Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja w USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja w USA. Pokaż wszystkie posty

5/28/2017

Jak wygląda studiowanie online i czy warto?

Jak wygląda studiowanie online i czy warto?
      System polskiej i amerykańskiej edukacji wyższej to dwa różne światy. Zaczynając od rozkładu zajęć, przez podejście profesorów do studentów, aż na opłatach za szkołę kończąc. O niektórych zagadnieniach wspominałam już nieco we wcześniejszych postach z kategorii edukacja w USA. Dziś natomiast postanowiłam opowiedzieć trochę o moich doświadczeniach z edukacją online, której w minionym semestrze miałam okazję zaznać po raz pierwszy. Uprzedzam, że będzie to dość długi post, ale zależało mi, by jak najbardziej wyczerpać temat. Oczywiście, jeśli coś budzi Wasze wątpliwości- pytajcie.
       Jak wiecie z wcześniejszych postów, w Stanach Zjednoczonych studiuję kierunek paralegal. Nie jest to wciąż zawód popularny w Polsce, a możliwe również, że osoby nie obracające się w kręgach prawniczych słyszą tę nazwę po raz pierwszy. Mówiąc w skrócie, paralegal jest to na przykład asystent adwokata, tworzący dla niego pisma procesowe, wspomagający pracę kancelarii asystujący w różnych codziennych obowiązkach kancelarii. Paralegal  może być również zatrudniony w sądach, urzędach i tym podobnych instytucjach. Jednak nie o zawodzie paralegal chciałam dziś pisać, a o studiowaniu online z mojej perspektywy. Przy okazji podkreślam, że dzisiejszy post powstaje w całości w oparciu o moje własne doświadczenia. Może się więc zdarzyć, że na innej uczelni, na innym kierunku, czy też w innym stanie, sytuacja będzie się nieco różnić.


      Zanim przejdę do samego studiowania online, jeszcze kilka zdań tytułem wstępu, w szczególności dla osób, które nigdy wcześniej nie spotkały się z tematem amerykańskiej edukacji wyższej. Otóż w Ameryce jest tak, że student sam sobie ustala plan zajęć. Oczywiście, dla ukończenia danego kierunku wymagane jest zaliczenie pewnej puli konkretnych przedmiotów, ale student samodzielnie może sobie rozplanować ile i jakie przedmioty chce w danym semestrze studiować.  Zazwyczaj przedmioty dzielą się na dwie grupy: general education oraz przedmioty zawodowe. W moim przypadku, do uzyskania tytułu associate wymaganych było 8 przedmiotów z grupy general education (np. angielski, informatyka) oraz 13 przedmiotów zawodowych (np. prawo rodzinne, prawo karne). W minionym semestrze postanowiłam trochę przyspieszyć moją edukację i zapisałam się aż na sześć przedmiotów, z czego trzy (informatykę, nauki społecznie i francuski) zdecydowałam się studiować online- głównie dla oszczędności czasu. 

JAK WYGLĄDA STUDIOWANIE ONLINE?

     W przypadku mojego kierunku sytuacja wygląda tak, że jedynie niektóre przedmioty z grupy general education można studiować w trybie online. Mimo wszystko, jest to duże ułatwienie. Przez cały semestr komunikujemy się z nauczycielem i innymi studentami w naszej grupie, a także oddajemy wszystkie zadania, rozwiązujemy quizy i egzaminy przez Internet, a konkretnie przez system blackboard, czyli uczelniany portal, gdzie każdy student ma swoje konto. Obiło mi się o uszy, że zostało to również wprowadzone w Polsce. Czasem może zdarzyć się tak, że nauczyciel będzie wymagał, by któryś z egzaminów napisać na uczelni- w tym celu trzeba zapisać się na konkretny termin i egzamin napisać przy komputerze w wyznaczonej sali. Wszystkie inne egzaminy roziwązuje się z domu i siłą rzeczy są to egzaminy "open book, open notes", czyli można korzystać z wszelkich pomocy naukowych. Przeczuwając pytania odpowiem- tak, w praktyce rodzi to pole do nadużyć; na przykład ktoś inny może rozwiązać za Was test, co oczywiście nie jest oficjalnie dozwolone. Sam proces studiowania wygląda tak, że na każdy tydzień zadana jest porcja materiału, którą student musi przestudiować samodzielnie, a następnie wykonać zadaną aktywność dotyczącą "przerobionego" materiału, np. napisać esej, rozwiązać quiz, czy wypowiedzieć się na tablicy dyskusyjnej. Dodam jeszcze, że studia w Ameryce różnią się od tych w Polsce także pod względem rozkładu materiału. Podczas gdy w Polsce zazwyczaj jedyna ocena to ocena z egzaminu końcowego z danego przedmiotu, to w Ameryce pracuje się przez cały semestr i zdobywa się punkty, z których potem wyliczana jest ocena końcowa. Punkty zyskuje się na przykład przez odrabianie cotygodniowych zadań, pisanie quizów i egzaminów, aktywność, itp. W przypadku przemiotów online, zazwyczaj ma się tydzień na ukończenie konkretnego zadania, a potem punkty przepadają. Ciekawą sprawą w przypadku studiowania online są tak zwane live sessions, czyli sesje na żywo z nauczycielem. W moim przypadku z każdego przemiotu były trzy takie sesje: na początku semestru, w środku, i tuż przed egzaminami końcowymi. Podczas takich spotkań nauczyciel zazwyczaj rozwiewa wątpliwości techniczne, ale także omawia problematyczne zagadnienia, jeśli jest taka potrzeba. Sesje są nagrywane i studenci, którzy nie mogli w nich uczestniczyć, mogą je odtworzyć w dogodnym dla siebie czasie.



JAKIE SĄ PLUSY STUDIOWANIA ONLINE?
  • Oszczędność czasu
     Jak wspomniałam, moim głównym motywem do studiowania online była oszczędność czasu. Oczywiście, od profesorów usłyszycie, że tak wcale nie jest, i że na klasy online poświęca się tyle samo czasu co na tradycyjne studiowanie. Moim zdaniem to nie jest prawda, szczególnie jeśli ktoś potrafi się dobrze zorganizować.
  • Synchronizacja 
Ważnym plusem dla mnie jest również możliwość wykonywania zadań w wygodnym dla nas czasie. Mam wolne popołudnie? Super, zrobię quiz. A w sobotę napiszę esej. Ważne jedynie, by wszystkie zadania oddać w wyznaczonym terminie. Przy dużej aktywności taka swoboda jest naprawdę dużym ułatwieniem..
  • Możliwość prześlizgnięcia się po materiale
Jest to plus szczególnie w przypadku przemiotów, które zbytnio nas nie interesują, a są wymagane przez program, czyli w rzeczywistości- większość przedmiotów general education. Podam Wam przykład, jak to wyglądało u mnie w przypadku nauk społecznych (social science). Generalnie dziedzina jest interesująca, ale nie miałam ochoty zagłębiać się w nią akurat w tym momencie i w takim trybie, więc sprowadziło się do tego, że właściwie w ogóle nie czytałam podręcznika, a jedynie wyszukiwałam odpowiedzi na pytania w quizach albo czytałam tylko te podrozdziały, do których odwoływał się temat zadanego eseju. Reszta pozostała nieruszona, co nie przeszkodziło mi skonczyć z oceną A.

JAKIE SĄ MINUSY STUDIOWANIA ONLINE?
  • Nauczyciele są często bezużyteczni 
Często, ale nie zawsze. Na moje trzy przedmioty online, tylko jeden nauczyciel (od francuskiego) był szczerze zaangażowany i bardzo pomocny. Szczerze mówiąc, był to jeden z lepszych nauczycieli jakich kiedykolwiek miałam. Natomiast nauczycielki od nauk społecznych i informatyki były całkowicie bezużyteczne, a wręcz tylko wprowadzały chaos. Na emaile z pytaniami odpowiadały tendencyjnymi regułkami typu kopiuj-wklej, zmieniały terminy oddawania zadań, mieszały daty i zakres egzaminów, nie oceniały części zadań, ale za to co chwilę zadawały coś ponadprogramowego. Szczerze mówiąc, momenatmi solidnie wyprowadzały mnie z równowagi. Wierzcie mi, w amerykańskim systemie coś takiego ta raczej wyjątek od reguły.
  • Mniejsze zrozumienie tematu
Jak napisałam w zaletach, studiowanie online pozwala nieco prześlizgnąć się po materiale. W moim przypadku był to plus, gdyż owe przemioty chciałam jedynie zaliczyć i mieć z głowy. Jednak gdyby były to ważne dla mnie przemioty, a trafiłyby się takie nauczycielki jak opisywałabym powyżej, to byłby to jednak problem.
  • Dużo bezsensownych zadań
Wspomniałam wcześniej, że w Ameryce na ocenę końcową pracuje się cały semestr, wykonując cały szereg zadań. I to jest generalnie okej, bo wspomaga systematyczność i pomaga zrozumieć temat. Problem pojawia się, gdy tych zadań jest za dużo, a ich jedynym celem jest zabranie czasu. Nie miałam tego problemu nigdy przy regularnym trybie studiowania, natomiast w trybie online tych bezsensownych zadań namnożyło się jak nigdy. To takie "zapchajdziury", żeby było z czego wystawić ocenę. Niekoniecznie są to trudne zadania, ale zazwyczaj czasochłonne, co przy moich sześciu przedmiotach było sporym utrudnieniem i powodem do frustracji. Na przykład, weźmy na tapet znów nauki społeczne. Po każdym rozdziale należało odpowiedzieć na jedno z pytań. Odpowiedź była w formie krótkiego eseju, na 500-800 słów, i zamieszczona miała być na tablicy dyskusyjnej na blackboard. I to jeszcze było nawet sensowne (pomijając fakt, że większość esejów nigdy nie doczekała się oceny). Problem był taki, że następnie należało odpowiedzieć na eseje dwóch innych osób. Były osoby, które się wczuwały, ale najczęściej owe odpowiedzi wyglądały tak:

 Czyli zero treści. Jedna odpowiedź dopasowana do każdego możliwego eseju. Wcale mnie to nie dziwi, sama tak robiłam z braku czasu. A czasem też dlatego, że Amerykanie (przynajmniej ci studenci, z którymi miałam do czynienia) fatalnie piszą. Czasem trudno się domyślić, co mają na myśli, a o błędach językowych już nie wspominając. Co szczerze mówiąc podniosło mnie trochę na duchu, bo wyszło na to, że jako imigrantka nie mam się czego wstydzić przy rodowitych Amerykanach :)

Podsumowując, jestem zadowolona z decyzji studiowania kilku przedmiotów w trybie online. Przede wszystkim zaoszczędziło mi to sporo czasu i pozwoliło połączyć szkołę z innymi obowiązkami. W moim przypadku tryb online sprawdził się bardzo dobrze, a zalety górowały nad wadami tego systemu. Nie polecam tego jednak osobom, które mają problem z organizacją czasu, prokrastynacją, czy motywacją. 


Dajcie znać, czy interesuje Was tematyka edukacji wyższej w USA. 
Jeśli tak, to może macie jakieś konkretne pytania?
 Postaram się pomóc!



1/05/2015

Jak minął nam ostatni rok?

Jak minął nam ostatni rok?
    Nie wiem dlaczego, ale pierwszy post w nowym roku jest dla mnie zawsze niezwykle stresujący. Czy jest odpowiedni? Czy jest godzien tego, by być tym pierwszym? Żeby nie utknąć w poszukiwaniu tego "jedynego" tematu i w końcu wejść w nowy rok, postanowiłam przygotować małe podsumowanie minionych dwunastu miesięcy, podobnie jak rok temu.

7/14/2014

Co tam w szkole słychać?

Co tam w szkole słychać?
      *** Kto przegapił pierwsze posty na temat mojej edukacji w USA i zamierza zadać pytanie typu "Jak to się wszystko zaczęło?" albo "Co studiujesz?", tego odsyłam do poprzednich postów: 1 i 2. ***


  
     Od mojego ostatniego posta w temacie edukacji w USA minęło już prawie pół roku, czas więc najwyższy nadrobić zaległości!

      Pierwszy semestr mojej edukacji zakończyłam na początku maja, tuż przed wyjazdem w Smoky Mountains. Jak wiecie, na pierwszy rzut wzięłam tylko jeden przedmiot- English 101. Kiedy zaczynałam zajęcia, nie miałam kompletnie pojęcia, co to oznacza i przyznam, że nieco się stresowałam, czy mój angielski okaże się wystarczający na poziom college'owy. Już po kilku pierwszych zajęciach uspokoiłam się, bo okazało się, że choć jeszcze dużo pracy przede mną, to źle nie jest.

      Muszę przyznać, że English 101 to dość przyjemny przedmiot. Przede wszystkim, nie ma tam praktycznie w ogóle nauki pamięciowej. Pracuje się przede wszystkim nad umiejętnością pisania i analizowania tekstów. Minus- pisze się tylko eseje, co po kolejnej oddanej pracy staje się lekko monotonne i chciałoby się czegoś więcej. Niemniej, zgłębiania zasad napisania dobrej tezy, rozwinięcia tematów, podawania przykładów, formułowania kontrargumentów i wieńczenia pracy odpowiednim zakończeniem, było naprawdę sporo. Moją mocną stroną na pewno był fakt, że nigdy nie miałam większych problemów z przelewaniem myśli na papier czy organizowaniem logicznym wypracowań. Moją najsłabszą stroną był oczywiście... język angielski :) Muszę jednak przyznać, że zajęcia potwierdziły opinie, które słyszałam od wielu znajomych, którzy edukację w USA już przeszli- jeśli wykażesz minimum zainteresowania zajęciami i "będzie Ci się chciało", to nauczyciel na pewno to zauważy. Trzymałam się tej rady, oddawałam wszystkie prace zadane przez nauczyciela, słuchałam jego rad i uwag, i... tak, zakończyłam semestr z oceną "A" :) Jednak poza oceną najbardziej cieszę się, że miniony semestr naprawdę dużo mi pomógł w pracy nad płynnością i poprawnością mojego angielskiego.

     Jeśli chodzi o różnice w kwestii systemu nauczania na uczelniach polskich i amerykańskich, jakie udało mi się zaobserwować podczas tej skromnej jak do tej pory edukacji, to wskazać muszę przede wszystkim na:
* życzliwy i bardzo swobodny kontakt na linii nauczyciel-uczeń, o czym już pisałam we wcześniejszym poście,
* istnienie zbioru zasad formalnych dotyczących formatowania tekstu w oddawanej nauczycielowi pracy. Nie ma, że wybieramy sobie ulubioną czcionkę czy dowolnie ustawiamy marginesy bądź odstępy między wierszami. Nawet nagłówek należy sformatować według bardzo konkretnych kryteriów (tzw. "MLA Format"), 

fot. Internet
* istnienie egzaminów śród-semestralnych ("mid-terms"), które mają dość istotne znaczenie dla oceny końcowej,
* system oceny nauczyciela i przydatności przedmiotu- po "mid-termach" i "finals" (egzaminach końcowych) dostaje się do anonimowego wypełnienia druczek przypominający trochę kartę odpowiedzi na matematycznym Kangurze,
* na każdym etapie semestru można skorzystać z bezpłatnej pomocy szkolnych korepetytorów ("tutors"); istnieje także "writing center", gdzie można udać się z napisanym wypracowaniem i dowiedzieć się, co warto poprawić (mnie akurat nigdy nie chciało czekać się w kolejkach, więc nie skorzystałam),
* cały czas można również korzystać z pomocy doradców edukacyjnych ("advisors")- ich rola polega przede wszystkim na rozwiązywaniu problemów logistycznych związanych z edukacją.
      ----> zaznaczam, że są to obserwacje jedynie z mojej szkoły, w innych może być inaczej.

       Semestr letni postanowiłam odpuścić i nie uważam, żeby był to dobry pomysł. Chciałam mieć czas, by korzystać z lata, tymczasem znów obserwuję językowy regres. Tym bardziej cieszę się, że już za 1,5 miesiąca wracam do college, na semestr jesienny. Tym razem zapisałam się na dwa przedmioty: English 102 i Intro to Arts & Ideas. Czym okaże się to w praktyce, na pewno dam znać :) A zaraz po zapisaniu się na kolejny semestr, udałam się do sklepu po nowe zeszyty... zdecydowanie wciąż nie wyrosłam z kolorowych notesików, zakreślaczy i notatników! :)



       A póki jeszcze trwają moje wakacje, podzielę się z Wami kilkoma zdjęciami mojej szkoły, które robiłam kiedyś tam "w międzyczasie".

Jedno z wejść do budynku.
Hol główny i rozejście na 4 budynki.
Tablica z planem college. Na początku naprawdę trudno się tam połapać!
Wejście do tunelu- korytarza między budynkami...
... i sam korytarz! Takie tunele łączą wszystkie 4 budynki na różnych piętrach.



Kącik do nauki.


W holach poszczególnych budynków często odbywają się wystawy prac studentów, spotkania informacyjno- edukacyjne i różne imprezy okolicznościowe, np. walentynkowy kiermasz.

biblioteka
Gablotka przy bibliotece.

kącik komputerowy

Amerykański patriotyzm zawsze i wszędzie!

A tutaj można umówić się na spotkanie z advisorem.
Legitymacja studencka od tyłu :)

1/17/2014

Pierwsze dni w college

Pierwsze dni w college
    Jak pisałam w listopadzie, zdecydowałam się w końcu iść do college. Jaki wybrałam kierunek i jak wyglądały początki początków możecie przeczytać we wspomnianym poście, natomiast dziś chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami po pierwszym tygodniu kolejnej odsłony studiowania, tym razem w Ameryce.

11/21/2013

Moja droga do college

Moja droga do college
    Jak zapewne wiecie z mojego profilu, w Polsce skończyłam studia prawnicze. Fajne studia, bardzo ciekawe, otwierające oczy na wiele rzeczy i na ogół będące dobrym początkiem przyjemnej kariery zawodowej. Problem w tym, że w USA mój dyplom jest praktycznie bez znaczenia. Ok, jest przecież coś takiego jak nostryfikacja.... ale jak niby uznać na przykład polskie prawo cywilne w systemie amerykańskim, zupełnie innym od europejskiego? Jak sami widzicie, prawnicy nie mają ciekawego początku w USA.

    Postanowiłam więc zdobyć amerykańskie wykształcenie. Edukacja wyższa w USA to coś zupełnie innego niż w Polsce! Trochę czasu i nerwów zajęło mi połapanie się w tym systemie, a i tak na wiele pytań wciąż nie znalazłam odpowiedzi. Tak czy inaczej, w styczniu zaczynam swoje pierwsze zajęcia i jestem z tego powodu bardzo podekscytowana :) Myślę, że moja szkoła będzie przyczynkiem do kilku postów o systemie amerykańskiej edukacji, ale dziś postanowiłam Wam opowiedzieć, jak to wszystko zaczęło się w moim przypadku i jakie etapy musiałam przejść do tej pory.

1/23/2012

High School

High School
   Na pewno każdy oglądał w swoim życiu przynajmniej kilka amerykańskich filmów, w których przewijał się wątek liceum. Sama doskonale pamiętam, jak w dzieciństwie oczekiwałam niecierpliwie na lekcje chemii, gdyż naoglądałam się w filmach, jakie te lekcje są ciekawe- mnóstwo chemicznych doświadczeń, czasem nawet coś wybuchnie- ekstra! Tymczasem polska rzeczywistość okazała się zupełnie inna- moja sympatia do chemii minęła, jak tylko zaczęło się rozpisywanie na kartce reakcji chemicznych... Niemniej, wraz z wiekiem, narastała ciekawość, jak tak naprawdę wygląda życie w amerykańskim liceum? Ile prawdy pokazują filmy i seriale, a co jest tylko upozorowane?



   Postanowiłam sprawdzić ten temat i przepytałam kilkoro moich tutejszych znajomych, licealistów właśnie, jakie są ich spostrzeżenia dotyczące high school. Jak się okazało, o czym uświadomiła mnie moja przyjaciółka- socjolog, udało mi się nawet nieświadomie przeprowadzić badania socjologiczne- jakościowe i wprawdzie mało reprezentatywne, bo jedynie na próbie 5 osób z 2 szkół średnich, ale jednak badania:)

     Dla porządku- najpierw pokrótce przedstawię moich znajomych:
- Eli- Polka, 16 lat, w USA od 3 lat,
- Sylwia- Polka, 17 lat, w USA od roku,
- Marzena- Polka, 16 lat, w USA od 3,5 roku,
- Enis- Macedończyk, 19 lat, w USA od 7 lat,
- Konrad- Polak i Amerykanin, 15 lat, urodzony w USA.
Konrad chodzi do bardzo dobrego liceum na przedmieściach aglomeracji Chicagowskiej, pozostali- do przeciętnego liceum w Chicago.
   Wszystkie informacje, które zamieszczę w tym poście, pochodzą od moich rozmówców. 



   Liceum w USA jest czteroletnie i zupełnie inaczej zorganizowane niż w Polsce. Dlatego też chętniej, nawet w rozmowie po polsku, używam określenia high school- bo mam wrażenie, że to całkiem inny twór!
   Każdy rocznik ma swoje określenie, i tak: uczeń 1 roku to freshman, 2- sophmore, 3- junior, 4- senior. Nie ma czegoś takiego jak klasy w polskim rozumieniu. Każdy uczeń idzie własnym tokiem i na początku duże znaczenie mają wyniki końcowe z podstawówki bądź gimnazjum ( w zależności od tego, co kto kończył), ponieważ decydują one o poziomie, na którym dany uczeń znajdzie się na pierwszym roku. Na przykład, jeżeli ktoś miał bardzo dobre wyniki z matematyki, to już będąc freshman'em, może mieć matematykę na np. 3 poziomie (przy czym matematyka jest tutaj podzielona na algebrę, geometrię itd.- każda z tych dziedzin to oddzielny przedmiot). Zdarza się więc, że pierwszoroczniacy są w "klasie" z juniorami czy nawet seniorami. Każdy uczeń ma więc inny plan lekcji, dopasowany do niego. Co do tygodniowego planu lekcji- tutaj też, w zależności od szkoły, stosowane są różne rozwiązania. W jednych szkołach uczniowie każdego dnia mają te same lekcje, w innych- dni szkolne są podzielone na przeplatające się dni A i B ( dzień A to jedne lekcje, dzień B to pozostałe lekcje). Moim zdaniem lepsze jest to drugie rozwiązanie, ponieważ w przypadku jednodniowej nieobecności uczniowi łatwiej jest nadrobić zaległości. Inna sprawa, że licealiści wolą tutaj iść do szkoły niż zostać przez dzień w domu, ponieważ każdą nieobecność trudno jest tutaj nadrobić. Już nie wspomnę o tym, że większość lekcji trzeba odpracować w innych godzinach! Co ciekawe- lunch jest również liczony jako lekcja w planie! Mając więc 8 godzin lekcyjnych dziennie, 7 z nich to lekcje, a 1 to lunch. Z lunchem też w każdej szkole jest trochę inaczej. Na ogół lunch jest płatny, ale wysokość opłaty zależy od dochodów rodziny. W niektórych liceach nie można w tym czasie opuszczać szkoły, w innych- jest to możliwe, gdy rodzice podpiszą zgodę. A czego na temat lunchu można dowiedzieć się z filmów? Na przykład tego, że faktycznie każdy ma swoje ustalone miejsce na lunchu oraz że niekiedy dochodzi do bitw na jedzenie:) i jak trafi się "fajny" ochroniarz, to nie reaguje i pozwala dokończyć bitwę, udając, że nic nie widzi! :) W szkołach są ochroniarze, ale, co oczywiste przy takim toku nauki, nie ma wychowawców klas. Są za to "counselors", do których uczniowie mogą zwrócić się ze swoimi problemami, głównie logistycznymi.

   Na koniec każdego semestru uczniowie piszą testy zwane "finals", sprawdzające ich wiedzę z danych przedmiotów. A co się dzieje, jeżeli ktoś nie zaliczy jakiegoś przedmiotu? Wtedy czeka go "summer school", czyli płatne zajęcia podczas wakacji, których celem jest nadrobienie zaległości. 2 tygodnie summer school odpowiadają jednemu semestrowi nauki niezaliczonego przedmiotu.
   Jeśli chodzi o przedmioty nauczane w szkole, to jest pewna pula, którą każdy uczeń musi w ciągu 4 lat zaliczyć, ale to od niego w dużej mierze zależy, kiedy jakie przedmioty będzie miał w planie. Na przykład trzeba mieć 2 lata w-fu i ustala się, w których latach chce się te godziny zaliczyć. Inna sprawa, że dobrze jest sobie przemyśleć, co kiedy chce się zaliczyć, gdyż często możliwość wzięcia danego przedmiotu uzależniona jest od wcześniejszego zaliczenia innego. Ogólnie wszystko sprowadza się do tego, że żeby móc ukończyć high school, trzeba zebrać odpowiednią ilość kredytów, a każdy przedmiot to jakieś kredyty. Co ciekawe, nie ma wyraźnego podziału na biologię, chemię i fizykę, tylko wszystkie te przedmioty zaliczone są do "science" i jeśli trzeba w toku nauki zaliczyć 3 lata science, to albo najpierw jest biologia, potem fizyka i chemia, albo te przedmioty przeplatają się. Najlepiej jest wszystkie najważniejsze przedmioty zaliczyć w ciągu 3 lat, ponieważ na koniec juniors pisze się ACT- stanowe testy końcowe, których wynik wpływa na przyjęcie do College. Tak więc 4 rok to najczęściej "ściema", bo uczniowie zaliczają wtedy takie przedmioty jak muzyka, w-f, czy tym podobne, nie wymagające większego wysiłku, przedmioty. W niektórych szkołach, poza "normalnymi" lekcjami, trzeba jeszcze w ciągu 4 lat zaliczyć daną ilość godzin społecznych (u moich rozmówców- 40 godzin), które mogą polegać np. na pomocy w bibliotece, robieniu kartek świątecznych czy grabieniu liści w parku ;]. Co ciekawe, w szkole średniej można zrobić prawo jazdy (jednak najpierw trzeba mieć zaliczony 1 rok w-f).

   Ciekawym zjawiskiem w amerykańskich liceach, pełnych imigrantów, jest ESL (English Second Language). Jest to program, dzięki któremu nastolatkowie, którzy nie znają dobrze angielskiego, mają szansę ukończyć high school. Zaliczają oni takie same przedmioty, jak ich rówieśnicy na nie-ESL, ale na innym poziomie- takim, który umożliwi im zrozumienie tematu. Oczywiście, tematyka zajęć często jest zupełnie inna niż na regularnych lekcjach i jest nastawiona głównie na naukę języka, np. Eli, która jest freshmanem na ESL przyznaje, że na historii bardziej uczy się angielskiego, niż historii, a jej zadania domowe polegają na ułożeniu krótkiej historii z 9 słówkami wskazanymi przez nauczyciela. Oczywiście nie są to słowa jak "cat" czy "dog", ale bardziej wyszukane:). Nie zmienia to faktu, że Sylwia, która jest tu od roku, podsumowała naszą rozmowę stwierdzeniem: " Ja to się tutaj nic nie nauczyłam" ;]. Za to Konrad, który jest freshmanem na normalnym programie, ba! z kilku przedmiotów jest na wyższym poziomie niż jego rówieśnicy, przyznaje, że liceum bardzo dużo mu daje i bardzo dużo się tam uczy. Muszę jednak przyznać, ze liceum, do którego chodzi Konrad, jest dosyć niezwykłe jak na polskie warunki: jest tam ok. 120 zajęć pozalekcyjnych do wyboru (w tym kilkanaście języków obcych, nauka gry na różnych instrumentach, zajęcia sportowe, zajęcia artystyczne), korty tenisowe, sala kinowa... Do takiego liceum aż chciałoby się chodzić! :)



    Tyle suchych informacji na temat high school, teraz trochę o tym, ile prawdy jest w amerykańskich filmach o licealistach :)

   Przede wszystkim dziewczyny zdecydowanie zanegowały, jakoby przy szafkach odbywały się jakiekolwiek dłuższe rozmowy, które są popularnym elementem w wielu filmach! Owszem, każdy ma swoją szafkę (czasem się zdarza, że jedna szafka jest na 2 osoby), ale na rozmowy nie ma czasu, gdyż przerwy między lekcjami trwają jedynie 4 minuty, a to zaledwie starcza na przejście z sali do sali zatłoczonym korytarzem. Nie jest też aż tak bardzo powszechne wieszanie w szafkach plakatów idoli czy umieszczanie jakichkolwiek innych rzeczy poza książkami. Konrad natomiast wyznał, że on to nawet nie wie, gdzie jest jego szafka, więc jakoś żyje bez niej.
   Nieprawdą okazała się też przerysowana popularność cheerleaderek i sportowców- owszem, osoby takie oczywiście są w szkole i faktycznie cheerleaderki najczęściej umawiają się ze sportowcami, ale wcale nie są aż tak popularne. Freshmeni często nawet nie wiedzą, kto zalicza się do grona takich osób.
   "Kocenie" także jest przereklamowane. Dziewczyny w ogóle o nim nie wspomniały, a Konrad przyznał, że bał się na początku "rzucania centówkami", ale obawy te okazały się bezpodstawne.
   Nie ma też jakoś specjalnie dużo imprez szkolnych, właściwie ograniczają się one do "Homecoming" (bal witający w nowym roku) na przełomie września i października oraz "Prom" (bal na zakończenie szkoły) dla Seniors w maju/ czerwcu. Fani "Pamiętników Wampirów" muszą być więc rozczarowani :).



   To tyle, tak w skrócie, na temat high school. Dla mnie rozmowy z piątką licealistów były ogromnym zastrzykiem informacji i starałam wybrać się te najważniejsze i najciekawsze, żeby podzielić się nimi z Czytelnikami. Osobiście jestem pod wrażeniem, jak skomplikowaną strukturą jest w USA liceum i jak dużo dojrzałości i samodzielności wymaga się od licealistów- to nie to co w Polsce, że każdego jakoś się "pchnie". Tutaj nastolatek sam musi wiedzieć, czego chce i sam musi się o siebie troszczyć.


p.s. Zaznaczam jeszcze raz, że przedstawione informacje pochodzą tylko od 5 uczniów z 2 liceów, obu z aglomeracji chicagowskiej. Niewykluczone więc, że w innym liceum sytuacja może wyglądać inaczej. Może kiedyś pofatyguję się do liceum rodem z "Młodych Gniewnych" i wtedy obraz high school nabierze nowych barw:).
Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger