Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

11/18/2018

Świętodziękczynne przystawki

Świętodziękczynne przystawki
    Niejednokrotnie już wspominałam, że obecnie Święto Dziękczynienia jest moim zdecydowanie ulubionym dniem w amerykańskim kalendarzu. Zajęło mi trochę czasu, zanim polubiłam ten dzień, bo zywczajnie musiałam go najpierw lepiej poznać. Wiecie, to jest trochę tak, że dla wielu osób niezwiązanych z USA pierwszym, a może i jedynym, konkretnym skojarzeniem ze Świętem Dziękczynienia jest ogromny, pięknie wypieczony indyk. I o ile jest to skojarzenie jak najbardziej poprawne, to jednak w ogóle nie oddające idei i charakteru tego dnia! Pisałam już o historii i tradyjach związanych ze Świętem Dziękczynienia, pisałam też o tym, dlaczego jest to moje ulubione święto obchodzone w Stanach Zjednczonych. Dziś natomiast na tapet biorę świętodziękczynną kuchnię- o indyku jednak nie będzie ani słowa, bo o ile faktycznie jest to danie główne chyba na każdym stole, o tyle nie samym indykiem człowiek żyje.
 

      Z tą właśnie myślą postanowiłam kilka dni temu przeprowadzić małe badanie. Na jednej z zamkniętych, chicagowskich fejsbukowych grup poprosiłam o wymienienie 3-5 tradycyjnych świętodziękczynnych przystawek, które zawsze goszczą na stołach grupowiczów. Otrzymałam ponad 100 odpowiedzi, co wydaje mi się być dość reprezentatywną liczbą. I głównie na podstawie tych odpowiedzi wyselekcjonowałam dla Was 6 poniższych, najczęściej wymienianych przystawek. Już teraz zdradzę, że są to bardzo proste dania, które bardzo łatwo można odtworzyć w polskich warunkach.  Być może więc niektóre z nich staną się dla Was inspiracją i pojawią się także na polskich, niekoniecznie świątecznych stołach? Enjoy!

Ziemniaki

       Ziemniaki pojawiały się w niemal każdej odpowiedzi pod moim pytaniem. Na pozór może się to wydawać bardzo banalna przystawka, wręcz niegodna tak ważnego dnia, ale jak się okazuje, Amerykanie wykazują się dość dużą kreatywnością jeśli chodzi o ten prosty produkt.
      Przede wszystkim warto wspomnieć, że na amerykańskich stołach bardzo często pojawiają się dwa rodzaje ziemniaków: zwykłe białe oraz słodkie. Jeśli chodzi o ziemniaki białe, to najczęściej podawane są w formie tłuczonej czy nawet puree, a do tego w akompaniamencie ciemnego sosu powstałego na bazie soków z pieczonego mięsa (gravy). Niektórzy kuszą się nawet o "heart attack mashed potatoes", czyli ziemniaczane puree z dodatkiem śmietany, masła, białego sera i cebuli.
      Jeszcze więcej fantazji, przynajmniej w mojej ocenie, mają Amerykanie przy przyrządzaniu słodkich ziemniaków. Nie dość bowiem, że same ziemniaki są już słodkie, to zwykle podawane są pieczone, z masłem i brązowym cukrem. Jadłam i polecam, mimo że bomba cukrowa. Na co natomiast się jeszcze nigdy nie zdecydowałam, to pieczone słodkie ziemniaki podawane ze... słodkimi piankami marshmallows (to te pianki, które piecze się nad ogniskiem). Bardziej rozwinięta wersja tego połączenia smaków to pianki otaczane w gniecionych, słodkich ziemniakach, następnie w płatkach kukurydzianych i zapiekane w piecu.


Farsz
      
      Drugą chyba najczęściej wymienianą przystawką był, mogłoby się wydawać równie prozaiczny, farsz. W tym wypadku chodzi o farsz, którym nadziewa się indyka i który można podawać zarówno w tej "odindyczej" wersji, jak również przygotowywany jako osobne danie. Tradycyjny farsz robiony jest na bazie pieczywa, warzyw i ziół, jednak wariacji jest mnóswto: może być więc na przykład farsz z dodatkiem mięsa czy kiełbasy albo ziemniaków, a jakże. Co istotne, bardzo popularnym ziołem dodawanym nie tylko do świętodziękczynnego farszu, ale także innych potraw przygotowywanych na ten dzień, jest szałwia. Może i proste danie, ale Amerykanie się zajadają.


Zapiekanka

      Zapiekanka brzmi nieco bardziej skomplikowanie niż poprzednie przystawki, ale jeśli ma się świadomość, że Amerykanie rzadko kiedy powstrzymują się od używania półproduktów, to okazuje się, że jest to kolejne bardzo proste danie, niewymagające żadnych nadzwyczajnych zdolności kulinarnych. Wśród tradycyjnych, świętodziękczynnych zapiekanek wymieniane są zapiekanki brokułowo-serowe, kukurydziane, czy ziemniaczne (jeśli ze słodkich ziemniaków, to jak najbardziej z pierzynką ze słodkich pianek), jednak zdecydowany prym wiedzie tutaj zapiekanka z zielonej fasolki. W najprostszej wersji jest to po prostu fasolka z dodatkiem suszonej cebuli, przypraw i zupy grzybowej z puszki (wspominałam o półproduktach?) zapiekana w piecu. Proste i smaczne, czego chcieć więcej?


Żurawina

     Wydaje mi się, że żurawina jest niemal tak często kojarzona ze Świętem Dziękczynienia, co indyk. Osobiście uwielbiam żurawinę i cieszę się, że w Ameryce sezon na nią trwa przez całą jesień i zimę, dzięki czemu jest bardzo łatwo dostępna, tania i całkiem dobrej jakości. Aż żal byłoby nie skorzystać i nie zrobić z niej czegoś dobrego na świętodziękczynny stół. Zdecydowanie najpopularniejszym daniem z żurawiny są wszelkiego rodzaju sosy i konfitury do mięsa, często z dodatkiem jabłek lub pomarańczy. Najprostsza wersja- wystarczy udusić w rondelku żurawinę z dodatkiem (brązowego) cukru. Amerykanie lubią też używać żurawiny do robienia kompotów, galaretek i sałatek. Samo zdrowie!


Warzywa

       Na jakiejś z amerykańskich stron kulinarnych przeczytałam kiedyś, że owszem, warzywa mogą śmiało być podawane w ramach przystawki na świętodziękczynnym stole, ale nie ma co z nimi przesadzać, bo przecież można je zjeść każdego innego dnia w roku. Dość śmiała teza patrząc na większość poprzednich przystawek, które raczej też nie należą do specjalnie wyszukanych.
       Bez względu na wskazówki i porady kulinarnych ekspertów, wydaje się, że jednymi z najlpopularniejszych dań warzywnych na amerykańskich stołach są puree z kalafiora, pieczone lub grillowane kolby kukurydzy, zielona fasolka z kruszonym bekonem czy glazurowana marchewka w ziołach, jednak zdecydowany prym, ku mojemu całkowitemu niezrozumieniu, wiedzie... brukselka. Podawana w różnych wariacjach: z bekonem, serem, orzechami, czosnkiem, czy czymkolwiek jeszcze wyobraźnia podpowie.


 Makarony

       Nie wiem jak u Was, ale dla mnie makarony nie jawią się jako danie jakoś specjalnie wpisane w amerykańską kulturę. Jak się jednak okazuje, są dość chętnie podawane w formie przystawek. Szczególnie przyjaznym okiem Amerykanie spoglądają na lazanię i słynny mac n cheese, czyli makaron z roztopionym żółtym serem, który z jakiegoś powodu jest przysmakiem amerykańskich dzieci i w niemal każdej restauracji widnieje w dziecięcym menu. Przy okazji Święta Dziękczynienia zaleca się jednak, by ten prozaiczny mac n cheese został podany w nieco bardziej odświętnej formie, a więc z większą ilością dodatków lub zapieczony w piecu.


      Jak widzicie, amerykańskie przystawki, nawet te odświętne, nie należą do specjalnie skomplikowanych czy wymagających specjalnego przygotowania dań. Jednak wraz z zupami i ciastami pięknie dopełniają świętodziękczynny stół i sprawiają, że, jak to przy świętach, nikt nie odchodzi od stołu głodny. To jak, ktoś w ten weekend poszaleje trochę w kuchni z amerykańskimi smakami?

2/04/2018

Co warto zjeść odwiedzając Chicago?

Co warto zjeść odwiedzając Chicago?
     Niewiele regionów czy miast Stanów Zjednoczonych ma swoją unikatową i rozbudowaną kuchnię z takim jedzeniem, którego trudno szukać w innych częściach kraju czy globu. Jednym z nielicznych przykładów takiej perełki jest oczywiście Nowy Orlean ze swoją rewelacyjną kuchnią cajun. Za to niemal każde miasto ma przynajmniej jedną bądź dwie potrawy z których słynie i których warto skosztować będąc na miejscu. Philly Cheesesteak w Filadelfii, Toasted Ravioli w St. Louis, czy Clam Chowder w Bostonie to tylko niektóre z przykładów. Dziś pokażę Wam, co zdecydowanie warto zjeść będąc w Chicago. Oczywiście, nie musicie jeść tych dań, ale... nie mówcie potem, że byliście w Chicago.


Deep Dish Pizza

     Deep Dish Pizza już zdecydowanie urosła do rangi kulinarnego symbolu miasta. Zapoczątkowana została w 1943 roku przez pizzerię Uno, która to dziś ma już całkiem sporo następców: Gino's East, Giordano's, Lou Malnati's to chyba te najpopularniejsze. Wszystkie smaczne, ale ja najbardziej polecam Giordano's. Sama pizza bardziej przypomina zapiekankę z mnóstwem dodatków. Od tradycyjnej pizzy odróżnia ją również kolejność występowania składników- sos marinara jest tutaj na wierzchu, a nie na spodzie, jak w tradycyjnej pizzy. Przygotowanie tego dania zajmuje zwykle około 40-50 minut, więc w czasie oczekiwania warto skosztować którejś z przystawek. Jeśli odwiedzacie Giordano's, to polecam ich sampler, w którym podają zestaw amerykańskich specjałów, na przykład skrzydełka czy zapiekany ser mozarella. I jeszcze jedna rada- deep dish pizza jest niewiarygodnie sycąca. W menu zobaczycie, że mała pizza jest przewidziana na dwie osoby. I to prawda! Najeść można się już jednym kawałkiem, a zjedzenie powyżej dwóch kawałków na raz dla przeciętnego człowieka graniczy z cudem.

Ciągnący się ser, liczne dodatki i marinara na wierzchu to kwintesencja deep dish pizzy.
Sampler przystawek w restauracji Giordano's.

Hot-Dog

     Popularny hot-dog, czyli w najprostszej wersji parówka w bułce, doczekał się chyba niezliczonej liczby wariacji. Nawet w samych Stanach Zjednoczonych wiele miast ma swoją wersję tego popularnego dania. I szczerze mówiąc, ze wszystkich które jadłam, ta chicagowska smakuje mi najbardziej. Ale może nie jestem do końca obiektywna...
     Chicagowski hot-dog ma bardzo specyficzną recepturę i stały zestaw dodatków. Podstawą jest bułka z makiem (która, nota bene, została ponoć wymyślona przez nowojorskiego imigranta polskiego pochodzenia) oraz parówka (najlepiej frankfurterka z firmy Vienna Beef), a poza tym do kanapki dodawany jest ogórek kiszony, pomidor, słodka cebula, ostra zielona papryczka (sport pepper), słynny jaskrawozielony relish, musztarda oraz szczypta soli selerowej. I tu uwaga- keczup na hot-dogu uznaje się w Chicago za niestosowność. Dlaczego? Nie wiem, czy ktokolwiek zna odpowiedź na to pytanie.
       Moim zdaniem chicagowski hot-dog jest wspaniałą kombinacją smaków i zdecydowanie warto go skosztować. Polecam jednak uważać- wiele restauracji i barów określa swoje hot-dogi jako "chicago- style", ale niestety duża część z nich jest jedynie marnymi imitacjami. Miejsce, które jeszcze nigdy mnie nie zawiodło i które jest łatwo osiągalne dla turystów to America's Dog na bulwarze Navy Pier.


Jeśli jesteście ciekawi historii chicagowskich hot-dogów, polecam przeczytać TEN artykuł.

Italian Beef

    Wprawdzie nazwa jest nieco myląca i sugeruje włoskie pochodzenie tej kanapki, ale Italian Beef to kolejne bardzo popularne danie, które narodziło się w Chicago i cieszy się tutaj niemalejącą popularnością. Chyba, że weźmiemy pod uwagę twórców tej kanapki, czyli imigrantów włoskiego pochodzenia, wtedy nazwa zaczyna mieć więcej sensu.
     Receptura jest bardzo prosta: odowiednio doprawiona i soczyście rozpadająca się pieczeń wołowa włożona do miękkiej bagietki, zwykle podawana w akompaniamencie ostrych papryczek lub giardiniery, czyli piklowanych warzyw. Plusem tego dania jest to, że ze wszystkich trzech chicagowskich symboli kulinarnych jest najłatwiejsze do odtworzenia w warunkach domowych. Danie smaczne, ale wymaga ostrzeżenia- uważajcie, bo możecie się pierwszorzędnie ufaflunić.


     Mieliście okazję skosztować któegoś z chicagowskich specjałów? Który najbardziej przypadł Wam do gustu?

7/06/2017

5 rzeczy, które mogą Cię zaskoczyć w amerykańskiej restauracji

5 rzeczy, które mogą Cię zaskoczyć w amerykańskiej restauracji
     Sama już nie wiem, ile razy na tym blogu dziwiłam się, jak Stany Zjednoczone różnią się od Polski, czy w ogóle- od Europy. Dziś na tapet biorę kolejne róznice, tym razem związane z restauracjami. Oczywiście, sytuacja w Polsce zmienia się bardzo szybko, biznes restauracyjny zaczyna rozumieć zasady konkurencji, wolnego rynku i walki o konsumenta, a w związku z tym na pewno pojawią się komentarze, że niektóre z poruszonych przeze mnie elementów można znaleźć także nad Wisłą. I wcale nie przeczę! Jednak to, co w Polsce dopiero raczkuje, w Ameryce dawno temu zagościło się już na dobre. Zapraszam Was więc na krótką opowieść o kilku różnicach, które przykuły moją uwagę już na samym początku mojej amerykańskiej przygody.

wnętrze jednej z restauracji Longhorn Steakhouse

Woda za darmo. Zacznijmy od samego początku restauracyjnego doświadczenia. Siadamy przy stoliku, najczęściej doprowadzeni tam przez kogoś z obsługi, przychodzi kelner i daje gościom karty. Często zdarza się, że jeszcze przed złożeniem zamówienia zostaniemy poczęstowani szklanką wody. W innych restauracjach woda nie jest oferowana bez zamówienia, ale jeśli zechcemy zamówić wodę, to nie zostanie ona doliczona do rachunku. Ale uwaga- najczęściej jest to zwykła kranówka, ewentualnie przefiltrowana. Co za tym idzie- często jej smak pozostawia wiele do życzenia. Jeśli natomiast zamówimy wodę butelkowaną, zazwyczaj kosztuje ona przysłowiowe "grosze", czyli w okolicach dolara. Pamiętam, że był to dla mnie szok po doświadczeniach z Polski, gdzie woda w restauracji niejednokrotnie kosztuje tyle, co piwo czy sok.

Czekadełko. Przyznaję bez bicia- gdyby nie Magda Gessler, nie znałabym tej uroczej nazwy. A nie jest to nic innego, jak przekąska podawana do skosztowania w oczekiwaniu na zamówione danie. Nie wszystkie restauracje oferują takie darmowe przysmaki, ale jeśli już oferują, to zazwyczaj są to różnego rodzaju chlebki, bułeczki, ciasteczka i tym podobne smakołyki. Zazwyczaj bardzo smaczne i... niestety sycące. Na zdjęciu poniżej jedne z moich ulubionych- serowe bułeczki podawane w restauracjach Red Lobster.


Wielkie porcje. Rozmiar porcji w amerykańskich restauracjach był dla mnie na początku przerażający. Napoje podawane w półlitrowych szklankach, w dodatku często obejmujące darmową dolewkę; obiady serwowane w takiej ilości, że nie sposób połowy nie zapakować na wynos. Z czasem się przyzwyczaiłam i teraz... śmiesznie małe wydają się dla mnie porcje serwowane w Polsce! Sok w szklance 0,2l? I co ja mam z tym niby zrobić? Ale tak mówiąc serio, to wielkie porcje, które mogą wydawać się plusem, związane są też ze sporym minusem- ogromem marnowanego każdego dnia jedzenia. Ale to już temat na oddzielny post. Natomiast pozostając w temacie dzisiejszego posta- jesli pójdziecie do amerykańskiej restauracji, to chyba nie ma opcji, żebyście wyszli stamtąd głodni.

Obsługa na najwyższym poziomie. I nawet nie mam na myśli ślicznych, skąpo ubranych kelnerek, które są wizytówką barów Hooters. Myślę tu o tych wszystkich szeroko uśmiechniętych, profesjonalnych kelnerkach i kelnerach, którzy potrafią doradzić, dbają przez cały czas, by na stole niczego nie brakowało, a na paragonie potrafią narysować serduszka, palmy, czy co tam im podpowie wyobraźnia. Niby małe gesty, a jednak dzięki nim wyjście do restauracji potrafi dodać uśmiechu. Pamiętam, jak kiedyś odwiedzili nas znajomi z Polski. Był to ich pierwszy raz w Ameryce, a my na śniadanie postanowiliśmy zabrać ich do znanej śniadaniówki IHOP. Trafiła nam się jeszcze sympatyczniejsza kelnerka niż zazwyczaj, a nasi znajomi długo pozostali pod wrażeniem obsługi i bardzo miło wspominali zarówno jedzenie, jak i kelnerkę.


Wliczony napiwek. No i na koniec czas na element, którego szczerze nie lubię- wliczone do rachunku napiwki. Nie zrozumcie mnie źle- nie mam nic przeciwko napiwkom samym w sobie! Jeśli obsługa była nienaganna, a tak najczęściej jest w Ameryce, to moim zdaniem napiwek się należy. Problem w tym, że w niektórych restauracjach obowiązuje zasada, że napiwek automatycznie doliczany jest do rachunku. I to wcale nie 5 czy 10 procent, ale nawet 18. Taka sytuacja zdarzyła mi się jednak jedynie kilkukrotnie, więc nie obawiajcie się tego zbytnio przylatując do USA. Ale uwaga! W większości restauracji panuje zasada, że jeśli przychodzi grupa co najmniej 6 znajomych (niekiedy próg wynosi 8 osób), to napiwek w wysokości 16-18% również doliczany jest automatycznie do rachunku. Zazwyczaj informacja o takiej regulacji znajduje się zapisana małym druczkiem gdzieś na dole menu.


I co myślicie o tych wszystkich odmiennościach restauracyjnych? 
A może i w Polsce są to już zjawiska, które występują na porządku dziennym? 
Mieszkańcy USA- co jeszcze Was zaskoczyło w amerykańskich restauracjach?


_________________________________________________________________________________________

Lubisz tematy gastronomiczne? TUTAJ znajdziesz ich więcej!

___________________________________________


2/23/2017

Co warto zjeść w Nowym Orleanie?

Co warto zjeść w Nowym Orleanie?
Kiedy ktoś pyta mnie, jakie miejsce w USA spodobało mi się najbardziej, odpowiadam bez wahania- Nowy Orlean! Mimo że od naszej podróży do NOLA minęły już dwa lata, wciąż jestem pod wielkim wrażeniem tego miasta. Jego specyficzny klimat, wszechobecna sztuka, historia- to wszystko utkwiło głęboko w moim sercu. A do tego niesamowita kuchnia! I o tej właśnie kuchni będzie dzisiejszy post.

Kuchnia Nowego Orleanu (podobnie jak całej Luizjany) jest bardzo specyficzna, zreszą jak całe miasto. Mieszają się w niej wpływy amerykańskie, francuskie, hiszpańskie, afrykańskie i karaibskie. Kuchnia cajun, kuchnia kreolska- tak bywa określana. Pamiętam, że kiedy jechaliśmy do Nowego Orleanu, naczytałam się wszędzie, że jest to kuchnia bardzo pikantna. Doprawiona- zdecydowanie tak, ale z tą pikantnością to bym jednak nie przesadzała. Dziś przygotowałam dla Was subiektywne zestawienie 8 potraw i produktów, które moim zdaniem zdecydowanie warto zjeść w Nowym Orleanie. Pewnie, nie musicie... ale nie mówcie wtedy, że jedliście w NOLA :D To zaczynamy!

1. Gumbo

Gumbo jest to rodzaj gęstej zupy, która swoje korzenie ma w XIX wieku w Luizjanie. Składa się z mięsa lub skorupiaków, a także warzyw typowych dla kuchni cajun- selera, papryki i cebuli. Do tego, w celu zagęszczenia- okra lub zasmażka. Podawana jest zazwyczaj z ryżem. W moim odczuciu jest to zupa dość ciężka, z bardzo intensywnym i charakterystycznym smakiem. Zdecydowanie w czołówce nowoorleańskich dań!


Jeśli dobrze pamiętam, powyższe zdjęcie gumbo pochodzi z restauracji Tableau, którą bardzo polecam. Wprawdzie obsługa jest dość opieszała, ale jedzenie przepyszne, a ponadto można usiąść na balkonie z widokiem na plac przed Katedrą św. Ludwika. Niesamowity klimat!



 2. Jambalaya

Jambalaya jest to danie, które nie ma jednego konkretnego przepisu. Składnik podstawowy i obowiązkowy to ryż, ale dodatki to już kwestia indywidualna. Mogą być warzywa, skorupiaki, kiełbasa andouille. Taka trochę paella, tyle że w wersji kreolskiej.

fot.
3. Po-boy

Filadelfia ma swój Philly Cheese Steak, Nowy Orlean ma Po-boya. Jest to kanapka podawana w bagietce, zazwyczaj z mięsem bądź owocami morza. Nie zachwycił mnie oryginalny Philly Cheese Steak, nie zachwycił mnie szczerze mówiąc również Po-boy. Ale jak się jest w Nowym Orleanie, to spróbować trzeba.


4. Grits

Grits to nic innego jak gęsto przyrządzona kasza kukurydziana. Nie jest to wprawdzie danie charakterystyczne typowo dla Luizjany, ale generalnie dla południa Stanów Zjednoczonych, wywodzące się jeszcze z kuchni Indian. Muszę jednak przyznać, że grits z owocami morza serwowany w Nowym Orleanie w moim odczuciu nie ma sobie równych!

fot.

5. Beignets

Nie można być w Nowym Orleanie i nie zjeść pączków (beignets) z Cafe du Monde. Po prostu nie można. Cafe du Monde to symbol Nowego Orleanu- kawiarnia otwarta w 1862 roku, działająca 24/7 i zamknięta tylko w Boże Narodzenie i podczas huraganów. Serwowany jest tam tylko jeden rodzaj pączków i kawa- zwykła i z mlekiem. Jak widzicie, menu jest więc skrajnie okrojone, a mimo to w sezonie trudno się tam dostać! Pączki są rzeczywiście smaczne, choć jest to smak, który z nam z Polski- z kuchni mojej babci. Kawa jak kawa, miłośnicy Starbucks raczej nie poczują się usatysfakcjonowani. Ale dla niesamowitego klimatu trzeba tam być!


6. Tabasco

Każdy zna ostry sos tabasco. Pochodzi on z Meksyku, ale od połowy XIX wieku nazwa ta zastrzeżona jest dla firmy z Luizjany. Kilka godzin jazdy od Nowego Orleanu znajduje się Avery Island, gdzie odbywa się produkcja sosu Tabasco. Oczywiście, w całym Nowym Orleanie można kupić całą paletę sosów. Tak, w liczbie mnogiej, bo jest ich całkiem sporo:


7. Praliny

Nowoorleańskie praliny to ręcznie robione ciastka, wykonane przede wszystkim z mleka, cukru i orzechów pekan. Można je spotkać w wielu punktach miasta i wszystkie są niesamowicie smaczne! Niestety też nie są najtańsze, ale niedługo planuję wypróbować kilka domowych przepisów, więc jak uda mi się osiągnąć smak z Nowego Orleanu, to dam znać.

fot.
8. Hurricane

Po całym dniu zwiedzania i obżarstwa, warto usiąść i wypić dobrego drinka. W tym temacie polecam Hurricane- typowego nowoorleańskiego drinka na bazie rumu. W temacie alkoholu muszę też dodać, że we French Quarter można zgodnie z prawem pić alkohol na ulicy. Dzięki temu, na każdym rogu można znależć bary, które oferują jelly shots i drinki na wynos. Nie bez powodu Nowy Orlean bywa nazywany Disneylandem dla dorosłych!

Mohito i Hurricane
Jeden z barów z drinkami na wynos. Nie widać tego na zdjęciu, ale jest otwarty na ulicę!


I to tyle jeśli chodzi o jedzenie, którego moim zdaniem warto spróbować będąc w Nowym Orleanie. Dajcie znać czy mieliście ochotę spróbować czegoś z listy! A może macie jeszcze inne propozycje dań, których nie można sobie odmówić w NOLA?



Więcej nowoorleańskich opowieści:

2/03/2017

5 amerykańskich przekąsek w sam raz na Super Bowl

5 amerykańskich przekąsek w sam raz na Super Bowl
     Już w najblizszą niedzielę odbędzie się chyba najbardziej wyczekiwane wydarzenie sportowe każdego roku- finał Super Bowl, czyli ligi futbolu amerykańskiego. Przyznaję bez bicia- fanką futbolu amerykańskiego nie jestem, ale finał Super Bowl oglądam co roku odkąd mieszkam w USA. Po pierwsze, z nadzieją, że w końcu poznam coś więcej niż podstawowe zasady tej gry; po drugie, żeby wiedzieć o czym wszyscy mówią; a po trzecie, bo za każdym razem jest to ogromne show. I nie chodzi tylko o samą grę, ale także, a może nawet przede wszystkim, o cały entourage- wielomilionowe reklamy puszczane w przerwach gry oraz half-time show, czyli koncert w połowie meczu, który zawsze dają gwiazdy muzyki i który okrzyknięty jest najchętniej oglądanym muzycznym show w ciągu roku.

     Jeśli w tym roku będziecie oglądać transmisję Super Bowl i chcecie urządzić prawdziwie amerykańską imprezę, to przygotowałam dla Was zestawienie kilku najbardziej popularnych amerykańskich przekąsek, które możecie zaserwować, by jeszcze bardziej wczuć się w jankeski klimat. Smacznego!

1. Warzywa z dipem

Warzywa z dipem to najprostsza z propozycji, która nie wymaga absolutnie żadnych umiejętności kulinarnych, a jej przygotowanie zajmuje jakieś 5 minut. No, chyba że chcecie sami zrobić dip, to już inna sprawa, choć wcale nie wiele bardziej skomplikowana. Najpopularniejsze warzywa serwowane na takim talerzu to: kalafior, brokuły, seler naciowy, papryka i pomidroki koktajlowe, ale tak naprawdę nie ma tu żadnych żelaznych reguł. Mój ulubiony dip w tym przypadku to ranch, czyli sos śmietanowy z dodatkiem przypraw. Zwykle używam już gotowego, z firmy Hidden Valley.

fot.robotbutt.com

7/01/2014

Śniadanie zjedz jak król, czyli o American Breakfast

Śniadanie zjedz jak król, czyli o American Breakfast
     "Śniadanie zjedz jak król, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolację oddaj wrogowi" - głosi stara ludowa mądrość, ponoć chińska. A co na to Amerykanie? Kolacji właściwie nie jadają, bo dopiero późnym popołudniem, kiedy wrócą z pracy, zasiadają do obiadu. W porze mniej więcej obiadowej wyskakują na ogół na szybki lunch. Za to śniadanie- śniadanie to faktycznie iście królewska uczta!
        I dziś właśnie temu jakże ważnemu posiłkowi poświęcę kilka słów.
       Mieszkając w Polsce przyzwyczajona byłam, że w ramach porannego posiłku zjada się głównie kanapki- najlepiej z wędliną lub serem, a do tego jakimś warzywem, ewentualnie płatki na mleku. Prawda jest taka, że tego przyzwyczajenia trzymam się nadal, ale to głównie z lenistwa, bo komu chciałoby się rano robić cokolwiek więcej? Szczerze mówiąc nie sądzę, aby w ciągu tygodnia pracy Amerykanie pałali jakimś entuzjazmem do przygotowywania śniadań- z tego co wiem, ograniczają się głównie do owsianki lub płatków na mleku, nazywanych uroczo przez nieanglojęzyczną Polonię "syrio", tudzież kanapek z dżemem i masłem orzechowym, nieraz jednocześnie. Do tej pory nie odważyłam się spróbować tego wynalazku, ale to zupełnie jak w przypadku kanapki z serem żółtym i dżemem, która w Polsce przez niektórych uznawana jest za przysmak. Cóż, każdy kraj ma swoje dziwactwa.

źródło

     Niemniej, kiedy przychodzi weekend, prawdziwe oblężenie obchodzą "śniadaniówki", niesamowicie popularne w USA. Wydaje mi się, że najbardziej popularna w Chicago jest restauracja Ihop, którą sama też lubię. Ale jak tylko mam okazję, to nigdy nie odpuszczam Waffle House, o czym już niejednokrotnie pisałam :) Serio, powinnam dostać od nich jakieś zniżki za te ciągłe reklamy!
         Żyjąc polskimi realiami można by się dziwić, że ludzie chcą wydawać pieniądze na coś tak prozaicznego jak śniadanie, które przecież mogą zjeść w domu. No niby tak, ale... wierzcie mi, to amerykańskie śniadanie to taka bomba energetyczna, że w zupełności starcza do późnego popołudnia, nawet przy bardzo intensywnie spędzonym dniu! A do tego jaka smaczna! 
           Ale do rzeczy. Cóż takiego można zjeść na amerykańskie śniadanie, że tyle szumu wokół niego? Oto niektóre moje propozycje, ale od razu zaznaczam, że idąc do restauracji najczęściej musimy się liczyć z tym, że nasz stolik zostanie zastawiony do granic możliwości, bo właściwie nie spotyka się, aby owe dania były serwowane pojedynczo, bez żadnego "towarzysza".

* Jajka z bekonem- podawane w zależności od upodobań np. w formie jajecznicy czy "sadzonej". Zamiast bekonu najczęściej można wybrać kiełbaskę albo gruby plaster szynki, ale nie są to wyroby, jakie znamy z polskich realiów, więc polecam pozostać jednak przy bekonie. Bekon najczęściej smażony, tłusty i słony, ale i tak smaczny :) Do tego dania najczęściej serwowane są tosty z masłem, ewentualnie hash brown, czyli taki amerykański placek ziemniaczany.

Fot. Shutterstock
 * Gofry (waffles)- mogą być podawane zarówno jako osobne danie, jak i jako dodatek do jajek z bekonem. Muszę przyznać, że jeszcze nie zdarzyło mi się trafić w Ameryce na niesmacznego gofra. Najczęściej serwowane są z masłem, syropem klonowym bądź dżemem.

źródło

* Pancakes- czyli te znane z amerykańskich filmów puszyste "naleśniki". Celowo piszę nazwę angielską, bo moim zdaniem nie można utożsamiać pancakes z naleśnikami. Zresztą, jeśli ktoś ma ochotę zjeść naleśniki w polskim rozumieniu, to polecam poszukać w karcie "blintzes", ewentualnie francuskich "crepes". Pancakes, podobnie jak gofry, mogą być podawane zarówno jako główna część śniadania, jak i jako deser. Najczęściej serwowane są w formie piramidy z kilku sztuk oraz polane syropem klonowym lub z dodatkiem owoców i bitej śmietany bądź serka mascarpone.

Pancakes w Ihop

To właśnie jajka z bekonem, gofry i pancakes są dla mnie kwintesencją amerykańskiego śniadania. Choć oczywiście jak zwykle nie ma co generalizować- przecież ludzie jedzą też omlety, w niektórych regionach grits i jeszcze mnóstwo innych dań. Ale jeśli wybierzecie się kiedyś do USA, to tych powyższych powinniście koniecznie spróbować! :)

A na sam koniec jeszcze wrócę to jednej rzeczy- wspominałam, że kiedy wybierzecie się do restauracji na śniadanie, to Wasz stolik zostanie kompletnie zastawiony. To teraz kilka zdjęć z naszych niektórych doświadczeń, w razie gdyby ktoś nie wierzył....








Za pasem 4th July- amerykański Dzień Niepodległości. My, podobnie jak w zeszłym roku, wybieramy się z tej okazji na biwak. Ale może tego dnia ktoś z Was, w ramach integracji z USA, skusi się na śniadanie w amerykańskim stylu?

3/11/2014

Produkty spożywcze, które nauczyłam się jeść w USA (cz.1.)

Produkty spożywcze, które nauczyłam się jeść w USA (cz.1.)
   Zanim przyleciałam do Chicago po raz pierwszy, pod względem kulinarnym Stany Zjednoczone kojarzyły mi się głównie z hamburgerami i szeroko pojętymi fast-foodami. No, może jeszcze z popcornem i stekami. Rzeczywistość bardzo mnie jednak zaskoczyła. Okazało się bowiem, że Ameryka obfituje w całą masę ciekawego jedzenia. Nie mam na myśli tylko typowej kuchni amerykańskiej, ale także potrawy, które przybyły tu razem z emigrantami z całego świata i ewoluowały nieco wraz ze zmianą miejsca "zamieszkania". Mam też na myśli owoce i warzywa, które może nie są typowe dla USA, ale występują tu zdecydowanie powszechniej niż na przykład w Polsce. Również, produkty i  potrawy zrobione z doskonale znanych nam składników, ale w zupełnie inny sposób. Innymi słowy, chcę dziś podzielić się z Wami kilkoma produktami spożywczymi i potrawami, które albo poznałam dopiero w USA, albo dopiero tutaj wprowadziłam je do stałej diety. Zapraszam!

3/08/2014

Tłusty tydzień

Tłusty tydzień
    Wybaczcie moje dłuższe niż zwykle milczenie, ale objadłam się pączków i musiałam odpocząć.
    Bo to nie tak, że zadowoliłam się naszym polskim Tłustym Czwartkiem, o nie! Przecież kilka dni później w USA obchodzony był Fat Tuesday (Mardi Gras), czyli Tłusty Wtorek. A skoro w domu pojawił się cały karton naszych polskich, pysznych pączków, to nie mogłam im odmówić :) Lubię amerykańskie pączki, nazywane donatami, szczególnie te z Dunkin' Donuts, ale polskie wypieki zdecydowanie biją je na głowę!


6/16/2013

Amerykańskie smaki: Awokado

Amerykańskie smaki: Awokado
   Życie w USA nieustannie zapewnia moim kubkom smakowym nie lada atrakcje. Niektóre bardzo przyjemnie, inne mniej, ale wszystkie z pewnością bardzo interesujące. Do jednych smaków przyzwyczaiłam się bardzo szybko i pokochałam je jak własne-polskie, innym musiałam dać trochę czasu. Jednym z produktów, którym zdecydowanie musiałam dać więcej czasu, jest awokado. Ok, wiem, awokado dostępne jest również w Polsce, ale zdecydowanie nie jest tak popularne jak tutaj.

   Samo awokado od początku wydawało mi się za bardzo maślane i mdłe, żebym mogła je polubić. Jak się jednak okazało, kiedy potraktuje się ten owoc jako dodatek do innych potraw, może on wiele zyskać na wartości :) Bardzo popularne są tutaj np. kanapki z wędliną i awokado, do tego można dodać jeszcze cokolwiek innego.
 







    Ciekawą wariacją awokado jest guacamole, czyli rodzaj gęstego sosu na bazie awokado z dodatkiem, w podstawowej wersji, soku z limonki i soli. Świetnie sprawdza się on jako dip to chipsów kukurydzianych, ale także jako dodatek do innych potraw, np. hamburgerów. Uważam, że Amerykanie mają lekkiego bzika na punkcie guacamole i potrafią je dodać praktycznie do wszystkiego.









    Jest jedna potrawa, która całkowicie zmieniła moje podejście do awokado, tzn. spojrzałam na nie łaskawszym wzrokiem ;) Po raz pierwszy zaserwowała mi ją Ania (którą nota bene poznałam dzięki blogowi), a ona z kolei przepis poznała podczas wizyty u swojej koleżanki w Miami. Dziś tym prostym przepisem na przepyszną sałatkę chciałabym podzielić się z Wami- poczujcie trochę Florydy na swoich talerzach! :)

Sałatka z awokado i koprem włoskim

Potrzebne będą:
* 3-4 dojrzałe owoce awokado (muszą być ciemne i miękkie)
* 2 kopry włoskie
* 1 cytryna
* czerwona cebula ( ilość wg uznania, ale na te proporcje proponuję nie więcej niż pół dużej sztuki)
* oliwa z oliwek
* pieprz

Kilka wskazówek od Ani dotyczących obierania awokado:
 1. Należy naciąć owoc wokół, docierając nożem do pestki
 2. Następnie należy przekręcić połówki owocu, aby go otworzyć
 3. Wbić nóż mocno w pestkę i przekęcić, aby się jej pozbyć
 4. Wydrążyć owoc łyżeczką albo obrać ze skórki



Jak przygotować sałatkę?

Z kopru włoskiego obciąć pędy. Bulwę opłukać i drobno pokroić albo zetrzeć na tarce z podłużnymi oczkami.
Awokado wydrążyć i lekko posiekać.
Cebulę pokroić drobno. Wszystko zmieszać.
Dodać sok z cytryny, trochę oliwy i pieprzu do smaku.

I to wszystko!

Sałatka jest naprawdę przepyszna. Ja podałam ją podczas grilla, ale myślę, że pasuje także do tradycyjnego mięsnego obiadu.

(zapomniałam zrobić zdjęcie przed podaniem sałatki, więc już nie wygląda aż tak ładnie:P)


A jaki jest Wasz stosunek do awokado? I jak smakuje sałatka? :)

3/24/2013

Amerykańskie smaki: owoce morza- makaron z krewetkami i cukinią

Amerykańskie smaki: owoce morza- makaron z krewetkami i cukinią
zdjęcie pochodzi z Internetu
   Jak wspominałam w pierwszym, i jak do tej pory jedynym, poście z cyklu Amerykańskie smaki, kuchnia jest nieodłącznym elementem kultury każdego kraju. Dziś chciałam poruszyć temat owoców morza, które są tutaj bardzo popularne, przypuszczam że między innymi dlatego, że nie są tak drogie jak na przykład w Polsce. Jest bardzo dużo restauracji serwujących głównie owoce morza, w tym także sieciowych, jak np Red Lobster ("czerwony homar"), kótrą nota bene bardzo polecam- za obiad dla 2 osób możemy się spokojnie zmieścić już w $40. Nawet, jeśli wybierzemy się do restauracji niewyspecjalizowanej w potrawach z owoców morza, to i tak na 99% dostaniemy tam przynajmniej  krewetki, które są zdecydowanie najpopulraniejsze. Przypuszczam, że popularność owoców morza rośnie wprostproporcjonalnie do bliskości któregokolwiek z oceanów :) I jakość zapewne również, choć i w Chicago nie możemy narzekać.
   Poza restauracjami, spory wybór owoców morza oferują nam też supermarkety. Nie mówię tu nawet o zwykłych mrożonych krewetkach, ale na przykład o małżach, przygotowanych już w specjalnej maślano-czosnkowej zalewie, które wystarczy tylko ugotować. Ten smakołyk po raz pierwszy zaserwowali nam nasi znajomi. Było to nawet zabawne, kiedy ledwo uporałam się z jedną małżą, podczas gdy na talerzyku 11-letniego syna naszych znajomych widniał już całkiem pokaźny stosik małżowych skorupek :) Ale cóż poradzić, kiedy prawdziwe obcowanie z owocami morza rozpoczęło się dopiero w Stanach :) Nie wiem, jak teraz wygląda w tym temacie sytuacja w Polsce, ale na pewno, kiedy wylatywałam z Polski niespełna 2 lata temu, nie było aż takiej dostępności owoców morza, a jeśli już się jakieś znalazło, to były dosyć drogie. Zdecydowanie był to rarytas, a nie tak jak tutaj- rzecz praktycznie codzienna.

   Dziś chciałabym zaprezentować Wam przepis z kuchni mojej kuzynki na makaron z krewetkami i cukinią. Uważam, że jest rewelacyjny! Wszystkie produkty z pewnością dostępne są również w Polsce, a że nie od dziś wiadomo, że wszystkie owoce morza to niezły afrodyzjak, to polecam go tym bardziej :) Okazja zawsze się znajdzie :)

Składniki:
-krewetki (najlepiej nie gotowane), jeśli są mrożone to należy je wcześniej odmrozić;
-makaron linguini (spłaszczony spaghetti :));
-cukinia;
-wino białe, najlepiej półwytrawne;
- sól;
-pieprz;
-masło;
-woda z ugotowanego makaronu;
-czosnek;
-mała cebula lub szalotka;

Przygotowanie:
Makaron wstawić do osolonej wody, gotować aż będzie al dente. W międzyczasie na patelni rozpuścić 4-5 łyżek masła i podsmażyć drobno posiekany czosnek i cebulę, aż się zeszklą. Dodać wino, tyle aby zakryło solidnie dno patelni. Podgotować aż do momentu gdy straci połowe objętości. Dodać krewetki i cukinię pokrojoną cienko wzdłóż. Podgotować do momentu, kiedy krewetki zrobią się różowe, nie dłużej.
Przełożyć krewetki i cukinię na talerz, a do samego sosu dodać makaron i 3/4 kubka wody z gotowania makaronu. Dobrze wymieszać, aż makaron i sos się ładnie połączą. Doprawić solą i pieprzem, jeśli jest to potrzebne.

Uwaga: jeśli sos jest za gęsty, dodać więcej wody z gotowania makaronu.
Wyłożyć na ozdobny półmisek i na wierzch ładnie poukładać krewetki i cukinię.
Można skropić cytryną.



Nie mam niestety zdjęcia potrawy, ale myślę, że i bez tego wszyscy zainteresowani sobie świetnie poradzą :)

Natomiast Ci, którzy mają ochotę, mogą przygotować także sałatkę brokułową z boczkiem, o której pisałam tutaj.

2/01/2013

Super Bowl i amerykańskie przekąski

Super Bowl i amerykańskie przekąski
   W najbliższą niedzielę, 3 lutego, odbędzie się Super Bowl, czyli mecz o mistrzostwo NFL, zawodowej ligi futbolu amerykańskiego. Przyznam, że będąc w Polsce nigdy o tym nie słyszałam, ale Amerykaninowi nie wolno się do tego przyznawać, gdyż jest to chyba najważniejsze wydarzenie sportowe, którym żyje cały kraj. Nie może być zresztą inaczej, ponieważ futbol amerykański jest najchętniej transmitowanym i oglądanym sportem w USA- praktycznie co weekend widzę w TV jakiś mecz- jak nie NFL, to ligi studenckiej albo jeszcze jakiejś innej. Nie jestem wielką fanką tych transmisji z racji tego, że cały czas nie ogarnęłam się, aby w końcu zgłębić zasady tej gry, ale obiecałam sobie, że w tym roku Super Bowl obejrzę i może coś tam więcej będę wiedziała :)


   W tym roku, na stadionie w Nowym Orleanie, zmierzą się San Francisco 49ers i Baltimore Ravens. Jeżeli na blogu są jacyś fani lub znawcy futbolu amerykańskiego, komu kibicujecie? :) Ja niestety wypowiedzieć się jeszcze nie mogę :)



   Super Bowl jest wydarzeniem nie tylko sportowym, ale także towarzyskim i kulturalnym. Ludzie bardzo chętnie spotykają się, aby wspólnie obejrzeć rozgrywki. Reklamy w przerwach wyceniane są nawet na kilka milionów dolarów! Ba, nie ma się co dziwić, skoro co roku przed telewizorami zasiada około 100 mln widzów! To dwie i pół Polski! A w przerwie meczu ma miejsce koncert artysty, dla którego zaproszenie do występu jest zawsze wielkim zaszczytem i nobilitacją. W tym roku zaśpiewać ma Beyonce, ponoć na żywo, co będzie dla niej dobrą okazją do poprawienia wizerunku po zamieszaniu wokół odśpiewanego z playbacku hymnu na inauguracji Baracka Obamy.

   Jak wspomniałam, Amerykanie chętnie spotykają się, by wspólnie emocjonować się meczem. Jest to dobra okazja, by urządzić przyjęcie, "Super Bowl Party". A dla mnie jest to dobra okazja, by pokazać, jakie przekąski najprawdopodobniej zostaną zaserwowane na amerykańskich stołach :) Wiele przystawek i przekąsek, które poznałam w USA, uważam za rewelacyjne i sądzę, że równie dobrze mogą sprawdzić się podczas domowych imprez w Polsce.

Talerz warzyw to chyba moja ulubiona przystawka i najczęściej przeze mnie przygotowywana, bo najprostsza, a bardzo efektowna:) Najczęściej serwuję mini-marchewki (baby carrots), brokuły, rzodkiewkę i kalafiora, z tymże najszczęśliwsza jestem, gdy uda mi się dostać w sklepie kalafior żółty lub fioletowy zamiast białego, tradycyjnego (smak jest prawie identyczny, ale o ile ładniej wygląda na talerzu!). Ogólnie to, co znajdzie się na talerzu, zależy tylko od wyobraźni i asortymentu w sklepie :) Zauważyłam, że Amerykanie bardzo lubią seler naciowy, który w Polsce nie jest aż tak popularny. Do warzyw podaje się dip, ja preferuję ranch, ale nie jest to reguła.


    Amerykanie uwielbiają sosy i dipy, co widać także na załączonym obrazku :) I widać też inne typowe przysmaki dla kuchni amerykańskiej: skrzydełka, mozarella sticks (mozarella smażona w panierce- uwielbiam!), chipsy (najczęściej serwowane z sosem salsa) i quesadillas, zaczerpnięte z kuchni meksykańskiej (przy takiej ilości Meksykan w USA, wpływ ich kuchni jest oczywisty, choć dla mnie wcale niekoniecznie zachwycający).

No i kolejny przykład talerza z przystawkami, wszystko właściwie już było, poza krążkami cebulowymi, oczywiście w panierce (onion rings). Poza tym sosy i seler naciowy- wiadomo :)





 A tutaj już stół zastawiony chyba typowo na Super Bowl :) I znów są chipsy kukurydziane, warzywa, sosy... i talerz owoców! Obstawiam, że znajdują się tam mango i awokado- bardzo popularne w USA.
Jest i pizza :) I nie jestem pewna, tatar?



















I jeszcze 2 pomysły dla bardziej wytrwałych i zdolnych "kucharzy" :)

   Prawie wszystkie elementy zostały już omówione, poza dwoma. Widzicie to fioletowe w rogach stadionu? To chipsy z fioletowej kukurydzy, przepyszne! A murawa to przypuszczam dip szpinakowy, też popularny, jak sam zresztą szpinak.


   I jak, zgłodnieliście? Ja chyba wybiorę się na mały spacer do lodówki chociaż po baby carrots :)



wszystkie zdjęcia do dzisiejszego posta zaczerpnięte zostały z Internetu
Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger