Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty

11/02/2019

Szukanie pracy w USA. Praktyczne wskazówki.

Szukanie pracy w USA. Praktyczne wskazówki.
     Szukanie pracy w Stanach Zjednoczonych jest tematem bardzo obszernym i zależnym od wielu elementów. Poza tak oczywistymi i uniwersalnymi czynnikami jak wykształcenie czy specyfika konkretnej branży, duże znaczenie ma tu chociażby stan i miasto, w którym mieszkamy, nasz status imigracyjny i znajomość języka angielskiego. Dziś podzielę się z Wami kilkoma uwagami na temat szukania pracy i skupię się głównie na realiach okołochicagowskich, choć wydaje mi się, że duża część wskazówek może okazać się przydatna także w innych częściach Stanów, a może i nawet w innych krajach. Mam nadzieję, że post okaże się pomocny nie tylko dla świeżych imigrantów czy osób dopiero planujących pobyt w USA, ale także dla starszych stażem imigrantów rozważających zmianę pracy. Zapraszam!


*Jeszcze tytułem wstępu: ten post NIE JEST o wizach pracowniczych i innych procedurach imigracyjnych. Nie jest również o tym, jak dostać się do USA.  Na wszelkie pytania odpowiadam z doświadczenia własnego i moich znajomych. Nie jestem adwokatem i nie udzielam porad prawnych. Dziękuję :)


Nie znam języka angielskiego i nie posiadam legalnego statusu. 

Czy mam szansę na znalezienie pracy w Stanach?


     Być może odpowiedź na to pytanie zaskoczy wiele osób, ale TAK, nawet osoby przebywające w USA nielegalnie i bez znajomości języka angielskiego, są tutaj w stanie pracować. Oczywiście nie jest to praca legalna i nie można liczyć na zatrudnienie na jakimś wyższym stanowisku, ale jestem zdania, że jak ktoś chce pracować, to w USA (a już na pewno w Chicago!) z głodu nie umrze.

     Pole manewru jest jednak dla takich osób dość ograniczone. Jeśli chodzi o warunki chicagowskie, to zwykle tacy imigranci mogą liczyć na zatrudnienie w branży budowlanej, na sprzątaniu, przy opiece nam dziećmi lub osobami starszymi, w niektórych sklepach, a także niekiedy w małych biurach. Niektórzy idą inną ścieżką- zakładają (legalnie) własną firmę (nawet jednoosobową) i pracują dla większych spółek jako niezależni (pod)wykonawcy/ zleceniobiorcy.

     Nie oznacza to jednoznacznie, że zarobki takich osób są niskie. W wielu z tych prac można zarobić całkiem godziwe pieniądze i sama znam wiele osób, które w Stanach przebywają nielegalnie od lat, a mimo tego żyją na całkiem dobrym poziomie materialnym.


Gdzie szukać ofert pracy?

 

     Moim zdaniem wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju pracy szukamy. Jeśli ktoś szuka pracy w jednym z sektorów i z warunkami, o których pisałam powyżej, to poza oczywistą pocztą pantoflową, polecałabym zajrzeć do ogłoszeń w polskiej, lokalnej prasie- np. w Dzienniku Związkowym albo Monitorze. Dość dużym amerykańskim źródłem ofert pracy (i innych ofert także), choć w moim odczuciu już nieco tracącym na wartości, jest portal Craigslist

     Jeśli natomiast chodzi o pracowników bardziej wykwalifikowanych, to moim zdaniem jednym z najlepszych źródeł szukania pracy jest portal LinkedIn. Szczerze polecam założyć tam profesjonalne konto (warto się przyłożyć do tworzenia swojego profilu, to będzie nasza wizytówka) i utrzymywać otwarty status na oferty pracy nawet, jeśli aktualnie żadnej pracy się nie szuka. Po pierwsze dlatego, że jest się bardziej widocznym dla rekruterów, którzy znikąd mogą pojawić się z ciekawą ofertą, a po drugie, że właśnie dzięki tym niespodziewanym ofertom, łatwiej jest nam na bieżąco monitorować rynek związany z naszą branżą. Poza LinkedIn'em, uważam, że całkiem fajnie w szukaniu ofert pracy sprawdzają się również Indeed oraz Glassdoor. Glassdoor ma jeszcze dodatkowe przydatne opcje: można tam nie tylko sprawdzić orientacyjne wynagrodzenie w danej firmie, nawet jeśli w konkretnym ogłoszeniu nie ma podanej stawki od pracodawcy, ale także można poczytać opinie byłych i obecnych pracowników na temat warunków pracy w danym przedsiębiorstwie.

      Z bardziej specyficznych metod szukania pracy, polecam też na bieżąco monitorować strony konkretnych firm, w których chcielibyśmy w przyszłości pracować. Wiele z nich ma specjalne zakładki z aktualnymi wakatami, na które można aplikować bezpośrednio z tej strony. Co ciekawe, niektóre firmy czy agencje rządowe nie zamieszczają swoich ofert na popularnych portalach, a jedynie na swoich stronach właśnie.

     Niektórzy też kontaktują się bezpośrednio z firmami rekrutacyjnymi wyspecjalizowanymi w konkretnej branży i czekają na ich pomoc. Moim zdaniem warto skorzystać z tej możliwości w ramach opcji dodatkowej, ale osobiście nie ograniczałabym się do szukania pracy tylko przez rekrutera.


Jak przygotować się do szukania pracy?


      Absolutny punkt pierwszy przy szukaniu pracy, jeszcze zanim zacznie się wysyłać aplikacje, to moim zdaniem stworzenie solidnego resume, czyli odpowiednika curriculum vitae (CV). W internecie można znaleźć mnóstwo wzorów i wskazówek dotyczących tworzenia resume, więc nie będę się na ten temat zbytnio rozpisywać, podzielę się tylko kilkoma ogólnymi uwagami, które mogą być zaskakujące dla osób osadzonych w polskich realiach rynku pracy.

  • Co do zasady, resume nie powinno być dłuższe niż jedna strona. Ma być zwięzłe, konkretne, względnie dostosowane do konkretnego stanowiska i wyszczególniające nasze najmocniejsze atuty. Przerost formy nad treścią zdecydowanie nie jest tutaj dobrze widziany.
  • W resume nie umieszcza się zdjęcia, daty urodzenia, stanu cywilnego, nazwiska panieńskiego, kraju pochodzenia i tym podobnych elementów, które nie mają związku z pracą, a mogłyby potencjalnie prowadzić do dyskryminacji w procesie zatrudnienia. Mało tego, potencjalny pracodawca podczas interview również nie może spytać o datę urodzenia, stan cywilny, liczbę dzieci, czy plany względem macierzyństwa. Nie może także spytać o kraj pochodzenia, ale już absolutnie może zapytać o pozwolenie na pracę w USA. (To, o co dokładnie może lub nie może zapytać pracodawca, może wyglądać nieco inaczej w każdym stanie)

     Poza resume, dobrze jest również przygotować krótki szkic tzw. cover letter, czyli odpowiednika listu motywacyjnego. Tutaj również liczy się zwięzłość i prostota. Warto wspomnieć o swoich wartościowych dla danego stanowiska cechach, doświadczeniach i umiejętnościach, na których rozwinięcie nie było miejsca w resume, a także napisać, dlaczego zależy nam na pracy w tej konkretnej firmie. Nie wszystkie firmy wymagają dołączenia cover letter do aplikacji, ale pamiętam jak jedna z moich wykładowczyń mówiła, że gdy ona rekrutuje u siebie w firmie, to z góry odrzuca wszystkie aplikacje, do których nie został dołączony list motywacyjny.

   Jeśli mamy możliwość, warto również zadbać o zebranie listów rekomendacyjnych (recommendation/ reference letters). Tutaj pole do popisu jest dość szerokie, ale też bardzo indywidualne i zależy od doświadczeń konkretnej osoby- o napisanie listu rekomendacyjnego można na przykład poprosić swojego profesora ze studiów, u którego osiągnęliśmy dobre wyniki; byłego pracodawcę, jeśli pozostajemy z nim w przyjaznych stosunkach; współpracownika, który może zaświadczyć o naszych umiejętnościach, itp. Moja rada jest taka, żeby o ogólne listy rekomendacyjne prosić osoby zaraz po zakończeniu pewnego etapu w naszej karierze. Na przykład, nie wyobrażam sobie prosić profesora o napisanie listu rekomendacyjnego po pięciu latach od skończenia studiów, bo wątpię, czy by mnie nadal pamiętał. I dodatkowa uwaga- należy liczyć się z tym, że rekruter może chcieć skontaktować się z osobą wystawiającą list i zadać jej kilka pytań. Warto więc upewnić się, że rekomendująca nas osoba jest na to gotowa. Żeby zabezpieczyć się na taką sytuację, przy wysyłaniu aplikacji lepiej nie załączać listów rekomendacyjnych, a jedynie (ewentualnie) dodać notatkę, że jesteśmy gotowi udostępnić nasze rekomendacje, gdy zostaniemy o to poproszeni. 


 

 

Na co zwrócić uwagę przeglądając oferty pracy?


     Szukanie pracy jest oczywiście procesem bardzo indywidualnym i może różnić się znacznie w zależności od branży, stanowiska, czy posiadanego doświadczenia zawodowego, ale kilka elementów, na które warto zwrócić uwagę w amerykańskich warunkach, jest moim zdaniem niezmiennych.

      Po pierwsze- oczywiście proponowane wynagrodzenie. W Ameryce jest pod tym względem o tyle łatwiej niż w Polsce, że bardzo duża część ofert pracy zawiera proponowane wynagrodzenie. Nawet, jeśli nie są to konkretne kwoty, to są to przynajmniej dość sensowne widełki, które pozwalają nam określić, czy dana oferta w ogóle nas interesuje. Bo przecież nikt nie chodzi do pracy w ramach wolontariatu.

      Tak na marginesie, te podane kwoty proponowanego wynagrodzenia mają też dodatkową zaletę- pomagają nam wybadać rynek i podpowiedzieć, czego ewentualnie możemy wymagać od potencjalnego pracodawcy i jak pokierować rozmową, kiedy dojdzie już do etapu interview. Jeśli chcemy zbadać swoją "wartość rynkową", możemy też skorzystać z kalkulatorów oferowanych przez różne portale rekrutacyjno/ofertowe: wystarczy wpisać stanowisko, doświadczenie i rejon, w którym pracujemy, by dowiedzieć się orientacyjnie, ile zarabiają osoby o podobnych kwalifikacjach. Kolejnym narzędziem, z którego warto skorzystać, jest oficjalna strona wspierana przez amerykański Departament Pracy: O*Net. Dzięki temu portalowi również możemy sprawdzić średnie zarobki w danej branży i rejonie, ale także poznać warunki i specyfikę pracy w danym zawodzie, jeśli na przykład chcemy się przekwalifikować. Świetne źródło informacji o amerykańskim rynku pracy, także dla osób zza granicy!

     Kolejnym elementem, na który warto zwrócić uwagę, to proponowane benefity. O czym tu mowa w amerykańskich realiach? Na przykład o czasie płatnego urlopu, dniach personalnych/chorobowych, ubezpieczeniu medycznym, dentystycznym lub okulistycznym (tutaj warto dowiedzieć się, jaki procent składki ubezpieczeniowej pokrywa pracodawca oraz od kiedy nas ono obowiązuje- temat ubezpieczeń w USA kwalifikuje się na całkowicie oddzielny post), dopłacie do programu 401k (w skrócie i uproszczeniu- prywatne składki emerytalne), itp. Niektóre firmy oferują również... ubezpieczenie dla zwierzęcia (z tego co się orientują, kwalifikują się jednak tylko psy i koty). Niestety, wiele firm proponuje śmieszne benefity albo wręcz nie oferuje żadnych i niestety czasem nie możemy nic z tym zrobić. Wiele osób jest w stanie pracować za mniejsze pieniądze, ale mieć korzystniejsze benefity. Tutaj trudno dawać konkretne rady, każdy sam musi przekalkulować, co jest dla niego ważniejsze. 

     Jeśli mieszka się w tak dużym tworze miejskim jak aglomeracja chicagowska, to zdecydowanie polecam też spojrzeć na lokalizację miejsca pracy, żeby nie okazało się, że dojazd do pracy będzie nam zajmował codziennie kilka godzin. I tutaj uwaga: mieszkając w Chicago trzeba liczyć się z tym, że średni czas dojazdu do pracy wynosi około 30-40 minut.

 

Jak wygląda proces rekrutacyjny?
Na co zwraca uwagę potencjalny pracodawca?


     Ok, mamy już napisane najlepsze resume i list motywacyjny, codziennie przeglądamy nowe oferty pracy na portalach i wysyłamy swoje aplikacje do tych miejsc, które nas interesują. Co dalej?

     Proces rekrutacji jest w Stanach zwykle kilkuetapowy. Bardzo często zdarza się, że dana firma kontaktuje się z aplikantem najpierw mailowo, by umówić się na wstępną rozmowę przez telefon, a następnie dopiero po takiej rozmowie telefonicznej, w ramach kolejnego etapu rekrutacji, firma zaprasza wybranych kandydatów na rozmowę twarzą w twarz. Zdarza się również, że takich rozmów może być więcej niż jedna- w zależności od procedury danej firmy.

     Podczas tej wstępnej rozmowy telefonicznej (zwykle kilku- kilkunastominutowej), rekruter prosi  kandydata, by opowiedział coś o sobie, a następnie powiedział czym zajmuje się w aktualnej pracy, jakie są jego kwalifikacje, oczekiwania finansowe, dlaczego chce zmienić pracę, dlaczego akurat ta firma go interesuje, itp. Jest to również czas, kiedy kandydat może zadać swoje wstępne pytania i zastanowić się, czy jest dalej zainteresowany tą ofertą. Po takiej rozmowie, jeśli firma jest dalej zainteresowana negocjacjami z kandydatem, może go poprosić o przesłanie dodatkowych dokumentów- np. listów rekomendacyjnych czy przykładów konkretnych prac (np. writing samples), które kandydat wykonał w obecnej pracy. Firma może również poprosić o podpisanie zgód na przeprowadzenie tzw. background check, czyli sprawdzenie kandydata w różnych oficjalnych bazach danych i kartotekach pod kątem popełnionych przestępstw, wyroków sądowych, czy historii kredytowej. Następnie dochodzi do rozmowy twarzą w twarz, zwykle w siedzibie firmy.

     Właściwie interview wygląda bardzo podobnie do telefonicznego, tylko jest nieco bardziej rozbudowane. Pada więcej pytań, więcej konkretów i obie strony mogą się lepiej poznać i wybadać. Podstawowym elementem jest omówienie resume kandydata. Rekruterzy są zwykle bardzo dobrze przygotowani i zadają konkretne pytania dotyczące naszych różnych doświadczeń (nie tylko stricte zawodowych) i kwalifikacji związanych z konkretnym stanowiskiem. Warto tutaj nadmienić, że amerykańscy pracodawcy często zwracają uwagę na uczelnię, którą się ukończyło (choć w większości prac decydujące jest jednak doświadczenie) oraz dodatkowe aktywności, na przykład wolontariat. Dobrze jest również samemu przygotować się do takiej rozmowy i być gotowym, by zadać kilka pytań dotyczących firmy, swojego stanowiska, zarobków, oczekiwań, itp.

     Z moich doświadczeń i obserwacji wynika, że nie ma reguły co do czasu trwania i przebiegu takich rozmów: mi osobiście nigdy nie zdarzyło się, żeby interview trwało dłużej niż 30-40 minut i wykraczało poza mniej lub bardziej luźną rozmowę na temat moich kwalifikacji i oczekiwań (branża prawna). Z kolei moja koleżanka, pracująca w branży architektonicznej, uczestniczyła niedawno w dwugodzinnym interview, które poza klasyczną rozmową obejmowało także prezentację firmy i test praktyczny z programu AutoCAD. Kolega zajmujący się rekrutacją w branży IT przyznaje, że u nich rozmowy trwają zwykle kilka godzin i opierają się stricte o tematy techniczne. Długi czas tych rozmów bierze się stąd, że od kandydata nie o tyle wymaga się szybkiego rozwiązania problemu, co zaprezentowania swojego procesu myślowego i wytłumaczenia poszczególnych etapów. Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że nigdy nie trafiłam na nieuprzejmą osobę czy dziwne i abstrakcyjne pytania, typu co byś zrobił/a będąc w klatce z lwem.

     Skoro już jesteśmy w temacie interview, to czuję się w obowiązku dać bardzo ważną radę- jeśli staracie się o pracę w Stanach Zjednoczonych, to zapomnijcie o tej dziwnej zasadzie wrytej w polską mentalność, że trzeba być cichym, skromnym, i absolutnie nie mówić o swoich zaletach i mocnych stronach.  Jeśli Wy sami się nie pochwalicie i nie powiecie o swoich mocnych stronach, to nikt za Was tego nie zrobi.

     Po zakończonym interview rekruter może zaprosić kandydata do kolejnego etapu, przedstawić mu konkretną ofertę albo poinformować, że skontaktuje się z nim w ciągu kilku dni i wtedy poinformuje o dalszym etapie postępowania.

     Warto jeszcze wspomnieć, że po zakończonym interview, w dobrym tonie jest wysłać swojemu potencjalnemu pracodawcy krótki e-mail z podziękowaniem za rozmowę i poświęcony czas. W dobrym tonie ze strony pracodawcy jest natomiast poinformować e-mailowo lub telefonicznie kandydata o zakończonym procesie rekrutacyjnym, również jeśli dana osoba nie została wybrana na wolne stanowisko, ale niestety nie jest to jeszcze powszechna praktyka.



Jak wygląda umowa o pracę?


     Końcowy etap udanego procesu rekrutacyjnego to umowa o pracę. Wizualnie, umowa o pracę może wyglądać... różnie. Może być nawet tylko ustna, ale to raczej zdarza się tylko przy prostych pracach albo w przypadku osób przebywających w USA nielegalnie. Natomiast jeśli chodzi o umowy pisemne, to spotkałam się zarówno z umowami jednostronicowymi, regulującymi jedynie podstawowe elementy, jak strony umowy, wynagrodzenie, czy wymiar czasu wolnego, jak i dość obszernymi, w które wplecione są również fragmenty regulacji stanowych dotyczących warunków pracy albo inne ogólne postanowienia. Co istotne, bardzo często umowy o pracę są "at will", czyli każda ze stron może rozwiązać umowę z dnia na dzień, nawet bez podawania przyczyny. Nieformalna zasada savoir-vivre wymaga jednak, by nawet w takich sytuacjach wręczyć drugiej stronie dwutygodniowe wypowiedzenie, choć w praktyce zdecydowanie częściej jest to respektowane przez pracowników niż pracodawców.


____________________________________________________________

     A Wy macie jeszcze jakieś dodatkowe rady dla osób poszukujących pracy? Jeśli tak, koniecznie podzielcie się w komentarzach! A może macie dodatkowe pytania dotyczące amerykańskich realiów pracy? Pytajcie śmiało, wspólnie pewnie coś doradzimy!

10/03/2018

Loteria wizowa 2020. Dziesięć najpopularniejszch pytań.

Loteria wizowa 2020. Dziesięć najpopularniejszch pytań.
     Początek jesieni to dla wielu osób na całym świecie kolejna szansa do spełnienia ich marzeń- wylosowania zielonej karty i ruszenia na podbój Stanów Zjednoczonych oraz realizacji swojego American Dream. Ruszyła właśnie kolejna edycja corocznej amerykańskiej loterii wizowej. Dziś więc czas na odświeżenie informacji o tym cudeńku. Zebrałam dla Was odpowiedzi na dziesięć chyba najpopularniejszych pytań w tym temacie. Będzie, mam nadzieję, zwięźle i rzeczowo. Zapraszam do lektury, a osoby bardziej zainteresowane loterią i emigracją na samym końcu znajdą zestaw linków, które zdecydowanie polecam odwiedzić.


1. Czym jest zielona karta?

Zielona karta to potoczna nazwa dla dokumentu jakim jest Karta Stałego Pobytu (Permanent Residence Card). Daje ona przede wszystkim prawo do legalnego mieszkania i pracowania w USA, a poprzez to także m.in. do korzystania z państwowych programów emerytalnych i socjalnych czy, w niektórych stanach, wyrobienia prawa jazdy (w niektórych stanach, choć jest ich coraz mniej, prawo jazdy można wyrobić nawet będąc nielegalnie). Aby utrzymać zieloną kartę, należy mieszkać w USA. Jest to dość istotne, ponieważ niektórzy żyją w przekonaniu, że ów dokument pozwoli im na swobodne odwiedzanie znajomych czy podróżowanie po USA, podczas gdy mieszkać będą w innym miejscu. Jest to błędne przekonanie- jeśli przebywa się poza USA dłużej niż rok, to zazwyczaj zielona karta zostaje odebrana (istnieją wyjątki jak np. biały paszport, ale to inny temat). Zielona karta jest również etapem do uzyskania amerykańskiego obywatelstwa.

2. Co to jest loteria wizowa?

Loteria wizowa (Diversity Visa (DV) program) to jedna z możliwości uzyskania zielonej karty. Co roku, Stany Zjednoczone "rozdają" w wyniku loterii około 50 tysięcy zielonych kart dla uczestników z kwalifikujących się państw, czyli takich, które mają niski współczynnik emigracji do USA. Przez długi czas Polska była wyłączona z loterii, jednak od kilku lat obywatele polscy znów są do niej włączeni.

3. Kiedy przyjmowane są zgłoszenia?

W tym roku zgłoszenia do loterii wizowej przyjmowane są od 3 października do 6 listopada.

4. Jakie wymagania trzeba spełniać?

Zgodnie z oficjalną instrukcją Departamentu Stanu, osoba chcąca wziąć udział w loterii musi spełniać jedynie dwa podstawowe warunki:
  • Pochodzić z państwa kwalifikującego się do loterii (jak wspomniałam wcześniej, Polska od kilku lat kwalifikuje sie do udziału)- w przypadku loterii nie zawsze "pochodzenie" jest równoznaczne z obywatelstwem;
  • Posiadać co najmniej pełne wykształcenie średnie lub jego odpowiednik LUB dwuletnie doświadczenie w zawodzie, do wykonywania którego potrzebne są co najmniej dwa lata szkolenia zawodowego.
Warto jednak wspomnieć, że w dalszym procesie, tzn. gdy zostanie się wylosowanym i wyrazi chęć udziału w dalszej procedurze imigracyjnej, urząd imigracyjny będzie przyglądał się także innym aspektom, na przykład historii kryminalnej danej osoby.
 

5. Czy aplikacja jest płatna?

Samo wypełnienie aplikacji i udział w loterii jest bezpłatny. Warto jednak pamiętać, sam udział w loterii to dopiero początek całej procedury. Gdy szczęście dopisze i zostanie się wylosowanym, trzeba liczyć się z całym szeregiem kolejnych czynności i procedur wizowych, które już wymagają opłat.


6. Gdzie można aplikować?

W loterii wizowej można wziąć udział jedynie wypełniając internetowy formularz na oficjalnej stronie Departamentu Stanu USA TUTAJ. Formularz składa się z kilkunastu podstawowych pytań oraz wymaga dodania aktualnego zdjęcia w wizowym formacie. Zgodnie z instrukcją, zgłoszenie można wysłać tylko raz, a jeśli będzie się próbowało "zwiększyć swoje szanse" wysyłając kilka zgłoszeń, to wszystkie one zostaną zdyskwalifikowane. Również zgłoszenia niekompletne nie będą brały udziału w losowaniu. Warto też wspomnieć, że na wypełnienie formularza ma się 60 minut i nie można go wypełniać "na raty". Przed rozpoczęciem wypełniania warto więc dokładnie zapoznać się z intrukcją i pytaniami, na które trzeba będzie podać odpowiedź.

7. Czy potrzebny jest prawnik?

Udział w loterii nie wymaga pomocy prawnika. Mało tego, sam urząd odradza nawet korzystanie z wszelkiej maści "konsultantów" i "agentów" wizowych.

8. Co po złożeniu aplikacji?

Bardzo ważne jest, aby zachować numer zgłoszenia, który zostanie wyświetlony po wypełnieniu aplikacji. To przy użyciu tego numeru będzie można sprawdzić, czy zostało się wylosowanym. Wyniki tegorocznej loterii będzie można sprawdzać na stronie Departamentu Stanu od 7 maja 2019 roku do 30 września 2020 roku. Samodzielne sprawdzenie wyników losowania jest jedynym sposobem, by się o nich dowiedzieć- Departament Stanu nie rozsyła listów i e-maili, nie dzwoni, ani nie kontaktuje się z uczestnikami w żaden inny sposób, by poinformować o (nie)wylosowaniu.

9. Co jeśli zostanę wylosowany/wylosowana?

Osoba, która zostanie wylosowana w loterii i chce otrzymać zieloną kartę, musi poddać się dalszej procedurze wizowej. Warto wspomnieć, że jeśli ktoś został wylosowany w loterii, oznacza to dopiero początek procedury imigracyjnej i nie gwarantuje uzyskania zielonej karty. W dalszym postępowaniu wizowym trzeba również ponieść odpowiednie opłaty- szczegółowe informacje o przewidywanych kosztach i opłatach będą zawarte w instrukcji, którą otrzyma się po wylosowaniu karty. Warto pamiętać, że rząd USA nie pokrywa żadnych kosztów uczestnika loterii- ani kosztów procedury wizowej, ani przelotu do Stanów; nie pomaga również w szukaniu pracy czy zakwaterowania na miejscu.
Procedura wizowa w tegorocznej loterii musi zostać zakończona przed 30 września 2020 roku- inaczej zielona karta przepada. Warto więc jak najszybciej sprawdzić wyniki loterii i poddać się dalszym procedurom.

10. Czy warto aplikować?

To jest prawdopodobnie jedyne pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Znam osoby, które bardzo szybko odnalazły się w USA i są tutaj przeszczęśliwe, jak i takie, które w pogoni za swoim American Dream rzuciły wszystko w Polsce, a teraz... żałują.
Z mojej perspektywy sytuacja wygląda tak, że jeśli ktoś ma dobre życie w Polsce, to sugeruję dwa razy zastanowić się nad wyjazdem do Stanów "w ciemno". Oczywiście, posiadanie zielonej karty daje już wiele- przede wszystkim możliwość legalnej pracy, ale mimo wszystko odnalezienie się w obcym kraju i w zupełnie innych realiach dla wielu osób może być traumatycznym przeżyciem. Tak czy inaczej, udziału w loterii na pewno nie odradzam! Jeśli są tu osoby, które brały udział w loterii, a jeszcze lepiej- zieloną kartę wylosowały i zdecydowały się zamieszkać w USA- podzielcie się proszę swoimi doświadczeniami, choćby anonimowo!



Przydatne linki:
  • Instrukcja do loterii wizowej, na którą powoływałam się w tym poście i w której można znaleźć mnóstwo bardziej szczegółowych informacji (w języku polskim): TUTAJ
  • Jedyna oficjalna strona, przez którą można aplikować do loterii: TUTAJ
  • Mój starszy post o loterii wizowej, w którym swoimi doświadczeniami dzielą się Czytelnicy bloga: TUTAJ
  • Więcej postów o tematyce emigracyjnej, w tym o procedurach i realiach życia w USA: TUTAJ 
 
*****

* Nie jestem amerykańskim prawnikiem i powyższy post nie powinien być traktowany jako porada prawna. Jest to jedynie zbiór ogólnodostępnych informacji.

** Powyższy post jest uzupełnieniem i uaktualnieniem postu z 2016 roku.

3/06/2018

Wynajem mieszkania w Chicago

Wynajem mieszkania w Chicago
     Wynajem mieszkania to zwykle dość stresujące i czasochłonne zadanie. Szczególnie, jeśli przychodzi nam wynająć mieszkanie w obcym kraju, którego realiów nie znamy. Nie wiemy na co zwrócić uwagę, a czasem nawet dość prozaiczne rzeczy mogą okazać się odmiennie niż te, do których przywykliśmy. Dziś postanowiłam przyjść z pomocą przede wszystkim osobom, które przybywają samodzielnie do Chicago i muszą na własną rękę znaleźć jakiś kąt. Myślę jednak, że wiele wskazówek może okazać się całkiem uniwersalnych i odnosić się nie tylko do reszty Stanów, ale także do innych państw, jak również nie tylko do wynajmu, ale i do kupna nieruchomości. I w końcu, nawet osoby niezainteresowane stricte tematem wynajmu nieruchomości, znajdą tu sporo amerykańskich ciekawostek. Zapraszam więc na zestawienie kilku przydatnych wskazówek!


Gdzie szukać mieszkań na wynajem?

     Tak naprawdę wiele zależy od tego, w jakiej okolicy chcemy zamieszkać i jak wielu mamy znajomych. Jeśli na przykład interesuje nas dzielnica, gdzie skupia się Polonia, to warto przejrzeć ogłoszenia w weekendowym wydaniu Dziennika Związkowego- z mojego doświadczenia wynika, że zwykle są tam najtańsze nieruchomości, ale niestety dość mocno ograniczone terytorialnie (zdecydowana większość w okolicy dzielnicy Jefferson Park). Warto też popytać znajomych- może akurat ktoś jest agentem nieruchomości i zapisze nas bezpłatnie na newsletter z MLS-u albo już ma w ofercie coś, co spełnia nasze oczekiwania? I w końcu- jeśli wiemy dokładnie, w jakiej okolicy chcemy zamieszkać, czasem warto się tam przejechać i zwyczajnie zadzwonić na numery z tabliczek informujących o mieszkaniach na wynajem, mniej więcej takich jak ta na zdjęciu powyżej.
      Jeśli chodzi o bardziej uniwersalne środki, to oczywiście bez dwóch zdań w naszych czasach jest to Internet. Stron z nieruchomościami jest istne zatrzęsienie (np. Zillow, Redfin, czy stary dobry Craigslist), ale ja zdecydowanie najbardziej polecam portal Trulia. Lubię go nie tylko dlatego, że jest bardzo przejrzysty i pozwala łatwo manewrować między różnymi kryteriami wyszukiwania, ale także dlatego, że pokazuje mapę przestępczości w danej okolicy. A o przestępczości już za chwilę.

Czy okolica jest bezpieczna?

     Wiadomo, każdy ma swój własny ranking kryteriów i pewne aspekty mieszkania ceni bardziej niż inne. Dla mnie jednym z najważniejszych wyznaczników było bezpieczeństwo. Niejednokrotnie pisałam na blogu o tym, że Chicago jest dość niebezpiecznym miastem, a pewne dzielnice powinny być wręcz omijane szerokim łukiem (interesujące statystyki znajdziecie na przykład TUTAJ). Nie przedłużając- jeśli miałabym do wyboru tańsze mieszkanie w niebezpiecznej okolicy, lub droższe w bezpiecznej, zdecydowanie wybrałabym tę drugą opcję. Z przestępczością w Chicago nie ma żartów. Poniżej przykład mapy przestępczości z jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic miasta- West Englewood.


Czy w okolicy są dobre szkoły?

      W chicagowskich szkołach publicznych występuje rejonizacja. Jeśli ktoś posiada więc dzieci, będzie mu pewnie zależało na okolicy z dobrymi szkołami. I tu dwie podpowiedzi. Po pierwsze, Trulia udostępnia również informacje o poziomie okolicznych szkół. Po drugie, zwykle tam, gdzie wysoka przestępczość, tam i słabe szkoły. Powtórzę się więc: szukając mieszkania w Chicago ZAWSZE patrzcie na poziom przestępczości!

Czy okolica spełnia moje oczekiwania?
    
      Pytanie niby proste, a jednak w ferworze poszukiwań mieszkania idealnego łatwo zapomnieć, by zwyczajnie rozejrzeć się po okolicy swoim subiektywnym okiem. Czy łasuch znajdzie tu wystarczająco dużo restauracji? Czy miłośnik ciszy nie znajdzie się przypadkiem zbyt blisko linii metra? A może w okolicy nie ma mojej ulubionej siłowni? Być może nie są to najważniejsze pytania, jakie trzeba sobie zadać, ale zdecydowanie odpowiedzi mogą przechylić szalę w przypadku niezdecydowania.

Jaka jest komunikacja miejska w okolicy?

      Zdecydowana większość osób porusza się po Chicago autami, co ma oczywiście swoje plusy i minusy. Jeśli jednak ktoś wie, że będzie korzystał z komunikacji miejskiej, warto zawczasu zorientować się, jak wygląda sytuacja w okolicy. O ile bowiem centrum jest bardzo dobrze skomunikowane, o tyle obrzeża miasta pozostawiają wiele do życzenia. Do tego dochodzą jeszcze duże odległości w mieście oraz korki w godzinach szczytu i... jeśli rozsądnie nie wybierzemy lokalizacji mieszkania może się okazać, że codzienne dojazdy do pracy szybko staną się koszmarem! Więcej o funkcjonowaniu komunikacji miejskiej w Chicago przeczytasz TUTAJ.

A co z parkingiem?

      Jak wspomniałam, auto jest bardzo popularnym środkiem transportu w Chicago. W związku z tym wiele osób musi liczyć się z kolejnym problemem: czy przy budynku jest dostępny parking? A może budynek oferuje prywatny parking dla mieszkańców, zwykle za dodatkową opłatą? Ponadto warto pamiętać, że niektóre ulice w Chicago zezwalają na parkowanie aut jedynie osobom posiadającym specjalne pozwolenie (permit), czyli najczęściej mieszkańcom okolicznych budynków.

                               Jaka jest wielkość mieszkania?

      Oczywiście, że wielkość poszukiwanego mieszkania, to jedna z najbardziej indywidualnych kwestii. Chcę tutaj tylko poruszyć jeden aspekt, który może zmieszać nieco osoby przybywające prosto z Polski. Otóż, w USA nie tylko inaczej liczy się piętra (polski parter to amerykańskie pierwsze piętro), ale także liczbę pokoi. I tak oto kawalerka to studio, a mieszkanie dwupokojowe to 1 bedroom. Często w ofertach można znaleźć podaną liczbę pomieszczeń- rooms- przy czym słowa rooms nie można w tym momencie utożsamiać z pokojami, a z pomieszczeniami właśnie. Przy większych mieszkaniach można  się ponadto spotkać z kilkoma łazienkami i "połówkami" łazienek, czyli po prostu toaletami. Co również istotne- w Ameryce bardzo popularne są wbudowane szafy, czyli closets, nota bene w Pongliszu uroczo nazywane klozetami. Posiada je praktycznie każda sypialnia, a do tego dodatkowe schowki można często znaleźć w przedpokoju oraz w okolicy kuchni i łazienki.

Czy w budynku jest pralnia?

     Kwestia pralek w chicagowskich mieszkaniach jest dość zaskakująca. Otóż, wiele mieszkań zwyczajnie pralek nie posiada! Kiedy przyleciałam prosto z Polski, było to dla mnie czymś nie do pomyślenia, dziś już przechodzę nad tym do porządku dziennego. W każdym razie, na pewno niejednej osobie wyjaśniło to fenomen tak popularnych w Ameryce pralni publicznych, które można spotkać na niemal każdej ulicy. Ale wracając do tematu mieszkań: wiele budynków posiada wydzielone pralnie. Znajdują się w nich pralki i suszarki (o tak, elektryczne suszarki do prania to w USA codzienność), z których mieszkańcy mogą korzystać zwykle za niewielką opłatą (maszyny są na monety dwudziestopięciocentowe, w Pongliszu nazywane kłodrami), a czasami nawet bezpłatnie. Jeśli w mieszkaniu nie ma pralki, pralnia w budynku jest moim zdaniem niezbędna.


Czy w budynku dostępne są inne udogodnienia?

     Poza pralnią, niektóre budynki mieszkalne oferują dodatkowe udogodnienia, które zwykle już zawarte są w cenie czynszu. Mogą to być na przykład wspólna siłownia, dodatkowy schowek w piwnicy czy bezpłatny Internet. Czasem nawet zdarza się tak, że budynek położony jest na miniosiedlu, które posiada swój własny basen czy kort tenisowy dla użytku mieszkańców.

Co zawarte jest w czynszu?

     Bardzo często czynsz zawiera już część opłat, na przykład za wodę, gaz czy ogrzewanie. Wówczas najemca musi pokryć jedynie pozostałe opłaty, zwykle za prąd i Internet. I tutaj uwaga dodatkowa- ogromna część mieszkań w Chicago posiada klimatyzację, która jest na prąd, co może dość zauważalnie podnieść rachunek za prąd w okresie letnim.
     Jeśli już jesteśmy przy kosztach, to warto wspomnieć również o security deposit, czyli bardzo popularnym w Chicago depozycie. Jest to kwota płatna z góry zwykle wraz z pierwszym czynszem i najczęściej będąca jego równowartością, która ma zabezpieczyć właściciela przed szkodami, których może dokonać najemca. Depozyt przechowywany jest przez właściciela mieszkania, a przy wyprowadzce oddawany najemcy. Jeśli w międzyczasie dojdzie do jakichś zniszczeń w mieszkaniu, wówczas właściciel może zatrzymać część lub nawet cały depozyt na poczet niezbędnych napraw.

 Czy można mieć zwierzęta?

     Możliwość posiadania zwierzęcia w domu zwykle nie zależy jedynie od dobrej woli właściciela mieszkania,  ale od polityki całego budynku. Warto więc zapytać o to wcześniej. Może się bowiem zdarzyć tak, że zarząd budynku zezwala jedynie na posiadanie kotów albo psów, ale tylko poniżej pewnej wagi.

Z jakimi cenami wynajmu trzeba liczyć się w Chicago?

    To pytanie celowo zostawiłam na koniec. Jak bowiem zapewne nietrudno się domyślić, wszystkie powyższe aspekty mogą w mniejszym lub większym stopniu wpłynąć na cenę wynajmu. Co za tym idzie, pytanie jest bardzo skomplikowane i wręcz niemożliwe do jednoznacznej odpowiedzi. Poniżej, w celach poglądowych, zamieszczam więc kilka przykładowych ofert znalezionych na Trulii:

$550 - pokój do wynajęcia w dwusypialniowym mieszkaniu w modnej, nieco hipsterskiej dzielnicy Wicker Park. Wspólna łazienka, parking na ulicy, dodatkowo płatne użyteczności.
$910 - odremontowane, dwusypialniowe mieszkanie, najemca płaci dodatkowo za prąd i gaz. Dzielnica Garfield Park, czyli za oknem strzelaniny i narkotyki.
$1700 - dwusypialniowe, świeżo odremontowane mieszkanie w dzielnicy Jefferson Park (aktualnie jedno ze skupisk Polonii). W budynku jest 6 mieszkań, wspólna pralnia na monety, dostępny parking.
$2000 - kawalerka w ścisłym centrum, zaraz przy Millenium Park. Ekskluzywny apartamentowiec, mieszkanie z pralnią. Do użytku mieszkańców pozostaje siłownia, a także odkryty basen i strefa grillowa umiejscowione na dachu budynku.
$3000 - trzysypialniowe mieszkanie w dzielnicy Lincoln Park. Blisko do zoo i plaży.
$12500 - luksusowe, trzysypialniowe i dwułazienkowe mieszkanie w ekskluzywnej dzielnicy Gold Coast. Mieszkanie przy Lake Shore Drive, z widokiem na Jezioro Michigan.


                                          To co, kto się przeprowadza do Chicago?

Jeśli spodobał się Tobie ten post, mogą Cię również zainteresować:

3/24/2017

Mój pierwszy dzień na emigracji

Mój pierwszy dzień na emigracji
     Kiedy myślę o moim pierwszym dniu na emigracji, to tak naprawdę myślę o dwóch dniach na przestrzeni kilku lat. Jeden to mój pierwszy dzień na amerykańskiej ziemi, a drugi to pierwszy dzień rzeczywistej emigracji. Opowiem Wam dziś trochę o moich wspomnieniach z tamtych czasów, a na dokładkę pokażę kilka zdjęć z mojego "pierwszego razu" z Ameryką, kiedy byłam 8 lat młodsza i dobrych kilka kilo mniejsza.

Wyspa Muzeów, w tle panorama Chicago i Shedd Aquarium

     Pierwszy z dni mojej emigracji to gorący dzień z początku lipca 2009 roku. To wtedy nie tylko po raz pierwszy w życiu leciałam samolotem, ale także po raz pierwszy przyleciałam do Stanów Zjednoczonych. Do Wietrznego Miasta- Chicago. Moja wiedza o Chicago była w tamtym czasie bardzo znikoma- miasto kojarzyło mi się z szarością, brudnymi ulicami i dużą Polonią. Leciałam tu absolutnie bez żadnych oczekiwań co do kraju, jedynie na wakacje do mojego ówczesnego chłopaka (obecnie męża), który wyemigrował tu kilka miesięcy wcześniej. 
     Kiedy myślę o tamtym dniu, na myśl przychodzą mi trzy momenty. Po pierwsze- rozmowa z urzędnikiem emigracyjnym na lotnisku. Pamiętam, że miałam przeczucie, że jest on Polakiem, ale mimo wszystko rozmawialiśmy po angielsku. Ok, muszę doprecyzować: "rozmawialiśmy" to powiedzenie bardzo na wyrost, gdyż w tamtym czasie mój angielski był bardzo, hmm, umowny. Nasza rozmowa była więc częściowo po angielsku, częściowo po francusku, a częściowo na migi. Kiedy teraz o tym myślę, nie mogę powstrzymać uśmiechu. I od razu na myśl przychodzi mi inna sytuacja, z któregoś z moich kolejnych lądowań w Chicago. W kolejce przede mną stał mężczyzna w średnim wieku i mniej więcej słyszałam jego rozmowę z urzędnikiem. Pamiętam, że ów mężczyzna został zapytany po angielsku o to, do kogo przyleciał. Pytanie zrozumiał, ale najwyraźniej nie wiedział jak na nie odpowiedzieć po angielsku, więc bardzo wyraźnie i głośno odpowiedział po polsku: "Do zięcia. ZIĘĆ. Mąż córki- ZIĘĆ". O tak, teraz na pewno urzędnik zrozumiał ;)

Downtown

      Drugie wspomnienie z tamtego dnia to moment kiedy wyszłam z lotniska i pierwsze co mnie uderzyło to fala gorąca. Lata w Chicago potrafią być niesamowicie upalne i duszne i tamten dzień taki właśnie był. Dla mnie rewelacja.
     I w końcu ostatnie wspomnienie z tamtego dnia, o którym już kiedyś tu wspominałam. Jechaliśmy z Danielem do polonijnego biura podróży Rek Travel, żeby dowiedzieć się o ich ofertę wycieczkową. I kiedy staliśmy na światłach, naszą drogę przeciął starszy mężczyzna na rowerze, który tuż przed naszym autem zatrzymał się, by odharknąć i splunąć na ziemię. Nie był to widok pasujący do wyobrażenia o wielkiej, potężnej Ameryce.

Wyspa Muzeów, tuż przy Adler Planetarium

     Mimo że nie był to technicznie mój pierwszy dzień emigracji, to chyba jednak on wykuł się najbardziej w mojej pamięci. To wtedy zaczęło się moje poznawanie kraju, w którym kilka lat później przyszło mi zamieszkać. To własnie wtedy, latem 2009 roku, po raz pierwszy przyszło mi skonfrontować moje mgliste wyobrażenia o Ameryce z rzeczywistością. 

     Z mojego prawdziwego pierwszego dnia na emigracji niewiele pamiętam, chyba byłam w zbyt dużym szoku, że to "już-TEN-dzień". Najmocniejsze wspomnienie- znów to uderzenie gorąca, kiedy wyszłam z lotniska. Wprawdzie był to koniec sierpnia, ale letnia aura wciąż pozostawała bardzo silna. Pamiętam też, że byłam wtedy całkowicie rozdarta emocjonalnie. O ile przy wsześniejszych pobytach w Chicago cieszyłam się z tego, że mogę poznawać nowy kraj czy spędzać czas z Danielem, o tyle mojego pierwszego dnia prawdziwej emigracji poczułam się w emocjonalnym rozkroku. Od tamtego dnia przez kilka kolejnych miesięcy biłam się z myślami czy powinnam zostać w USA, czy może wrócić do Polski, do mojej rodziny, przyjaciół i dotychczasowego życia. Stany Zjednoczone nigdy w pełni nie były krajem mojego wyboru, raczej wyborem losu, z którym ja zdecydowałam się żyć. 

Plaża przy Montrose. Super miejsce na letni spacer.

    Pomimo moich początkowych rozterek, które pomimo kolejnych lat emigracji wciąż się pojawiają, nie żałuję decyzji o przeprowadzce do USA. Miałam cały ocean trudnych chwil, wątpliwości i załamań, ale mimo wszystko bardziej pamiętam te dobre momenty- przede wszystkim podróże i spotkanych na mojej drodze ludzi, ale także pierwsze kontakty z amerykańską kulturą, kuchnią i rzeczywistością, które często przyprawiały mnie o zdziwienie i uśmiech. A czy za kolejnych pięć lat będę pisała ze Stanów, Polski, czy jeszcze innego zakątka? Czas pokaże.

     Emigranci, a jak Wy wspominacie swoje pierwsze dni w nowym kraju?

--- Dzisiejszy post powstał w ramach wiosennego projketu Klubu Polki na Obczyźnie. Wrażenia innych klubowiczek z ich pierwszych dni na emigracji możecie przeczytać TUTAJ. ---



2/12/2017

O co chodzi ze zniesieniem wiz dla Polaków i zaostrzeniem przepisów?

O co chodzi ze zniesieniem wiz dla Polaków i zaostrzeniem przepisów?
     Dziś postanowiłam rozprawić się z dwoma mitami dotyczącymi sprawy istotnej dla wielu z Was- wizami turystycznymi dla Polaków. Jest to temat wiecznie żywy, poruszany podczas każdej z kilku ostatnich kampanii prezydenckich w USA, a także chętnie komentowany szczególnie przez osoby, które o amerykańskim systemie wizowym nie mają bladego pojęcia. Prowadzi to do plotek, niejasności i nieporozumień, które dziś, w miarę swojej wiedzy, postaram się sprostować.


Czym jest wiza turystyczna do USA?

Wiza turystyczna (B-2) jest to dokument upoważniający do pobytu ta terenie Stanów Zjednoczonych w celach turystycznych lub by odwiedzić krewnych bądź znajomych. Jeśli zamierzamy udać się do USA w innych celach, powinniśmy ubiegać się o inną wizę w zależności od konkretnego celu, np. wizę pracowniczą bądź studencką.
Żeby uzyskać wizę turystyczną, a dokładnie promesę wizową, należy wypełnić odpowiednie dokumenty, uiścić wymagną opłatę i odbyć spotkanie z amerykańskim konsulem w ambasadzie (Warszawa) lub konsulacie (Kraków). Podczas rozmowy z konsulem należy przede wszystkim wykazać, że nasz pobyt w USA będzie zgodny z prawem (czyli jedziemy w odwiedziny lub w podróż, a nie np. do pracy), a także że posiadamy tzw. silne więzi z Polską, czyli że zamierzamy tu wrócić w odpowiednim czasie. Promesa wizowa wydawana jest na określony czas, maksymalnie na 10 lat. Warto dodać, że decyzja konsula jest całkowicie uznaniowa i nie przysługuje nam żadne odwołanie od negatywnej dla nas decyzji.
Mając już promesę wizową w paszporcie, nazywaną potocznie wizą, możemy udać się do USA. Ale uwaga! Po przylocie, na lotnisku odbywamy rozmowę z urzędnikiem podczas której zazwyczaj znów musimy wykazać, że cel naszej podróży jest zgodny z przeznaczeniem wizy. Jeśli urzędnik nam uwierzy, wbija nam do paszportu właściwą wizę, która określa na jak długo możemy zostać w USA. Maksymalnie może to być 6 miesięcy. Jeśli urzędnik będzie miał wątpliwości co do naszej prawdomówności oraz rzeczywistych celów podróży albo odkryje, że będąc wcześniej w USA popełniliśmy jakieś przestępstwo, w tym imigracyjne (np. "przesiedzieliśmy" poprzedni pobyt), może odmówić nam wstępu i zawrócić do Polski najbliższym samolotem.

Co oznacza zniesienie wiz?

Zauważyłam, że wiele osób mylnie rozumie pojęcie zniesienia wiz. Wyobrażają sobie one, że po owym zniesieniu wiz, Polacy mogliby przyjeżdżać do USA i żyć tutaj legalnie zupełnie jak mogą to robić w Europie. Nic bardziej mylnego!
Owe zniesienie wiz oznaczałoby jedynie zniesienie wiz turystycznych!
Co oznaczałoby to w praktyce? Że wybierając się do USA, Polacy nie musieliby udawać się najpierw do ambasady/ konsulatu USA w celu otrzymania wizy turystycznej. Mogliby od razu kupić bilet lotniczy i lecieć za ocean, ale w dalszym ciągu tylko w celach turystycznych. Ale uwaga! W dalszym ciągu czekałaby ich rozmowa z urzędnikiem na lotnisku i w dalszym ciągu mogliby zostać zawróceni do Polski, jeśli urzędnik miałby wątpliwości co do ich intencji. Ponadto, dozwolony pobyt turystyczny również ograniczony byłby czasowo, tyle że nie do maksymalnie 6 miesięcy, a do 90 dni. Osobiście, mam spore wątpliwości, czy owe zniesienie wiz byłoby rzeczywiście korzystne dla Polaków.
Jeśli ktoś chciałby legalnie studiować, pracować bądź mieszkać w USA, w dalszym ciągu musiałby ubiegać się o odpowiednią wizę.

Nie zmienia to faktu, że podczas kampanii wyborczej Donald Trump faktycznie obiecał, że w ciągu kilku tygodni po objęciu urzędu zniesie wizy dla Polaków. Szczerze mówiąc nie rozumiem, jakim cudem ludzie wciąż łykają tę kiełbasę wyborczą. Przyjdą kolejne wybory, kolejny kandydat i znów usłyszymy te same obietnice.

Pieczątka zezwalająca na pobyt w USA na wizie turystycznej


Czy Donald Trump faktycznie zaostrzył przepisy wizowe dla Polaków?

Jest to pytanie, na które odpowiedź od kilku dni szturmuje internet. Problem jest taki, że odpowiedź zazwyczaj jest błędna.
Otóż, wbrew obiegowej opinii i panice, Prezydent Trump nie zaostrzył przepisów wizowych dla Polaków. Jedyne co się zmieniło, to kwestia przedłużenia dotychczasowej dziesięcioletniej promesy wizowej. Do tej pory, posiadacze promes wizowych mieli 4 lata na skorzystanie z uproszczonej procedury odnowienia dokumentu. Po zmianach- będzie to tylko rok, a po upływie tego czasu trzeba będzie starać się o nową promesę na zwyczajnych zasadach. Mówcie co chcecie, ale dla mnie żadne to zaostrzenie regulacji.


Mam nadzieję, że tym postem udało mi się rozwiać choć trochę wątpliwości.

Niezmiennie, jesli interesuje Was temat wiz do USA, nie tylko turystycznych, polecam:
Więcej o wizach możecie przeczytać w zakładce IMIGRACJA.

10/06/2016

Loteria wizowa 2018- na czym polega i czy warto?

Loteria wizowa 2018- na czym polega i czy warto?
     W miniony wtorek, 4 października, rozpoczęła się kolejna edycja loterii wizowej, w której po raz kolejny uczestniczyć mogą obywatele Polski. Dla wielu osób marzących o zamieszkaniu legalnie w USA jest to jedyna droga emigracji. Na czym polega owa loteria, jak z niej skorzystać i co sądzą o niej osoby, które spróbowały swojego szczęścia w losowaniu zielonej karty- o tym w dzisiejszym poście.



--- Poniższy post nie jest poradą prawdą i nie należy go tak traktować. Post zawiera ogólne informacje o zielonej karcie i loterii wizowej, zachęcam do samodzielnego złębienia tematu przed złożeniem aplikacji ---

    
 Czym jest zielona karta?
  
     Zielona karta to potoczna nazwa dla dokumentu jakim jest Karta Stałego Pobytu (Permanent Residence Card). Daje ona przede wszystkim prawo do legalnego mieszkania i pracowania w USA, a poprzez to także m.in. do korzystania z państwowych programów emerytalnych i socjalnych czy, w niektórych stanach, wyrobienia prawa jazdy (w niektórych stanach, choć jest ich coraz mniej, prawo jazdy można wyrobić nawet będąc nielegalnie). Aby utrzymać zieloną kartę, należy mieszkać w USA. Jest to dość istotne, ponieważ niektórzy żyją w przekonaniu, że ów dokument pozwoli im na swobodne odwiedzanie znajomych czy podróżowanie po USA, podczas gdy mieszkać będą w innym miejscu. Jest to błędne przekonanie- jeśli przebywa się poza USA dłużej niż rok, to zazwyczaj zielona karta zostaje odebrana (istnieją wyjątki jak np. biały paszport, ale to inny temat).
Zielona karta jest również etapem do uzyskania amerykańskiego obywatelstwa. Zazwyczaj, aby starać się o obywatelstwo USA, trzeba być legalnym rezydentem przez 5 lat (w przypadku uzyskania zielonej karty przez małżeństwo z obywatelem USA- 3 lata). Główną zaletą posiadania obywatelstwa jest możliwość głosowania, co niemożliwe jest w przypadku bycia jedynie stałym rezydentem. Jako obywatel, można też mieszkać w innym kraju i nie martwić się o utratę swojego statusu w USA. Tyle że... nawet mieszkając za granicą jako obywatel, podatki w USA trzeba płacić.


Na czym polega loteria wizowa?

     Loteria wizowa (Diversity Visa (DV) program) to jedna z możliwości uzyskania zielonej karty. Co roku, Stany Zjednoczone "rozdają" w wyniku loterii około 50 tysięcy zielonych kart dla uczestników z kwalifikujących się państw, czyli takich, które mają niski współczynnik emigracji do USA. Przez długi czas Polska była wyłączona z loterii, jednak od kilku lat obywatele polscy znów są do niej włączeni. Poza wymogiem pochodzenia z kraju kwalifikującego się do loterii, należy spełnić także wymogi dotyczące wykształcenia, o czym dokładniej w instrukcji załączonej poniżej.
      W tym roku zgłoszenia do loterii wizowej przyjmowane są od 4 października do 7 listopada 2016 roku. Sam udział w loterii nie wymaga żadnych opłat, należy jedynie wypełnić aplikację online i dołączyć aktualne zdjęcie. Odradzam korzystanie z jakichkolwiek płatnych pośredników, którzy mają pomóc przy wypełnieniu aplikacji czy wręcz "zagwarantować" uzyskanie zielonej karty. Jestem przekonana, że każdy jest w stanie wypełnić aplikację samodzielnie. Jak wspomniałam, udział w loterii jest bezpłatny, jednak jeśli zostanie się wylosowanym i chce się wziąć udział w procedurze imigracyjnej, trzeba liczyć się z opłatami proceduralnymi- lekko licząc, około 600 dolarów na osobę (dokładniejsze wyliczenia TUTAJ).
      Po wypełnieniu aplikacji otrzymuje się potwierdzenie, które należy zachować.  Wyniki loterii, poprzez podanie numeru z owego potwierdzenia, będzie można sprawdzać od 2 maja 2017 roku. Warto wspomnieć, że jeśli ktoś został wylosowany w loterii, oznacza to dopiero początek procedury imigracyjnej i nie gwarantuje uzyskania zielonej karty. O zielonej karcie można na przykład zapomnieć, jeśli wcześniej złamało się przepisy prawa imigracyjnego USA.



      
Gdzie szukać dokładnych informacji o loterii wizowej?

    Garść przydatnych linków dla osób chcących skorzystać z loterii wizowej: 

Co o loterii sądzą osoby, które w niej uczestniczyły?

     I na sam koniec, postanowiłam podzielić się z Wami przemyśleniami Czytelników Pamiętnika Emigrantki, którzy są na różnych etapach korzystania z loterii wizowej i zgodzili się opowiedzieć o swoich perypetiach na potrzeby tego posta. Myślę, że mogą się one okazać przydatne nie tylko dla osób biorących udział w loterii, ale także dla tych, które w innych okolicznościach rozważają wyjazd do USA. Jeśli chcecie podzielić się swoją historią, to śmiało udzielcie się w komentarzu!

Zacznijmy od Piotra, który w tym roku po raz kolejny spróbuje szczęścia w loterii. Opowiada między innymi o tym, dlaczego tak bardzo interesują Go Stany.

"Zawsze byłem nastawiony, co do jakiegokolwiek wyjazdu na NIE, chociaż byłem w kilku krajach Europy, mam też znajomych, którzy mieszkają w różnych miejscach, ale zawsze mówiłem „gdzie mi będzie lepiej jak tu, w domu w Polsce”, aż do czerwca 2013 roku. Byliśmy w tym czasie na czterotygodniowych wakacjach w USA u siostry żony. Dla mnie był to pierwszy pobyt w świecie w moim wyobrażeniu nieosiągalnym i znanym tylko z filmów:) Przez pierwsze dwa tygodnie dużo zwiedzaliśmy, byliśmy między innymi w górach w Południowej Dakocie, Wyoming oraz nad oceanem w Północnej Karolinie. Było naprawdę super, miejsca, widoki itp., ale było tak samo fajnie jak na każdych wakacjach; w Chorwacji, Grecji czy w innych krajach też jest fajnie. Drugie dwa tygodnie spędziliśmy u szwagierki w domu, ona mieszka w Nebrasce i muszę przyznać, że spodobało mi się ich zwykłe codzienne życie. Oni też pracują, może nawet więcej niż my, ale z tą różnicą, że wiedzą za co. Oni są tam, tak jak ja tu, zwykłymi „szarymi” obywatelami. Szwagierka jest tam od ok. 11 lat, na początku przez trzy lata mieszkała w Północnej Karolinie, tam poznała swojego aktualnie już męża, później przenieśli się do Nebraski i tam w ciągu ok. 8 lat dorobili się własnego domu, dobrych samochodów i innych wygód, oczywiście większość jest kupione na kredyt, ale żeby wziąć kredyt musi cię być stać na jego spłatę. Po prostu standard życia „szaraka” jest zupełnie inny niż tu. Szwagierka twierdzi, że w USA jeżeli chcesz pracować to pracujesz, a za tą pracę stać cię na dobre życie.


Teraz ja…mieszkam na Śląsku, mam 30 lat, pracuję zawodowo od ok. 10 lat i mój dorobek to, dwa… w sumie półtora kilkunastoletnich samochodów, wynajmowane mieszkanie o powierzchni AŻ 30m kwadratowych (oni mają większa komórkę). Aha i pracujemy oboje z żoną i nie mamy dzieci, wiec ogólnie szału nie ma. Oczywiście możemy sobie kupić mieszkanie, których jest dużo, ale musiałbym na to poświęcić 1/3 jak nie ½ naszych miesięcznych dochodów, a za te pieniądze wolę pojechać sobie na wakacje np. do USA;) a poza tymi wszystkimi „wygodami” podobają mi się ludzie mieszkający tam, ich uśmiech na co dzień, życzliwość, że choćby nie wiem co się działo to i tak są przekonani, że Ameryka jest najlepsza, największa i ogólnie są THE BEST:), a to zupełne przeciwieństwo Polaków. Poza tym samochody i ich duże silniki, budownictwo, osiedla wybudowane jak od linijki… ech itd. Itd. Drugi raz w USA byliśmy w ubiegłym roku, poza jednodniowym zwiedzaniem Chicago,  całe dwa tygodnie przesiedzieliśmy w domu i to mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że jest to moje miejsce na ziemi;) ale 100% pewności będę miał dopiero jak tam trochę pobędę, popracuję itd.


Co do Loterii Wizowej to wydaje mi się, że jest najlepsza, powiedzmy bezkosztowna, możliwość dostania się do USA Tylko mam małą wątpliwość ile w tej loterii jest loterii, czy nie jest to selekcja oraz wybór najlepszych i najbardziej przydatnych przyszłych obywateli. Pytałem też w ambasadzie o możliwość łączenia rodzin, ale odpowiedź była taka, że aktualnie rozpatrują wnioski z przed 12 lat, a koszt złożenia takiego wniosku to 400 parę dolarów więc trochę to bezsensu."


Jak widzicie, Piotr wciąż stoi przed swoim "szczęśliwym dniem". Monika zieloną kartę już wprawdzie wygrała, ale teraz stoi przed ogromnym dylematem, czy wyjazd na stałe do USA jest dobrym pomysłem w przypadku jej i jej rodziny:

"Wielkimi krokami zbliża się temin kolejnej loterii wizowej będących dla jednych spełnieniem szansy na rozpoczęcie lepszego życia w USA.
W zeszłym roku sama brałam udział w loterii o zieloną kartę i tak się właśnie złożyło, że zostałam wylosowana. Dziś stoję przed dylematem jaką drogę wybrać dla siebie i swojej rodziny, czy spróbować  szczęścia za daleką  wodą, czy pozostać tutaj w Polsce, w której tak się składa, że na obecną chwilę nie jest mi aż tak żle. Większość z Was pewnie pomyśli sobie to po co wogóle wysyłałaś to zgłoszenie skoro nie chcesz jechać?
Otóż każdy z nas ma w swoim życiu lepsze i gorsze momenty, a ja własnie na taki moment natrafiłam w ubiegłym roku. Drogie życie, praca, ludzie to wszystko mnie przytłaczało. Zawsze chciałam jak najlepiej dla moich dzieci, a tutaj z wielu rzeczy człowiek poprostu musiał rezygnować- takie są realia.  Przeglądając w interecie wiadomości natrafiłam na stronę zatytułowaną American Dream i wtedy pomyślałam: "Co mi szkodzi,  spróbuję". Tak się właśnie stało. W moim życiu w między czasie sporo się zmieniło. W pracy awansowałam, mąż znalazł lepszą pracę i szczerze mówiąc zapomniałam nawet, by sprawdzić wyniki loterii. Kiedy odwiedziłam ponownie stronę loterii pod koniec czerwca bieżącego roku okazało się, że nasza rodzina została wylosowana. W mojej głowie powstał mętlik: z jednej strony się bardzo cieszyłam, bo to szansa na coś nowego, a z drugiej byłam przerażona, czy ja tak naprawdę chcę tej zmiany. Do dziś towarzyszy mi to okropne uczucie, bo przyznam się szczerze, że nadal nie wiem co mam zrobić. Zawsze wiedziałam czego w życiu chcę, a teraz poprostu NIE WIEM i to jest przerażające uczucie. Oczywiście wysłałam dokumenty na kolejny etap loterii, ale wiem, że czasu jest niewiele i jak zostanę zaproszona niebawem na rozmowę do Ambasady (mam niski numer) chcę być już pewna, bo jak wiecie wizyta w ambasadzie wiąże się już ze sporymi kosztami (na moją 4 osobową rodzinę jest to koszt około 10 tysięcy złotych). 
W życiu zawsze jestem optymistką, ale to, że jestem odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale również za moje dwie najcenniejsze istoty sprawiło, że zaczęłam przyglądać się tematowi z bardziej realistycznego punktu widzenia. Czytałam wiele opinii , sięgałam do blogów i różne opinie osoby tam mieszkające wyrażały. Jedni faktycznie zadowoleni ze zmiany, inni niestety żałują wyjazdu. Na moje nieszczęscie zaczęłam oglądać serię odcinków "Zielona Karta" i to mnie dobiło. To, co tam zobaczyłam, jak Ci ludzie żyli na początku  swojej przygody w USA tak bardzo mnie przeraziło, że zaczęłam zadawać sobie pytania czy ja naprawdę tego chcę?? Czy chcę tak żyć, bo przecież tak właśnie będzie na samym początku!!! W końcu jadę tam z niczym, wszystko zostawiam w Polsce...
To wszystko spowodowało, iż na obecną chwilę bardziej jestem za pozostaniem z tym co mam tutaj, w Polsce, niż wyjazdem do USA. Mam 32 lata, mieszkanie, samochód, pracę, czego chcę więcej??
Wiem, że w Polsce nikt mi nie da gwarancji: dziś praca jest, a jutro może jej nie być (pracuję w korporacji), ale czy w Stanach tego nie ma?? Tam pojadę i wszystko będę musiała zaczynać od NOWA. Czy tam jest naprawdę tak wspaniale, że waro rzucić to co tu mam? Nie wiem i szczerze bardzo liczę na podpowiedzi osób , które podobnie jak ja borykają się z tym tematem albo którzy kiedyś stali przed takim dylematem jak ja. Najważniejsze są dla mnie moje dzieci i jeśli mają tam szansę na lepsze życie w przyszłości, to dla nich jestem w stanie spakować  się nawet dziś."
 


I na sam koniec- wiadomość od Hani, która wraz ze swoją rodziną już mieszka w USA. Czy jej się podoba, czy jest zadowolona? Przeczytajcie sami:

 "Podjęcie decyzji i przyjazd tu był jak wygranie w Totolotka. Zostawienie domu, rodziny i przyjaciół, poprostu decyzja życia.W naszym przypadku to było trudne ze wzgledu na wiek dzieci: 15 i 17 lat. Nowa szkoła, otoczenie. Powiem tak: początki są bardzo trudne. Ciągle myślę, czy dobrze zrobiliśmy zostając tutaj. Dzieciom się tu nie podoba, tęsknią za Polską, mężowi też, także miałam inne wyobrażenie o życiu tutaj.Tu jest życie ciężkie, dużo się pracuje, mało wolnego czasu. Dzięki znajomym i przyjaciółce jakoś dajemy radę, ale bez języka czeka każdego kto tu przyjedzie masakra. Jeśli ktoś ma dobre życie w Polsce, to nie polecam mieszkać w USA na stałe."


Jak widzicie po powyższych wypowiedziach, wylosowanie zielonej karty nie zawsze oznacza magiczne wejscie do krainy mlekiem i miodem płynącej. Wiele osób, które ma szczęście i zostanie posiadaczami zielonych kart w wyniku loterii wizowej, nie ma w USA nikogo i jest zdanych całkowicie na siebie. Czeka ich trudny proces przesiedlenia, znalezienia pracy, szkoły dla dzieci i nauczenia się życia w zupełnie innej rzeczywistości. Absolutnie nie mówię, że jest to niemożliwe i nie zniechęcam Was do spróbowania szczęścia w loterii- uprzedzam tylko, że jest to początek trudnej drogi, która oczywiście może zakończyć się sukcesem i tego wszystkim życzę.

    Jeśli są tu osoby, które znalazły się w USA w wyniku wylosowania zielonej karty, to oczywiście zapraszam do podzielenia się swoim wrażeniami, perypetiami i przemyśleniami. Pozostali imigranci w USA- Wasze zdanie również może się przydać osobom, które wahają się co do swojej dalszej drogi! 



p.s. Wszelkie niekulturalne bądź obraźliwe komentarze pod adresem osób, których wypowiedzi zamieściłam w poście, będą kasowane. Kulturalna dyskusja jest oczywiście jak najbardziej dopuszczalna i mile widziana :)

4/07/2016

Czy zdasz test na amerykańskie obywatelstwo?

Czy zdasz test na amerykańskie obywatelstwo?
     Odkąd mieszkam w USA, przyszło zmierzyć mi się z wieloma mitami. Zauważyłam, że o ile niektóre mity są nam niejako wpajane, o tyle inne... często tworzymy sobie sami, co gorsza- ze szkodą dla nas samych. Dziś chciałam obalić jedną z pogłosek, z którą spotkałam się podczas rozmów z wieloma juz Polakami w Chicago. A chodzi o taki malutki egzamin- egzamin na obywatelstwo amerykańskie.

     Nie wiem, może to kwestia samego słowa "egzamin", które na ogół kojarzy się z czymś trudnym, stresującym i wymagającym sporo wcześniejszej pracy. Jeśli jednak chodzi o egzamin na obywatelstwo, to wydaje mi się, że, paradoksalnie, dużo bardziej trzeba się postarać, żeby go nie zdać, niż żeby zdać. 

     O całej procedurze uzyskania obywatelstwa amerykańskiego z poziomu zielonej karty pisałam TUTAJ, więc dziś skupię się tylko na samym egzaminie. Otóż, egzamin to w rzeczywistości spotkanie w cztery oczy z urzędnikiem emigracyjnym, które na ogół trwa około 10-15 minut i składa się z kilku części. Celem takiego spotkania jest w głównej mierze sprawdzenie, czy osoba aplikująca o obywatelstwo amerykańskie jest w stanie porozumieć się po angielsku i czy posiada podstawowe informacje na temat ustroju, historii i geografii Stanów Zjednoczonych. 
     W praktyce wygląda to tak, że najpierw urzędnik sprawdza i potwierdza informacje zamieszczone przez potencjalnego obywatela w jego aplikacji. Następnie, prosi o przeczytanie jednego zdania i napisanie innego ze słuchu. I nie liczcie na to, że będą to zdania zaczerpnięte z Szekspira czy pism naukowych. Są to na ogół proste zdania typu "We pay taxes". I powiem więcej... nawet jeśli ktoś bardzo boryka się z językiem angielskim, jest w stanie idealnie się przygotować, ponieważ na stronie Urzędu Imigracyjnego znaleźć można... listę słówek wymaganych na egzamin. I są to wyrazy typu: Abraham Lincon, can, America, where, for, people, itd. 
      Ostatnim etapem, którego często, choć zupełnie bezzasadnie, ludzie boją się najbardziej, jest test. Wierzcie mi, że kilkukrotnie uczestniczyłam w rozmowie, w której mój rozmówca wyrażał strach przed testem, że pytania takie trudne, że tak dużo itp. Jednak na moje pytanie, czy ta osoba widziała te pytania, odpowiedź zawsze brzmiała... nie. Szkoda, bo jest to zaledwie 100 potencjalnych pytań, które, wraz z odpowiedziami, można również znaleźć na stronie urzędu imigracyjnego. Mało tego, można również wydrukować fiszki do nauki czy posłuchać nagrań. Opcji do przygotowania się jest naprawdę sporo. I nie ma się czego obawiać, tym bardziej, że po pierwsze są to pytania, na które odpowiedź to najczęściej 1 słowo, ewentualnie jedno zdanie, ale w żadnym wypadku dłuższa wypowiedź, a ponadto na zadanych przez urzędnika, dziesięć losowo wybranych z puli pytań, wystarczy poprawnie odpowiedzieć na 6. Jedyne 60% wystarczy, aby zdać test. W dodatku, większość pytań jest banalnie prostych, szczególnie jeśli mieszka się w Ameryce. Resztę wystarczy przeczytać kilka razy i też nie powinno się mieć problemu z nauką.

       Jak widzicie, dla chcącego nic trudnego i naprawdę bez większego wysiłku można się szybko i samodzielnie do egzaminu przygotować. Ale jeśli ktoś bardzo uważa, że potrzebuje z tym pomocy, czego szczerze mówiąc nie rozumiem, to organizowane są nawet specjalne kursy, który przygotowują do egzaminu na obywatelstwo (np. w Polish American Association).

     Jeśli jesteście zainteresowani tematem wymagań do egzaminu, to wszystkie materiały do nauki (listę słówek, pytania z odpowiedziami, nagrania audio, fiszki, itp.) możecie znaleźć na oficjalnej stronie Urzędu Imigracyjnego TUTAJ.


     A ja wybrałam dla Was 15 pytań z całej puli. Spróbujecie się z nimi zmierzyć? :)

1. Co to jest poprawka?
2. Ile jest poprawek do Konstytucji?
3. Co to jest wolność religii?
4. Kto stanowi prawo federalne?
5. Ile trwa kadencja senatora?
6. W jakim miesiącu odbywają się wybory prezydenckie?


7. Kto może wetować ustawy?
8. Ilu sędziów zasiada w Sądzie Najwyższym?
9. Wymień jedno prawo zarezerwowane jedynie dla amerykańskich obywateli.
10. Wymień jedną z przyczyn przybycia kolonistów do Ameryki.
11. Kiedy została podpisana Deklaracja Niepodległosci?
12. Kto był pierwszym prezydentem?
13. Wymień jedną z wojen, w której brały udział Stany Zjednoczone w XX wieku.
14. Wymień jedną z dwóch najdłuższych rzek w USA.
15. Wymień jeden ze stanów graniczących z Meksykiem.



Odpowiedzi:

1. Zmiana dodana do Konstytucji
2. 27
3. Można praktykować dowolną religię albo nie praktykować żadnej.
4. Kongres / Senat i Izba Reprezentantów / legislatura
5. 6 lat
6. W listopadzie.
7. Prezydent.
8. 9
9. Głosowanie w wyborach federalnych i ubieganie się o urzędy federalne
10. Wolność/ wolność polityczna/ wolność religijna/ możliwości ekonomiczne/ ucieczka przed prześladowaniami.
11. 4 lipca 1776 roku.
12. George Washington
13. Pierwsza Wojna Światowa/ Druga Wojna Światowa/ Wojna w Korei/ Wojna w Wietnamie/ Wojna w Zatoce Perskiej
14. Missouri / Mississippi
15. California, Arizona, Nowy Meksyk, Texas


I jak Wam poszło? :)




Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger