tego drugiego święta organizowana jest ogromna parada- największa polonijna parada na świecie. Do tematu parady wrócę w dalszej częsci tego posta, teraz natomiast chciałabym się skupić na nas, na chicagowskiej Polonii.


     Kilka dni temu, z okazji Polonijnych obchodów święta Konstytucji 3 maja, zostałam zaproszona do udziału w sondzie Dziennika Związkowego, w której przedstawiciele różnych zawodów i środowisk zostali poproszeni o odpowiedź na pytanie jaka jest dzisiejsza Polonia. Ponieważ z założenia była to krótka sonda, wszystkie swoje myśli musiałam skondensować w kilku zdaniach. Ale temat w mojej głowie dalej się kotłował i postanowiłam go dzisiaj rozwinąć. Moją wypowiedź na Dziennika Związkowego możecie przeczytać na zdjęciu poniżej, natomiast całą sondę znajdziecie TUTAJ.


        Jaka więc jest ta nasza chicagowska Polonia? Przede wszystkim jest przekrojem całej ludności z Polski. Tak naprawdę dopiero mieszkając w Chicago zauważyłam, że faktycznie mentalność ludzi z zachodniej części Polski różni się nieco od mentalności tych ze wschodu, a sposób myślenia tych z północy niekoniecznie jest taki sam jak tych z południa. Górale, warszawiacy, "śledziki"- może brzmi to kuriozalnie, ale naprawdę da się między nimi wyłapać różnice. I nie ma w tym nic złego! Wręcz przeciwnie- świadczy to tylko o tym, że Polska jest różnorodna, a mimo wszystko jakoś się wszyscy dogadujemy. Podobnie też jak w Polsce, trafiają się w Polonii ludzie dobrzy i źli, mądrzy i głupi, uczciwi i cwaniacy. Dlatego bardzo nie lubię uogólnień jak na przykład ta rada, którą usłyszałam krótko po przylocie do Chicago: "Od Polaków to lepiej się trzymaj z daleka, bo na pewno Cię oszukają". Cóż, minęło prawie 6 lat odkąd mieszkam w Chicago i wcale nie trafiłam tu na więcej nieuczciwych Polaków niż w Polsce, więc do końca nie wiem, skąd to przekonanie, że na emigracji Polak dla Polaka wilkiem.   

Dużą część parady stanowią grupy regionalne. Moje ulubione!

       Jaka jeszcze jest ta nasza Polonia? Tak jak napisałam w sondzie- coraz bardziej nowoczesna i odważna. To już nie są czasy, gdy emigranci z Polski nie znali języka i brali tylko najgorsze prace. Dzisiejsza Polonia jest wykształcona i ambitna. Często sięga po dobrze płatne prace czy wysokie stanowiska. Nie boi się otwierać własnych biznesów. Mamy tu dużo imigrantów z drugiego czy trzeciego pokolenia, a więc urodzonych już w Stanach Zjednoczonych (nie jestem pewna, czy w związku z tym dalej można nazywać ich imigrantami). Nie jest niespodzianką, że językiem angielskim posługują się oni biegle, może czasem trochę gorzej idzie im z polszczyzną, ale są i tacy, którzy po polsku mówią lepiej niż niejeden rodak w Polsce. Niestety, zazwyczaj im dalsze pokolenie, tym i polszczyzna słabsza.
       Kolejna cecha, którą bardzo cenię w chicagowskiej Polonii, to przywiązanie do polskiej kultury i tradycji, a także duma z pochodzenia i historii naszego kraju. Jest to szczególnie widoczne na wspomnianej paradzie, która w tym roku odbyła się w minioną sobotę i z której zdjęcia okraszają ten post. W tym roku w paradzie wzięło udział około 130 grup- w tym przedstawiciele polskich szkół, organizacji, stowarzyszeń, biznesów, a także grup regionalnych, na przykład górali czy białostoczan. Co ciekawe, często nawet w kolejnych pokoleniach Polaków, gdzie w domach nie mówi się już na co dzień po polsku, w dalszym ciągu obserwować można wiele elementów polskich tradycji. 

Nie zabrakło polskiej dumy- husarii

     Pomimo ogromu zalet chicagowskiej Polonii i mojej generalnej sympatii do niej, wciąż nie mogę pogodzić się z kilkoma jej wadami i przejść koło nich obojętnie. Pierwsza wada, która boli mnie niemal fizycznie, to podział, który w ostatnich latach jest coraz bardziej widoczny. Ja rozumiem, że można mieć różne poglądy na wiele tematów i to w gruncie rzeczy jest cecha pożądana. Problem pojawia się, kiedy zaczyna brakować szacunku dla cudzych poglądów i chęci kulturalnego dialogu. Albo po prostu odpuszczenia, jeśli kulturalnie i rzeczowo dyskutować się nie potrafi. Wiem, że w Polsce te podziały również są widoczne- na zwolenników partii rządzącej i opozycji, na katolików i nie-katolików. Niestety, emigracja jest miejscem, gdzie powinniśmy trzymać się razem, bo tylko w ten sposób możemy zbudować społeczność, z którą inne nacje będą musiały się liczyć. Tymczasem, szczerze radzę, jeśli jesteście w Chicago, lepiej omijajcie wchodzenie na tematy polityczno-religijne, bo skończyć się może na rękoczynach. Szczególnie, jeśli nie jesteście zwolennikami PiS i zamierzacie o tym mówić na głos. Druga sprawa jest taka, że ja akurat jestem zdania, że jeśli ktoś mieszka na stałe na emigracji, to nie powinien wtykać nosa w kwestie wyborów w Polsce. Obszernie pisałam na ten temat TUTAJ, więc nie będę się już powtarzać, bo moje zdanie w tej kwestii nie uległo zmianie.

Panie nie szły wprawdzie w paradzie, ale z trybun manifestowały swoje poglądy

     Druga wada Polonii, o której zresztą wspomniałam krótko w sondzie, to brak solidarności. Mam wrażenie, że chicagowska Polonia nie potrafi się dobrze zorganizować, by walczyć o swoje cele. Oczywiście, mamy mnóstwo polonijnych organizacji, ale kiedy przychodzi co do czego, jakoś słabo tę solidarność widać. Jeśli chcemy, żeby Amerykanie traktowali nas poważnie, jako konkretną siłę, to musimy im pokazać, że jesteśmy zjednoczeni i silni. Tymczasem, wspomnijmy chociaż sobotnią paradę. Jak dziś przeczytałam, szacuje się, że wzięło w niej udział kilkanaście tysięcy osób. W mieście, gdzie według statystyk może mieszkać jakieś siedemset tysięcy Polaków i osób polskiego pochodzenia, co czyni nas jedną z największych mniejszości narodowych, raptem kilkanaście tysięcy wzięło w niej udział! Poza policjantami pilnującymi porządku, nie zauważyłam chyba żadnego Amerykanina, który oglądałby paradę. Nie dziwię się- w amerykańskich mediach impreza była bardzo słabo nagłośniona, więc większość miasta zwyczajnie o niej nie wiedziała. W grupach zgłoszonych do parady faktycznie przeszło mnóstwo osób, ale co z tego, skoro raptem garstka osób ją oglądała? Przy barierkach świeciły pustki, amerykańskie stacje telewizyjne pokusiły się jedynie o słabe skróty z wydarzenia (np. TUTAJ), podczas gdy wiele innych parad w mieście jest transmitowanych w całości na żywo. Jak możemy wymagać, by się z nami liczono, skoro nawet na naszą własną, narodową paradę przychodzi marny procent polonijnej społeczności? Co roku mamy szansę, by pokazać naszą siłę i jedność, i co roku dajemy plamę. Przykre to. Mamy największą Polonię na całym świecie i nie potrafimy tego wykorzystać.

Nyska z grupy AUTA PRL

      Pozostając jeszcze w temacie tegorocznej parady muszę przyznać, że odczuwam pewien niedosyt. W tym roku parada przeszła ulicą Columbus- jest to jedna z głównych ulic w Chicago i uważa się, że trasa na jej odcinku to duży prestiż. Moim zdaniem ulica ta w przypadku parady polonijnej w ogóle się nie sprawdza, głównie dlatego, że ulica jest bardzo szeroka, a przestrzeń jest niesamowicie otwarta. Mam wrażenie, że wskutek tego parada wydawała się jakby przytłumiona i taka jakaś bez wyrazu. Dużo bardziej podobała mi się parada dwa lata temu, która zorganizowana została na ulicy Dearborn, również w centrum miasta, ale pomiędzy wysokimi budynkami. Ulica dużo węższa, ale dzięki temu parada była bliższa dla widza, a przy tym specyficznie klimatyczna, ciepła i jakaś taka swojska. Zdjęcia z tamtej parady możecie obejrzeć TUTAJ.

     Kończąc już dzisiejsze rozważania chcę jeszcze doprecyzować, że pod wieloma względami Polonia jest super. Mamy mnóstwo przyzwoicie działających organizacji, zazwyczaj jesteśmy skorzy do pomocy, rozwijamy się i mamy ambicje. Ale może być dużo lepiej. I tego nam życzę.


P.s. Zdaję sobie sprawę, że dzisiejszy post jest słodko-gorzki. Zdaję sobie również sprawę, że poruszyłam w nim trochę tematów, które skłaniać mogą do dyskusji, szczególnie że na tapet poszła polityka i religia. Do kulturalnej i rzeczowej dyskusji jak zawsze zapraszam, ale jednocześnie uprzedzam osoby, które zapragną trollowania i obrażania innych, że ich posty będą natychmiastowo usuwane.

11/12/2016

Ameryka na kilka dni po wyborach prezydenckich. Czy ten kraj zwariował?

Ameryka na kilka dni po wyborach prezydenckich. Czy ten kraj zwariował?
    Jak pewnie nikomu nie umknęło, kilka dni temu w Stanach Zjednoczonych odbyły się wybory prezydenckie. Wbrew chyba wszystkim wcześniejszym szacunkom i przewidywaniom, wybory wygrał kontrowersyjny kandydat Partii Republikańskiej, businessman i milioner Donald Trump. Dla jednych to ogromna radość, dla innych największa tragedia. Ale to, co zaczęło się dziać w Ameryce dnia następnego... to jest dopiero prawdziwy dramat.


      Na początku, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości- nie lubię ani Hillary, ani Donalda. W moim odczuciu oboje są warci dokładnie tyle samo, a jedyne co ich różni to maski, które zakładają. Właściwie to Trump nie zakłada żadnych masek, jest po prostu nieprzefiltrowanym, nieobytym w polityce człowiekiem, który absoultnie nie dba o poprawność polityczną, którą to cechę akurat bardzo lubię. Hillary natomiast to osoba, która całe życie spędziła w polityce, potrafi pięknie się wysławiać i mówić dokładnie to, czego od niej oczekują. Maski zupełnie różne, ale wnętrze bardzo podobne. Tak czy inaczej, po raz pierwszy odkąd mieszkam w Ameryce odczułam prawdziwą ulgę, że nie mogę jeszcze głosować i brać na siebie tej odpowiedzialności, by ostatecznie opowiedzieć się po którejś ze stron. Z tym większym zainteresowaniem obserwowałam kampanię i same wybory.

     O innych kandydatach trudno się wypowiadać, ponieważ w Ameryce panuje system dwupartyjny, Sprowadza się to do tego, że owszem, na urząd prezydenta mogą kandydować także inne osoby niż przedstawiciele Partii Republikańskiej i Partii Demokratycznej, ale w praktyce nie mają one żadnych szans na wygraną, chociażby dlatego, że media nie poświęcają im absolutnie żadnej uwagi, przez co przeciętny wyborca nie zna nawet ich poglądów, systemu wartości i programu. Ba, wiele osób nie potrafi nawet wymienić nazwisk chociaż kilku innych kandydatów.

     Poza systemem dwupartyjnym, jest jeszcze jeden poważny problem, czy wręcz zarzut dotyczący wyborów prezydenckich- głosy elektorskie. Wszyscy na pewno o nich słyszeli w kontekście wtorkowych wyborów, ale wiele osób pewnie zupełnie nie orientuje się w idei tego kontrowersyjnego politycznego wynalazku, gdyż na gruncie polskim nie mamy czegoś podobnego. O co więc chodzi z tymi głosami elektorskimi? Głosy elektorskie to wymysł pochodzący jeszcze z czasów, gdy w Ameryce panowało niewolnictwo. Mówiąc w wielkim skrócie chodzi o to, że do każdego stanu przyporządkowana jest pewna liczba elektorów, w sumie 538. Ich liczba zależy od ludności danego stanu, i tak na przykład Illinois posiada 20 głosów elektorskich, największy stan, Teksas- 38, najbardziej zaludniony, Kalifornia-55, natomiast taka sobie Alaksa- zaledwie 3. Kiedy przychodzi do wyborów, obywatele oddają swoje głosy, a kandydat, który zdobędzie więcej głosów wyborców, co do zasady zbiera całość głosów elektorskich z danego stanu. Co do zasady, ponieważ elektorzy mogą zagłosować inaczej niż wyborcy, ale to się raczej nie zdarza. Aby wygrać wybory, kandydat musi uzyskać minimum 270 głosów elektorskich w skali kraju. 
     Jaki jest największy zarzut do tego systemu? Dość oczywisty- rzeczywista różnica w głosach między kandydatami może być niewielka, ale różnica w głosach elektorskich może już przeważyć całe wybory. Spójrzmy na przykład na taki Teksas- w ostatnich wyborach Hillary uzyskała tam 43% głosów, a Donald 53%, co oznacza, że Trump zgarnął całe 38 głosów elektorskich. Gdyby głosy elektorskie były przydzielane proporcjonalnie, Hillary uzyskałaby 16 głosów elektorskich, a Donald 20. Przeliczając tak głosy w całym kraju, możnaby uzyskać inny wynik wyborów. 

      Nie zmienia to jednak faktu, że system jest jaki jest i wszelkie zarzuty w stosunku do niego powinny być podnoszone przed wyborami, a nie tuż po ich rozstrzygnięciu. Naprawdę rozumiem, że duża część społeczeństwa może nie być zadowolona z faktu, że nie wygrał ich kandydat. Wiele ludzi jest przerażonych, że jak to mówią, rasista, szowinista i mizogin będzie teraz prezydentem. Naprawdę, rozumiem rozgoryczenie i niezadowolenie. Ale nie rozumiem tego, co dzieję się teraz w Ameryce! A co dokładnie się dzieje? Jeśli macie słabe nerwy nie czytajcie dalej.

     Po pierwsze, przez kraj przetaczają się protesty. Mają one miejsce przede wszystkim w miastach i stanach, które w wyborach opowiedziały się za Hillary, w tym w Chicago. W większości ludzie wychodzą na ulice, by pokazać swoje niezadowolenie z wyborów i zaznaczyć, że Trump nie jest ich prezydentem. O ile nie widzę sensu w takich działaniach, bo przecież wyniku wyborów to nie zmieni, o tyle powiedzmy że mogę zrozumieć, że jest to jakaś forma oswojenia się z niekorzystną sytuacją. O ile są to protesty pokojowe, to nie jest jeszcze najgorzej. Prawdziwy problem pojawia się w miastach takich jak np. Portland, gdzie ludzie totalnie stracili rozum! Niszczą miasto, atakują policję... nie jestem w stanie tego pojąć. Co najciekawsze i najbardziej absurdalne w tej całej sytuacji to fakt, że po pierwsze, te osoby protestują przeciwko nienawiści Trumpa, sami eskalując nienawiść, a po drugie- przypomnijcie sobie, jaki raban podnieśli przeciwnicy Donalda, gdy ten w którejś z debat powiedział, że nie wie czy zaakceptuje wynik wyborów jeśli wygra Hillary. Jak widać, standardy w życiu są bardzo podwójne.
Poniższe zdjęcia pochodzą ze strony CNN, więcej zdjęć i cały artykuł odnoszący się do protestów w Portland TUTAJ.




     Niewykluczone, że o powyborczych protestach będziecie jeszcze mieli okazję usłyszeć, gdyż póki co trwają one codziennie od wtorku i na weekend zapowiedzianych jest kilka kolejnych. Jaki przybiorą obrót- trudno przewidzieć.

     Po drugie, w ludziach budzi się nienawiść i nietolerancja. Pomijając protesty, które są bardziej zorganizowanym przejawem niezadowolenia z wyników wyborów, w kraju dochodzi też do indywidualnych przejawów agresji. Zwolennicy Trumpa znajdują się czasem w bardzo niebezpiecznej sytuacji przyznając się do swoich poglądów. Mówiąc krótko- dochodzi do pobić, czasem bardzo brutalnych. Poniżej jeden z przykładów, który nota bene miał miejsce w Chicago (uwaga- drastyczne sceny).


    Oczywiście, nie oznacza to, że jedynie zwolennicy Trumpa stali się ofiarami ataków. Wybory wywołały ogromne pokładay agresjii u wielu ludzi, bez względu na opcje polityczne. To jest zarówno przykre, jak i przerażające, szczególnie że dzieje się to w kraju, który uznaje się za przykład demokracji i tolerancji dla innych poglądów.

     Po trzecie, nie znam się, to się wypowiem. Wydaje mi się, że często ignorancja i brak świadomości jest przyczyną napędzającej się agresji, działającej w obie strony. Mam wrażenie, że wiele osób nigdy poważnie nie zainteresowało się programami wyborczymi czy poglądami kandydatów, a jedynie powtarzają frazesy zasłyszane w mediach czy od znajomych. Trzyma się jednej myśli, wypowiedzi czy poglądu i nie weryfikuje całości. Nie analizuje, czy to, czego nie lubią inni, to też to, czego nie lubią oni sami. Bezwiednie podąża za tłumem i napędza spiralę nienawiści. Sąsiedzi ze sobą nie rozmawiają, znajomi kończą znajomości, rodzina nie spotyka się na niedzielnym obiedzie, nastolatki inspirują się twitterem, a rodzice zapominają o tym, że dzieci nie powinno uczyć się mowy nienawiści.


    
    Ktoś z moich amerykańskich znajomych napisał niedawno na Facebook'u, że czuje się oszukany przez Amerykę, że nie rozumie jak wybory mógł wygrać Trump. Ja też czuję się oszukana przez Amerykę, ale z innego powodu. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest tu tyle agresji, nienawiści, braku zrozumienia i nietolerancji. 


Ciąg dalszy niewykluczony.



9/26/2016

Hillary kontra Donald, czyli kilka słów o pierwszej debacie prezydenckiej

Hillary kontra Donald, czyli kilka słów o pierwszej debacie prezydenckiej
     Dziś odbyła się pierwsza z trzech oficjalnych debat bezpośrednio poprzedzających wybory prezydenckie, które odbędą się w USA już 8 listopada. W rozmowie udział wzięli kandydatka Demokratów, Hillary Clinton, oraz kandydat Partii Republikańskiej, Donald Trump. Debatę poprowadził przedstawiciel telewizji NBC, Lester Holt. Rozmowa trwała półtorej godziny i poruszyła zagadnienia z 3 segmentów: osiągania przez Amerykę dobrobytu (kwestie nowych miejsc pracy czy nierówności społecznych); kierunku, w którym zmierza Ameryka (poruszono głównie kwestie dyskryminacji rasowej i przestępczości); oraz bezpieczeństwa kraju (cyberataki i terroryzm).


      Nie zamierzam w tym poście streszczać całej debaty czy wypowiadać się w temacie poglądów kandydatów, gdyż nie znam się jeszcze na amerykańskiej polityce na tyle, by móc rzetelnie ją komentować. Jeśli ktoś jest zainteresowany całością debaty, to polecam obejrzeć ją na Youtube (np. TUTAJ -debata zaczyna się od około 27 minuty filmu), lub przeczytać transkrypcję z naprawdę ciekawymi komentarzami specjalistów, odnoszącymi się głównie do "faktów" przedstawionych przez kandydatów (TUTAJ). 

Zamierzam dziś natomiast wypunktować kilka różnic i podobieństw pomiędzy debatami politycznymi na wysokim szczeblu w USA i Polsce. Od razu zaznaczam, że są to jedynie moje luźne obserwacje, w dodatku spisywane "na gorąco". Jeśli ktoś z Was oglądał debatę, śmiało piszcie o swoich wrażeniach!

     Pierwszą różnicą, która rzuca się w oczy już od samego początku jest większy luz amerykańskich polityków. Widać to zarówno w ich wzajemnych relacjach (np. zwracanie się do kontrkandydata po imieniu), mowie ciała, jak i samym sposobie formułowania odpowiedzi, który jest o wiele swobodniejszy, przez co wypowiedzi brzmią bardziej spontanicznie i wiarygodnie niż polskich polityków. Co nie oznacza, że nie ma w nich kłamstw czy celowych niedomówień.

     Mam również wrażenie, że amerykańscy politycy dużo odważniej podchodzą do poruszanych w debatach kwestiach. Oczywiście, i tutaj mamy do czynienia z populizmem oraz uciekaniem od bezpośredniej odpowiedzi czy wyciagania z rękawa tematu zastępczego, jeśli zadane przez prowadzącego pytanie jest niewygodne. Jeśli jednak przypomnę sobie jałową debatę pomiędzy kandydatkami na polskiego premiera Ewą Kopacz i Beatą Szydło, podczas której to debaty nie padły absolutnie żadne konkrety od żadnej ze stron, a jedynie usłyszeć można było bezlitośnie powtarzane slogany, to mam wrażenie, że Trump i Clinton byli merytoryczni i rzeczowi do bólu.

     A skoro jesteśmy już przy tematach zastępczych, najchętniej poruszanych kwestiach czy stosowanych wybiegach, to tuż przed debatą trafiłam na taką oto grafikę:


 I powiem Wam jedno- gdybym w ową grę zdecydowała się zagrać, byłabym kompletnie pijana przed końcem odpowiedzi na pierwsze pytanie. Ze strony Trumpa najbardziej widoczne było obwinianie Chin o wszystkie nieszczęścia, natomiast Clinton przy każdej możliwej okazji próbowała wymusić śmiech widowni. Tak, drodzy kandydaci, jesteście przewidywalni.

     Co również rzuciło mi się w oczy to częste odwoływanie się kandydatów do zarówno swojej, jak i kontrkandydata historii i sytuacji rodzinnych. Wiem więc już na przykład, że Hillary pochodzi z klasy średniej, a jej ojciec był właścicielem małego biznesu. Za to Trump pieniądze na swój pierwszy biznes (kilkanaście milionów) pożyczył od swojego ojca. Ach, i jeszcze Hillary ma wnuczkę, o której przyszłość się boi, dlatego tak bardzo zależy jej na prospericie Stanów Zjednoczonych. Oczywiście, trochę spłaszczam.

     Nie obyło się również bez osobitych wybiegów i oskarżeń. I tak na przykład Trumpowi dostało się między innymi za to, że zwykł wyzyskiwać imigrantów i swoich pracowników, którym często nie płacił za wykonane przez nich usługi. Nawet za bardzo w tej kwestii nie protestował, wspomniał tylko że widocznie nie był zadowolony z wykonanej przez nich pracy. Kiedy natomiast zapowiedział reformę podatkową, publiczność mogła usłyszeć z ust Hillary, że ma to się przysłużyć przede wszystkim jemu i jego rodzinie. Hillary za to usłyszała zarzut, w odpowiedzi na swoje propozycje reform i zmian, że skoro mo takie fantastyczne pomysły, to czemu nie zrobiła nic w kierunku ich realizacji przez blisko 30 lat swojej działalności w polityce. Najciekawszy moment w kwestii wzajemnych oskarżeń zdarzył się jednak według mnie  kiedy wywołany został wątek nieujawnionych dotąd rozliczeń podatkowych Donalda. Hillary stwierdziła, że Trump najwyraźniej ma coś do ukrycia, na co Donald odpowiedział, że z chęcią ujawni swoje rozliczenia kiedy tylko Clinton ujawni treść ponad 30 tysięcy skasowanych emaili. Kto interesuje się amerykańską polityką, na pewno o obu aferach słyszał, więc wyciągnięcie ich podczas debaty go nie zdziwi. W tym temacie niemal natychmiastowo pojawił się taki oto mem, skądinąd genialny:


     Bardzo podobało mi się, że debata była nieco agresywna. Na początku zaczęło się kulturalnie i przyjacielsko, zresztą tak też się zakończyło, ale sam środek obfitował w wiele momentów zażartej dyskusji, co uważam za duży plus. Było dynamicznie i chciało się tego słuchać, a nie spać, jak często przy polskich debatach politycznych.

       W temacie dzisiejszej debaty, zakończonej przed niewiele ponad godziną, to z mojej strony wszystko. Miłośnikom amerykańskiej polityki zdecydowanie polecam obejrzenie całości, a także kolejnych debat przed wyborami, z których najbliższa, pomiedzy kandydatami na urząd wiceprezydenta, odbędzie się już 4 października (kompletny terminarz debat TUTAJ). Ja sama, choć głosować w USA jeszcze nie mogę, z wielką chęcią oglądam debaty polityczne. Moim zdaniem nic tak nie oddaje charakteru i poglądów kandydatów jak właśnie one. W najbliższych dwóch liczę na jeszcze więcej politycznych prowokacji i szansę na pokazanie swojego prawdziwego oblicza przez kandydatów. Tylko czy można liczyć na to przy całym sztabie politycznych doradców, trenerów i specjalistów od wizerunku, otaczających Clinton i Trumpa?


abcnews.com
fox5sandiego.com

O moich refleksjach na temat debat poprzedzających poprzednie wybory prezydenckie 
(Obama - Romney) możecie przeczytaj TUTAJ.

9/22/2015

Czy Polonia powinna głosować w polskich wyborach?

Czy Polonia powinna głosować w polskich wyborach?
    Za nieco ponad miesiąc w Polsce odbędą się wybory parlamentarne. Jak przy okazji niemalże każdych wyborów, w Internecie i mediach rodzi się dyskusja, czy Polacy mieszkający na stałe za granicą powinni głosować. Tym razem głos, choć tylko w dyskusji, oddam i ja.



     Przeglądając jakiekolwiek forum czy czytając artykuły i komentarze do nich dotyczące tego tematu, można zauważyć pewną pulę powtarzających się argumentów obu stron dyskusji.

     No bo z jednej strony, przecież według prawa każdy Polak, z pełnią praw publicznych, ma prawo głosować w wyborach krajowych, bez względu na miejsce zamieszkania, więc powinien z tego prawa korzystać. I ci wszyscy Polacy na emigracji mają przecież w Polsce rodzinę i przyjaciół, i chcą im trochę pomóc swoim głosem w ważnej sprawie. A poza tym przecież czują się Polakami i ciągle interesują się tym, co dzieje się w Polsce i losy ich ojczyzny leżą im bardzo na sercu, a niegłosowanie to zwykłe lenistwo i już.

    Z drugiej strony natomiast, skoro wyemigrowali, to nie powinni się odzywać. Nie płacą też w Polsce podatków, więc niby z jakiej racji mają decydować o tym, na co te podatki idą, a przecież głównie do tego sprowadzają się wybory- kto i jak będzie wydawał publiczne, czyli nasze- Polaków, pieniądze. I wreszcie, mieszkając na stałe za granicą tak naprawdę mają blade pojęcie o polskiej rzeczywistości.

     Decyzję o niegłosowaniu w wyborach mieszkając na stałe za granicą podjęłam dawno, bo jeszcze mieszkając w Polsce. W 2009 roku przyleciałam po raz pierwszy do USA, wtedy tylko na wakacje. Tak się złożyło, że miałam wówczas okazję wdać się w dyskusję polityczną z dwoma emigrantami, na stałe mieszkającymi w USA od przeszło 20 lat i, jeśli się nie mylę, nie będącymi w tym czasie ani razu w Polsce. Pomijając sympatie polityczne, jakie miało wtedy każde z nas, od owych Polonusów usłyszałam mniej więcej takie słowa: "Wy w Polsce to nie wiecie, co się w Polsce dzieje, bo was media okłamują. To my tutaj, w Ameryce, wiemy naprawdę, co się tam wyprawia". Wtedy właśnie obiecałam sobie, że jeśli przyjdzie mi kiedykolwiek emigrować, w polskich wyborach nie będę brać udziału. Bo człowiek nigdy nie wie, kiedy mu się w głowie niewłaściwie poprzestawia i zacznie sobie wyobrażać, że ma lepsze pojęcie o sytuacji w kraju niż Polacy na miejscu. I im dłużej mieszkam w USA, tym nabieram coraz większego przekonania, że była to słuszna decyzja.

     Jeszcze mieszkając w Polsce zawsze starałam się być świadomą obywatelką. Brałam udział we wszystkich dostępnych dla mnie wyborach, starając się przygotować do nich jak najlepiej: interesowałam się programami wyborczymi kandydatów, oglądałam debaty, analizowałam komentarze i wysnuwałam własne wnioski. Starałam się także namawiać znajomych do głosowania, bez względu na ich poglądy polityczne- zgodnie z zasadą, że jeśli chcesz później narzekać, to najpierw musisz zagłosować. Nie jest tak, że po przylocie do USA straciłam zainteresowanie Polską. Wciąż staram się być na bieżąco- czytam zarówno ogólnokrajowe, jak i lokalne portale informacyjne, oglądam polską telewizję i rozmawiam z rodziną i przyjaciółmi w Polsce, analizując wraz z nimi różne sytuacje z bieżącej polityki i sytuacji w kraju. Jednak pomimo wszystkich  tych zabiegów widzę, że moja świadomość tego, jak aktualnie wygląda scena polityczna i co dzieje się w kraju jest NIEPORÓWNYWALNIE niższa niż kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce i czasem nawet poświęcałam dużo mniej uwagi bieżącym wydarzeniom niż teraz. Jak więc mogłabym podejmować teraz jakiekolwiek decyzje polityczne? Jak mogłabym próbować mówić komukolwiek, poprzez oddanie swojego głosu w wyborach, jakie życie będzie dla niego lepsze? Jak mogłabym decydować za kogoś lub dla kogoś? Wyniki wyborów przecież nie dotykają bezpośrednio mnie, nie wpływają na moje życie. A czy mają wpływ na życie moich bliskich w Polsce? No cóż, a czy gdyby cała moja rodzina i wszyscy przyjaciele zamieszkali nagle w USA, a ja, po uzyskaniu amerykańskich praw wyborczych wróciłabym na stałe do Polski, czy to dawałoby mi moralne prawo do decydowania o sytuacji milionów ludzi w Ameryce? A co z argumentem: "No ale kiedyś przecież wrócę do Polski i chcę, żeby wtedy działo się dobrze"? To wróć, działaj i walcz, a także wtedy głosuj, a nie snujesz mrzonki o powrocie do ojczyzny, mieszkając 20 lat na emigracji. 

     Myślę, że osoby czytające "Pamiętnik Emigrantki" nie mają żadnych wątpliwości, jak ciągle bliska mojemu sercu jest Polska. Ale zwyczajnie nie uważam, żebym miała moralne prawo udziału w wyborach poprzez oddawanie swojego głosu. Nawet, jeśli czasem bardzo mnie korci i nawet, jeśli czasem daję upust swoim przemyśleniom na temat polityki.

    Za bardzo nie rozumiem też argumentu podnoszonego dość często przez emigrantów, że wybierając elity polityczne w Polsce, mamy wpływ na to kto i w jakim stopniu będzie dbał z Polski o sytuację emigrantów i możemy w ten sposób poprawić naszą sytuację. Może w granicach Unii Europejskiej ma to jeszcze jakiś sens, ale naprawdę nie wierzę, aby polskie władze miały jakikolwiek realny, odczuwalny wpływ na sytuację emigrantów w USA. I szczerze mówiąc uważam, że nawet nie powinni mieć- skoro ktoś wyjechał, to musi brać odpowiedzialność za swoje czyny. Skoro chce walczyć o lepsze życie dla siebie, niech nie zwala tego na barki polskich podatników.

     Tak, przyznaję, bardzo mnie drażni, kiedy widzę głosujących emigrantów, nawet jeśli są to moi znajomi i nawet jeśli są względnie świadomymi wyborcami. Tych co najmniej względnie świadomych wyborców, interesujących się polityką i mających jakiekolwiek pojęcie chociażby o programach wyborczych i ideach kandydatów, bez względu na to, czy podzielają moje sympatie polityczne czy nie, mogę jednak jeszcze znieść i nawet nie staram się odwieść ich od pomysłu głosowania- mają prawo, niech głosują, trudno. Ale jeśli widzę człowieka, który głośno krzyczy o tym, że trzeba iść głosować, bo to obywatelski obowiązek, a spytany o zdanie na jakiekolwiek zagadnienie z bieżącej polityki odpowiada samymi wyświechtanymi, powtarzanymi bezrefleksyjnie frazesami (a takich jest niestety najwięcej), zaczynam się poważnie zastanawiać nad ideą zawieszenia praw wyborczych emigrantom do czasu ich powrotu do kraju. Owszem, i w Polsce są miliony niewyedukowanych politycznie wyborców, ale tego się nie uniknie (takie są minusy demokracji, że każdy głos liczy się tak samo, zarówno bandyty, jak i profesora), ale oni głosując, przynajmniej decydują o swoim życiu, nie starając się uszczęśliwiać nikogo na siłę i wmawiając, że zza oceanu widać lepiej.

     Pomimo wciąż żywej dyskusji na temat praw wyborczych Polonii, kwestia ta nie ma tak naprawdę prawie żadnego znaczenia przy rozstrzyganiu wyniku wyborów. Dlaczego? Z bardzo prostej przyczyny- de facto Polonia wcale nie jest tak bardzo zainteresowana udziałem w wyborach. Nie szukając daleko, spójrzmy na okręg chicagowski, w którym według szacunków może mieszkać nawet 1,5 miliona Polaków. Odliczając osoby nieposiadające praw wyborczych, w tym przede wszystkim dzieci i młodzież poniżej 18 roku życia, odliczając także osoby jedynie polskiego pochodzenia, a tak naprawdę nie mające żadnych związków z Polską, niech nam zostanie nawet te 500 tysięcy Polaków. Zgadnijcie, ile z nich, pomimo bardzo głośnej kampanii wyborczej, zagłosowało w maju w drugiej turze w wyborach prezydenckich?

     12 382 osoby. Dokładnie tyle chicagowskich Polonusów, Polaków z największego ośrodka poza granicami Polski, postanowiło zadecydować, kto ma być prezydentem RP. 90% z tych 12 382 głosów zostało oddanych na Andrzeja Dudę. Idąc dalej- w ostatnim referendum, tym dotyczącym JOW-ów, w Chicago zagłosowało 226 osób. Czy jeden albo drugi wynik mógł mieć realne znaczenie dla 38 milionowego kraju? Odpowiedź raczej jest oczywista. 
   
      Możemy, a być może nawet powinniśmy dyskutować o prawach wyborczych Polonii, ale póki co nie ma się co oszukiwać, że ma to jakiekolwiek znaczenie dla wyników wyborów.



A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Emigranci, głosujecie?


edit 25.10.2015: Ostateczne wyniki wyborów parlamentarnych pokazują, że Stany Zjednoczone, pomimo bezapelacyjnie największej Polonii, były dopiero na drugim miejscu pod względem liczby głosujących osób. Wygrała Wielka Brytania, gdzie głosowało 64,4 tys. osób (24% dla Kukiz'15). W USA głosowało 24,8 tys. wyborców (72,7% dla PiS). Na trzecim miejscu Niemcy, gdzie głosowało prawie 19,9 tys. osób (31,24% dla PiS). Wszystkie wyniki z zagranicy można zobaczyć TUTAJ.


5/20/2015

Rozwiąż test i dowiedz się, do której amerykańskiej partii politycznej jest Ci najbliżej

Rozwiąż test i dowiedz się, do której amerykańskiej partii politycznej jest Ci najbliżej
    Czy tego chcemy czy nie, w obecnych czasach Ameryka jest jednym z najbardziej liczących się na świecie państw. W polskich mediach często można usłyszeć nie tylko o amerykańskich odkryciach czy wpadkach, ale także m.in. o sytuacji politycznej czy wyborach w USA. Tyle tylko, że często te informacje jednym uchem wpuszczamy, a drugim wypuszczamy, nie zastanawiając się zbytnio nad ich sensem i nie analizując ich. Tak na szybko, czy potrafisz wymienić choćby jedną amerykańską partię poza Republikanami i Demokratami? A może zdziwiony jesteś, że w USA są więcej niż 2 partie polityczne, o których najczęściej się mówi? Czy wiesz, z której partii wywodzi się Barack Obama i jakie są postulaty tej partii? Jeśli nie, to nie dramatyzujmy- bez przesady, nie każdy musi znać się na polityce USA! 

Ale!

   Jeśli jednak chcesz dowiedzieć się nieco więcej o amerykańskich partiach politycznych, choćby po to by zabłysnąć w towarzystwie czy z większym zrozumieniem oglądać wiadomości, a być może jeśli chcesz się tylko rozluźnić i odpocząć od zamieszania wokół aktualnej kampanii wyborczej w Polsce- przygotowałam małą zabawę :) Dzięki poniższemu testowi będziesz mógł dowiedzieć się, na którą partię prawdopodobnie zagłosowałbyś, gdyby przyszło Ci mieszkać w USA :) Oczywiście, traktuj ten test tylko jako zabawę!


Osioł i słoń- symbole Demokratów i Republikanów


Jak rozwiązać test? Odpowiedz na 9 poniższych pytań zgodnie ze swoimi przekonaniami, wybierając najbliższą Ci opcję. Przy każdej z odpowiedzi znajdują się litery: A, B, C, D - policz, których masz najwięcej (jeśli przy Twojej odpowiedzi znajduje się więcej niż jedna litera, weź pod uwagę wszystkie). Na końcu testu dowiesz się, do której amerykańskiej partii jest Ci najbliżej!


1. Czy jesteś zwolennikiem legalizacji małżeństw homoseksualnych?
  • zdecydowanie tak     (A B D)
  • zdecydowanie nie     (C)

2.  Czy uważasz, że powinno się samodzielnie odkładać pieniądze na swoją emeryturę, nie angażując w to państwa?
  • zdecydowanie tak     (B C)
  • nie                             (D)
  • zdecydowanie nie      (A)

3. Czy popierasz prawo do posiadania broni?
  • zdecydowanie tak     ( B C)
  • zdecydowanie nie     ( A D)

4. Czy uważasz, że powinno się otworzyć drogę do obywatelstwa nielegalnym imigrantom?
  • zdecydowanie tak          (A B D)
  • zdecydowanie nie          (C)

5. Czy uważasz, że powinno się rozbudowywać armię, nawet kosztem zwiększenia długu narodowego?
  • zdecydowanie tak           (C)
  • tak                                   (D)
  • zdecydowanie nie           (A B)

6. Czy zgadzasz się, że marihuana nigdy nie powinna zostać zalegalizowana?
  • zdecydowanie tak          (C)
  • tak                                  (D)
  • zdecydowanie nie          (A B)

7. Czy zgadzasz się na uprzywilejowanie kobiet i niektórych grup względem innych w procesie zatrudnienia (tzw. akcja afirmatywna)?
  • zdecydowanie tak          (A D)
  • nie                                  (B C)

8. Czy uważasz, że decyzja o aborcji należy do kobiety?
  • zdecydowanie tak          (A B D)
  • zdecydowanie nie          (C)

9. Czy uważasz, że symbole religijne powinny być utrzymane w sferze publicznej?
  • zdecydowanie tak         (C D)
  • tak                                 (B)
  • nie                                 (A)






Wyniki testu:


Jeśli najwięcej razy wybrałeś A- jesteś zielonym. Bliskie są Tobie takie problemy jak ochrona środowiska i feminizm. Opowiadasz się za ekonomią społeczną, pacyfizmem i poszanowaniem dla różnorodności. Zgadzasz się na legalną aborcję i zniesienie kary śmierci.

Jeśli najwięcej razy wybrałeś B- jesteś  libertarianinem. Ważna jest dla Ciebie wolność słowa, sprzeciwiasz się ingerencji rządu w życie prywatne (w tym seksualne) obywateli, popierasz wolny rynek i prywatyzację gospodarki. Marzysz o wycofaniu wojsk z zagranicznych misji i stworzeniu państwa neutralnego.

Jeśli najwięcej razy wybrałeś C- jesteś republikaninem. Jesteś konserwatystą w kwestiach społecznych, opowiadasz się za minimalną ingerencją państwa w gospodarkę. Popierasz wolny rynek, prawo do posiadania broni, rozwój armii i ograniczenie wydatków na pomoc socjalną. Blisko Ci do Abrahama Lincolna, ale i Georga Busha.

Jeśli najwięcej razy wybrałeś D- jesteś demokratą. Jesteś zwolennikiem państwa opiekuńczego, popierasz walkę o prawa mniejszości i równouprawnienie kobiet. Opowiadasz się za legalną aborcją i eutanazją, a także małżeństwami homoseksualnymi. Możesz przybić piątkę z Billem Clintonem i Barackiem Obamą.







Test został przygotowany na podstawie danych zebranych na http://www.ontheissues.org
Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger