7/13/2016

Rodzinne imprezy, które pewnie znasz z amerykańskich filmów

Rodzinne imprezy, które pewnie znasz z amerykańskich filmów
     Kiedy przyleciałam do USA po raz pierwszy, dziwiło mnie praktycznie wszystko. Do tamtej pory całą moją wiedzę o Stanach, albo też coś na kształt wiedzy, czerpałam przecież głównie z amerykańskich filmów i seriali. Nie ma co ukrywać, że niektóre poczynione w ten sposób obserwacje czy zdobyte informacje okazały się być trafione, inne kompletnie nie, a jeszcze inne przez długi czas wprawiały mnie w skonfudowanie i niekiedy dopiero po pewnym czasie świtała mi w głowie lampka i pojawiała się  myśl: "Ach, to oto chodziło w tamtym filmie!". 
     Żeby oszczędzić Wam podobnych kłopotliwych myśli i sytuacji czy to przy oglądaniu hollywoodzkich produkcji, czy też przy wizycie u wujka Sama, dziś na tapet postanowiłam wziąć cztery rodzinne uroczystości, które bardzo chętnie celebrowane są w Ameryce, a w dużej mierze wciąż nie tak popularne, choć to się szybko zmienia, w Polsce. W skrócie opowiem Wam o co w nich chodzi i, mówiąc potocznie, po prostu z czym to się je. Zapraszam!


  • Obiad na Święto Dziękczynienia
    Tradycyjny, świętodziękczynny obiad w amerykańskim wydaniu jest czymś, co pamiętam już z wczesnego dzieciństwa. Właściwie nie tyle sam obiad, co wielki znak zapytania, który pojawił się w mojej głowie zapewne podczas oglądania produkcji typu "Lassie", kiedy to w trakcie akcji pojawił się motyw Święta Dziękczynienia. No bo jak to, o co chodzi? Przecież w Polsce nie ma takiego święta! Jako że były to tak zamierzchłe czasy, że dla zwykłego śmiertelnika nawet nie było jeszcze dostępnego internetu, to na odpowiedź musiałam poczekać dobrych kilka lat. Żeby natomiast zaoszczędzić Wam poszukiwań i wertowania internetu napomknę tylko dla przypomnienia, że Święto Dziękczynienia (Thanksgiving Day) obchodzi się w USA w czwarty czwartek listopada dla upamiętnienia obiadu, który w 1621 roku, z okazji obfitych plonów, odbyli pierwsi pielgrzymi na amerykańskiej ziemi z Indianami. (Jeśli interesuje Was ten temat, to możecie zajrzeć do moich starszych postów traktujących o Święcie Dziękczynienia: 2012, 2013, 2014)
     Dzisiaj, Święto Dziękczynienia jest chyba moim ulubionym amerykańskim świętem. Głównie dlatego, że jest typowo rodzinne, pozbawione podłoża religijnego i przez to w każdym domu obchodzone nieco inaczej. Swoją drogą mam wrażenie, że gdyby spytać kilku przypadkowych Amerykanów na ulicy, jaka jest geneza i idea tego dnia, to pewnie ilu spytanych, tyle byłoby odpowiedzi. Ale to już inny temat. 
      Jeśli chodzi o sam obiad, to na świętodziękczynnym stole w niemal każdym amerykańskim domu pojawi się pewna pula potraw. Gość honorowy to oczywiście pieczony indyk, z czym zapewne większość z Was kojarzy ten dzień. Dla towarzystwa- dania z sezonowych warzyw, przede wszystkim dyni i squasha, na przykład zupy, zapiekanki czy tarty. A do dopełnienia smaku, chyba mój ulubiony element- żurawina, najczęściej w postaci sosu lub konfitury.


  • Bridal Shower
     Kolejne dwie uroczystości ściśle związane są ze ślubem i weselem. Pierwsza z nich to Bridal Shower, czyli uroczysty obiad organizowany na kilka tygodni przed weselem. Szczerze mówiąc po raz pierwszy usłyszałam o nim już będąc w Stanach i początkowo podeszłam do niego bardzo sceptycznie, wręcz negatywnie. Moim głównym zarzutem była sama idea tego zwyczaju, zgodnie z którą zaproszeni goście wręczają przyszłej parze młodej prezenty (nie gotówkę), co nie ma żadnego związku z tym, że przychodząc na wesele zwyczajowo wręczają młodym koperty z gotówką. Wydawało mi się to niestosowne, żeby podwójnie wymagać od gości prezentu. Szczerze mówiąc dopiero teraz zapaliła mi się lampka, że raczej nikt nie byłby zdziwiony dostając w kopercie od Amerykanina $20...
     Ale wracając do tematu. Jak wspomniałam, Bridal Shower jest uroczystym obiadem, który zwyczajowo organizują przyjaciółki panny młodej i na który zaproszone są wyłącznie kobiety. Historycznie ideą Bridal Shower było, aby przygotować przyszłą panią domu do jej roli, zaopatrzając ją w stosowne narzędzia i przyrządy domowe. W obecnych czasach, przed uroczystością, państwo młodzi udają się do sklepu i przygotowują listę prezentów, które chcieliby otrzymać. Jeśli kojarzycie z jakiegoś filmu scenę, gdzie narzeczeni biegają po slepie z "pistoletem" i skanują produkty to tak, najprawdopodobniej przygotowują się właśnie do Bridal Shower. Goście wraz z zaproszeniem na obiad otrzymują karteczkę z informacją, w jakim sklepie zarejestrowana jest lista prezentów i następnie mogą wybrać z niej to, co chcą podarować młodym na nową drogę życia. Zazwyczaj są to tak prozaiczne rzeczy jak pościel, żelazko czy zastawa obiadowa. Kiedy dany gość wybierze i zakupi jakiś produkt z listy, owa rzecz staje się automatycznie niedostępna dla osób, które na zakupy wybiorą się później. Zdecydowanym plusem takiego rozwiązania jest to, że narzeczeni dostają dokładnie to, czego potrzebują i dokładnie o takim wyglądzie, jaki im odpowiada.
    Sam obiad najczęściej odbywa się w restauracji. Zawsze towarzyszy mu oficjalne rozpakowanie prezentów przez narzeczonych i podziękowania dla gości za upominki. Niekiedy także odbywają się drobne gry i konkursy.

Bridal Shower z lat 50. XX wieku. Czyż nie urocze? Są tu jakieś feministki? :)
  • Rehearsal Dinner
     Nie ma co ukrywać- Amerykanie do tematu ślubu i wesela podchodzą śmiertelnie poważnie. Zawsze dziwiło mnie, jak można wesele planować przez kilka lat, a mieszkając w USA zaczęło mnie również zastanawiać, jak można przeżyć tyle imprez towarzyszących? Obiad zaręczynowy, wieczór panieński/kawalerski, bridal shower, a na sam koniec jeszcze rehearsal dinner. A co to w ogóle jest? Nie zaskoczę Was- na 100 % kojarzycie to wydarzenie z amerykańskich filmów.
     Rehearsal dinner to uroczystość organizowana na dzień przed ślubem, kiedy młodzi, orszak ślubny i najbliższa rodzina są już po próbie generalnej (stąd nazwa "rehearsal"). Zwyczajowo jest to obiad organizowany przez rodziców pana młodego, podczas którego rodziny mają okazję się lepiej poznać, a młodzi powspominać. Odgrzebujecie już w pamięci te filmowe sceny, gdy młodzi prezentują pokaz slajdów ze zdjęciami z dzieciństwa oraz początków ich związku? Tak, to właśnie ta impreza. 
       Kiedyś dziwiło mnie, jak to możliwe że amerykańskie wesela kończą się o wiele szybciej niż polskie, a o poprawinach chyba nikt nie słyszał. Im bardziej jednak poznaję tutejsze zwyczaje i tradycje, tym bardziej przestaje mnie to dziwić- przy tak obfitym świętowaniu przed, nikt już nie ma siły na przeciąganie zabawy o kolejne dni.


  • Baby Shower 
     Zazwyczaj kiedy ludzie przejdą już przez całe zamieszanie związane z zaślubinami, przychodzi czas na dziecko. A tym samym na kolejną uroczystość- Baby Shower. Pamiętam, że zanim jeszcze wyjechałam na stałe z Polski, zwyczaj ten zaczynał już wkraczać nad Wisłę, możliwe więc, że wiele z Was już przynajmniej o nim słyszało, a być może również w takim wydarzeniu miało okazję uczestniczyć.
     Baby Shower to drobna impreza, najczęściej w formie obiadu lub poczęstunku, organizowana na kilka tygodni przed terminem porodu. Zgodnie z zasadą, Baby Shower jest organizowany jedynie w trakcie pierwszej ciąży, ale odstępstwa od tej reguły raczej nie są uważane za niestosowność, szczególnie jeśli od poprzedniej ciąży upłynęło już sporo czasu. Zwyczajowo, podobnie jak na Bridal Shower, są tutaj zaproszone jedynie kobiety, a całość organizują najbliższe przyjaciółki przyszłej mamy, choć nie jest niczym niespotykanym, jeśli za sterami organizacji staje sama ciężarna. Idea jest również podobna jak w przypadku Bridal Shower- zaopatrzyć przyszłą mamę w rzeczy niezbędne przy opiece nad maluchem- pieluchy, śpioszki, zabawki, itp. Podobnie sporządzana jest również lista prezentów. Baby Shower jest zazwyczaj bardzo przyjemnym wydarzeniem, podczas którego jest mnóstwo miejsca na konkursy, śmiech i zabawę.



     I jak Wam się podobają te typowo amerykańskie tradycje?

7/02/2016

Witajcie w dżungli! Kilka słów o Guns N' Roses na Soldier Field

Witajcie w dżungli! Kilka słów o Guns N' Roses na Soldier Field
    Są takie marzenia, o których doskonale wiemy, że przyjdzie taki dzień, aby je w końcu spełnić. Są też takie, które wręcz boimy się snuć, bo doskonale wiemy, że do ich spełnienia i tak nie dojdzie. Nie w tym życiu. Not in this lifetime. A jednak! Takie właśnie, wydawałoby się marzenie nie do spełnienia, przyszło mi zrealizować wczoraj. Koncert Guns N' Roses, w takim składzie, to zdecydowanie wydarzenie, które na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Dziś jeszcze pełna jestem wczorajszych emocji, którymi jak najszybciej chcę się z Wami podzielić, więc zapraszam na kilka całkowicie luźnych informacji i wrażeń z wczorajszego koncertu. 

  • Wiadomość o koncercie pojawiła się kilka miesięcy temu, wkrótce potem bilety weszły do sprzedaży. Rozeszły się tak szybko, że postanowiono zorganizować w Chicago jeszcze jeden koncert, 2 dni później niż pierwotnie zaplanowany. Nie ma się co dziwić! Trasa "Not in this Lifetime", której częścią był wczorajszy koncert i będzie jutrzejszy, to pierwsza od wielu lat okazja, by zobaczyć zespół w TAKIM składzie. Axl, Slash i Duff na jednej scenie- to musiało się udać!
  • Koncert odbywał się na chicagowskim stadionie Soldier Field, który jest w stanie pomieścić ponad 60 tysięcy widzów. Był to pierwszy koncert, który miałam okazję podziwiać w takim otoczeniu, jak i pierwsza moja obecność na Soldier Field. Show było niesamowite, wliczając w to świetne nagłośnienie, rewelacyjny klimat, dopasowane wizualizacje w tle oraz fajerwerki na początek i koniec koncertu. Muszę jednak przyznać, że mimo wszystko chyba bardziej przemawiają do mnie koncerty w klubach, kiedy jest się blisko muzyków. No chyba że mowa o Woodstock. Wyobrażacie sobie Guns N' Roses na Woodstocku? To by było wydarzenie! Już widzę te tłumy śpiewające każdą piosenkę wraz z zespołem na kostrzyńskim polu... Ale wróćmy do wczorajszego koncertu!  
Zakończenie konceru. Fot.ABC7
  • Jako support przed Gunsami zagrał Alice in Chains. Dostać taki bonus- bezcenne! Jak się jednak okazało, czego nie mogę pojąć, nie wszyscy potrafili to docenić, ponieważ w trakcie koncertu Alice zaledwie połowa trybun była wypełniona widzami. Występ, jak to na support przystało, nie był zbyt długi- trwał zaledwie 45 minut. Zaledwie, bo kto jak kto, ale Alice in Chains zdecydowanie zasługuje na więcej czasu na scenie. Jak się jednak później okazało, miało to swoje dodatkowe uzasadnienie czasowe? Jakie? O tym poniżej.
  • Przed koncertem Guns N' Roses bardzo zastanawiałam się co z tego wyjdzie. Nie ma co ukrywać- chłopaki mają już swoje lata! Jak się jednak okazało, moje obawy okazały się być całkowicie bezpodstawne- cały zespół zaprezentował niesamowitę kondycję i szacunek do fanów. Chyba pierwszy raz miałam okazję być na dwuipółgodzinnym koncerie! Żadnych przerw, żadnego straconego czasu, cały czas niesamowite show! 
  • W czasie tak długiego występu, nie mogło być inaczej, fani usłyszeli całe mnóstwo hitów zespołu, jak choćby "Knockin' on Heaven's Door", "November Rain", "Sweet Child O'Mine", czy "Paradise City", zagrane tradycyjnie na zakończenie koncertu. Prawie do końca przyszło mi niepokoić się, czy aby na pewno usłyszę moje absolutnie ulubione "Don't Cry". Usłyszałam ;) Choć muszę przyznać, że moim zdaniem w wersji koncertowej zdecydowanie najlepiej ze wszystkich utworów brzmi "Welcome to the Jungle".
  • Axl jest w rewelacyjnej formie. Solówki Slasha są powalające. Jednak pomimo tych dwóch tak silnych osobowości, na scenie było widać i słychać cały zespół, co bardzo mi się podobało.
  • W cenie biletu była chyba ukryta opcja "darmowe inhalacje z marihuany".  Nie trzeba było nic palić, by poczuć w płucach dym.
  • Co mnie bardzo zaskoczyło, gdy zespół tylko skończył grać, ludzie po prostu wstali i zaczęli się rozchodzić. Okej, zdaję sobie sprawę, że koncert był długi i każdy fan powinien być usatysfakcjonowany, ale nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w Polsce. U nas pewnie przez przynajmniej 10 kolejnych minut ludzie staliby i skandowali z nadzieją, że a nuż uda się ugrać jeszcze jednego bisa.
  • Informacje praktyczne dla osób wybierających się na Soldier Field: ceny hot dogów zaczynają się od 7 dolarów, a napojów alkoholowych, w tym piwa, od 10 dolarów. Na stadion nie wniesiecie żadnych napojów, nawet wody czy pepsi, wszystko trzeba kupić na miejscu. Zdecydowanie na plus obsługa stadionu i sprawność przy wpuszczaniu fanów na obiekt. Nam całość, od wejścia do rutynowej kontroli i sprawdzenia biletu, poprzez kupienie drinka, po zajęcie miejsca, zajęła może 10 minut. 
  • Wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale zdecydowanie warto kupować bilety na przedsprzedaży. Ja za swój bilet, który cenowo był mniej więcej w połowie stawki, na przedsprzedaży zapłaciłam 90-kilka dolarów. Kilka dni później, kiedy bilety weszły do regularnej sprzedaży, miejsca w tym samym sektorze kosztowały prawie 300 dolarów. Jaką cenę osiągnęły ostatecznie, nie mam pojęcia. 
  • Podsumowując- z konceru wyszłam niesamowicie zadowolona. Był to zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów, w jakich miałam okazję uczestniczyć. Slashowi chyba też się podobało: 

 A na sam koniec kilka zdjęć z wczorajszego konceru. Robione żelazkiem, ale cóż począć.

Jescze przed koncertami, prawie pusty stadion, choć miejsca pod sceną już zajęte. Jak ci ludzie wytrzymali tyle godzin? Podziwiam!

Alice in Chains na scenie
Początek występu Gunsów, za moment pojawią się na scenie





Dziękujemy za koncert!

6/14/2016

7 refleksji po powrocie z Polski

7 refleksji po powrocie z Polski
    Jak wspominałam we wcześniejszym poście, miało mnie nie być przez kilka tygodni. I nie było. Bo byłam w Polsce. Tym razem nie były to typowe wakacje, tak jak rok temu, ale bardzo spontaniczny i dość krótki wyjazd spowodowany pewnymi nagłymi okolicznościami. Dwa i pół tygodnia w Polsce to dla mnie zdecydowanie za krótko, ale nie mam co narzekać- jak na spontaniczny wyjazd wyszło naprawdę super. Od mojego powrotu do Chicago minęły już przeszło dwa tygodnie, ale podobnie jak rok temu, i tym razem ciężko mi na nowo zebrać myśli i wrócić do życia w realu i w blogosferze. Co ta Polska ma w sobie, że aż tak na mnie działa? :)

Warszawa

    W końcu jednak powracam i zapraszam Was na krótkie podsumowanie mojego pobytu w Polsce, tym razem w formie kilku krótkich i luźnych refleksji.

1. Jedzenie w LOT jest najlepsze.

     Być może pamiętacie, jak rok temu narzekalam na zimny obiad w SASie i umiarkowanie chwaliłam jedzenie w Lufthansie. W tym roku miałam okazję lecieć LOTem, pierwszy raz od pięciu lat. I muszę przyznać, że nasze polskie jedzenie jest jednak najlepsze :) Jeśli więc wybierając linie lotnicze zwracacie uwagę na menu, to nie zawahajcie się skorzystać z polskich linii lotniczych. Co równie istotne, mam wrażenie że cały lotowski serwis pokładowy znacznie się poprawił na przestrzeni ostatnich lat.

łosoś i pyszne ciasto skradły moje serce!

2. Polska jest coraz droższa.

    Kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce, nie zdawałam sobie sprawy, jak życie tam jest drogie. Teraz dużo bardziej zauważam dysproporcje w sile nabywczej pieniądza między USA i Polską. W największy szok wprawiło mnie wyjście do KFC z dwójką moich młodszych braci. Za trzy osoby 70zł? Wow! Żeby jeszcze przynajmniej KFC utrzymywało poziom sprzed kilku lat, a nie pogorszyło się tak bardzo, to może bym to jakoś przeżyła... Nota bene, wiedzieliście, że KFC w Polsce i USA to zupełnie inne restauracje? Niby ta sama marka, ale menu jest zupełnie inne!
   Ale wracając do tematu cen, porównując 1zł do $1- za $70, w USA mogłabym zabrać braci do normalnej restauracji, a nie zwykłego fast-fooda.  

3. Ludzie wciąż są smutni i nieuprzejmi. Ale to się zmienia!
   
    Pamiętam, że kiedy jeszcze przylatywałam do USA tylko na wakacje, a potem wracałam do Polski, zawsze dostawałam depresji w tramwaju- witali mnie tam szarzy ludzie ze smutnymi, zmęczonymi twarzami. Teraz, po kilku latach, muszę przyznać, że ten obraz choć powoli, to jednak zmienia się na lepsze, co niezwykle mnie cieszy. Wprawdzie wciąż trudno jest spotkać na ulicy człowieka, który uśmiechnie się bezinteresownie, ale myślę, że i taki dzień niebawem nadejdzie ;) Co jednak wciąż rzuca się w oczy i zmienia baaardzo powoli, to podejście obsługi sklepowej do klientów. Mam wrażenie, że w Polsce wciąż pokutują czasu PRL, kiedy pani "sklepowa" była niczym królowa, decydująca który z jej poddanych zostanie obsłużony i wyjdzie ze sklepu z upragnionym towarem. Ustrój w Polsce zmienił się lata temu, ale podejście ludzi niestety często nie. Trochę to przykre przychodzić do sklepu i czuć się tam jak niechciany gość, witany wściekłą twarzą i obsługiwany z łaską. Absolutnie nie twierdzę, że Ameryka jest krajem idealnym, ale akurat w kwestii obsługi klienta Polska mogłaby się wiele od niej nauczyć.

4. Polska jest coraz piękniejsza.

    Wprawdzie w tym roku nie przeżyłam aż takiego szoku jak ubiegłego lata, kiedy poleciałam nad Wisłę pierwszy raz po czterech latach, ale nie da się nie zauważyć, jak ogromnie Polska się zmienia! W moim przypadku na tapet poszły głównie Szczecin i Ełk, bo tam jak zwykle spędziłam najwięcej czasu, ale patrząc na te dwa miasta, mogę sobie tylko wyobrazić, jak wypiękniała w ostatnich latach cała Polska! Mnóstwo nowych inwestycji, poprawa czystości miast, tworzenie infrastruktury turystycznej- to wszystko naprawdę widać.

Dziedziniec główny Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie

5. Jedzenie w Polsce jest najsmaczniejsze.

     Niejednokrotnie wspominałam, że polskie jedzenie jest jedną z tych rzeczy, za którymi tęsknię najbardziej. I nie mówię tu tylko o polskiej kuchni, ale przede wszystkim o smaku polskiego jedzenia- owoców, warzyw, ale także mięsa czy choćby zwykłej wody. Domyślam się, że osoby mieszkające w Polsce na stałe mogą nie do końca zdawać sobie sprawę z tego, o czym tutaj piszę i czym się zachwycam, ale emigranci z pewnością mnie zrozumieją :) Jedzenie w Ameryce zwyczajnie nie ma smaku. Wszystko jest zmodyfikowane genetycznie i nafaszerowane różnego rodzaju truciznami, przez co nawet jeśli jest dostępne cały rok, to absolutnie nie sprawia przyjemności podniebieniu. Całe szczęście, że w tym roku udało mi się w Polsce załapać na pierwsze truskawki. Ach, cóż to była za uczta!

6. Polska wieś rządzi.

    Mimo że urodziłam i wychowałam się w mieście, to miałam to szczęście, że bardzo często bywałam na wsi. Być może stąd ta moja miłość do polskiej wsi? W każdym razie, w tym roku znów miałam okazję podziwiać nieco te sielskie widoki i zachwycać się wiejskim życiem, gdzie zwierzęta mają okazję poczuć na sobie promienie słońca i poskubać trawę czy złapać robaka, a nie tylko siedzieć w zatęchłych klatkach. A do tego cisza i spokój, przerywany jedynie rechotem żab czy cykaniem świerszczy. Czysta błogość :)





7. Wciąż mam do kogo latać :)
  
     To cudowne uczucie wiedzieć, że w Polsce, pomimo upływu lat, wciąż, jest ktoś, kto na Ciebie czeka. Nie mówię tu tylko o rodzinie, ale także o całym gronie znajomych i przyjaciół, którzy zawsze, pomimo nawału swoich obowiązków, znajdują dla mnie czas. Niesamowite uczucie!




I to tyle w temacie mojego ostatniego pobytu w Polsce. Mam nadzieję, że już wkrótce uda mi się powrócić z typowo amerykańskimi postami :)

Ełk

5/07/2016

Kwietniowe migawki

Kwietniowe migawki
    Kwiecień był dla mnie dziwnym miesiącem. Tak pomieszanych i zagmatwanych, obfitujących w ciągłe zwroty akcji tygodni nie miałam już od dawna! Przede wszystkim- ogromne zamieszanie w szkole spowodowane pomysłem reorganizacji systemu miejskich koledżów w Chicago. Na szczęście, wszystko już w miarę wróciło do normy. Sama się sobie dziwię, jakim cudem w takim zamieszaniu znalazłam chęć na napisanie aż 6 postów. Może to była próba emocjonalnej ucieczki? :) W każdym razie, jeśli przeoczyliście, to macie wspaniałą okazję, by nadrobić zaległości w kwietniowych postach:
    Skoro już wspomniałam o szkole, to spieszę z zapewnieniem, że pamiętam o mojej obietnicy napisania posta o mojej uczelni, programie paralegal i studenckich perypetiach, o którego pytało już kilka osób. Mam nadzieję, że w końcu się z nim uporam. Póki co: oto jak wygląda szkolny korytarz w okresie graduacyjnym.


    Sam kwiecień nie zaczął się przyjemnie. O ile w tym roku Chicago uradowało nas brakiem srogiej zimy, o tyle już nas nie uszczęśliwiło, zabierając wiosnę. Szczerze mówiąc, do tej pory nie mam pewności, jaka aktualnie panuje pora roku... Ja rozumiem, że kwiecień-plecień, ale bez przesady!


    Zimę w kwietniu pomogło przetrwać mi pewne wydarzenie... wiadomość o trasie koncertowej Guns'n'Roses. Szczęśliwie się złożyło, że tym razem szybko wzięłam się za kupno biletów i byłam ich posiadaczką jeszcze przed końcem przedsprzedaży. Gdybym poczekała kilka dni, za bilet w tej samej strefie zapłaciłabym około 3,5 raza więcej... Koncert dopiero w lipcu, ale już odliczam do niego dni!


    Wieść o koncercie Guns'ów nie była jednak jedynym wydarzeniem, które rozpromieniło mój kwiecień. Takich okoliczności było jeszcze kilka. Jedna z nich to przemiły email, jaki dostałam pewnego dnia od pani Eli, nauczycielki w jednej z polskich szkół w aglomeracji Chicagowskiej. Jak się okazało, jej uczennica- Basia, postanowiła przygotować swoją prezentację maturalną w oparciu o między innymi mój blog! Zaczynając pisać bloga w życiu bym nie pomyslała, że przydarzy mi się coś tak miłego. Zostałam również poproszona o spotkanie i rozmowę o blogu, na co oczywiście z chęcią się zgodziłam. Okazało się, że zarówno Basia, jak i pani Ela to przemiłe kobietki, o których jeszcze tutaj usłyszycie ;)


     Kolejna miła niespodzianka przyszła w najbardziej parszywy poniedziałek tego roku. Jak cudownie było wtedy wrócić do domu i dowiedzieć się, że dostaliśmy paczkę od naszych znajomych z Polski! Zupełnie niespodziewaną, niezapowiadaną pakę z całym zestawem polskich słodyczy!


A co jeszcze działo się w kwietniu?

Myślałam, że już się nie doczekam, ale Chicago w końcu zakwitło. Zarówno naturalnie, jak i przy pomocy miejskich ogrodników.




Spacery po mieście wciąż odkrywają przede mną ciekawe miejsca. Oto rzeźby przed hotelem Fenix: Odźwierny, Medeleine i Scrappy.

Kojarzycie kanał na YouTube "Przez Świat na Fazie"? Miło było dostać kartkę z Indii od Dawida ;)

Taki uroczy widok powitał mnie pewnego poranka przy wysiadaniu z metra.

Kiedy już pojawiła się ładna pogoda, trzeba było z niej korzystać. I wybrać się na przykład na spacer do Busse Woods.

     Ale żeby nie było o samych kwiatkach i prywatach, to postanowiłam troszkę oszukać i wrzucić tu jeszcze kilka zdjęć z jednego majowego wydarzenia. Mam na myśli bardzo ciekawą, choć niewielką wystawę, która jeszcze przez kilka dni będzie otwarta w chicagowskim Art Institute- Van Gogh's Bedrooms. Owa wystawa to nie lada gratka dla miłośników sztuki: po raz pierwszy w historii, w jednym miejscu zostały zaprezentowane wszystkie trzy wersje słynnego obrazu Sypialnia Vincenta Van Gogh'a. Normalnie, jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć na żywo je wszystkie, musi odwiedzić nie tylko Chicago, ale także Amsterdam i Paryż. Trochę mi się zeszło, zanim się na nią wybrałam, ale nie wybaczyłabym sobie, gdybym owej wystawy nie zobaczyła. Poza słynnymi Sypialniami, na wystawie podziwiać można też kilkanaście innych prac artysty, między innymi kilka jego autoportretów. Jeśli ktoś jest zainteresowany, musi się spieszyć- wystawa czynna jest tylko do 10 maja!







Bardzo ciekawym elementem wystawy jest ekran, na którym wyświetlane są kolejno wszystkie róznice w poszczególnych wersjach "Sypialni".

Oczywiście, jak każda atrakcja w Ameryce, tak i wystawa Van Gogh'a ma swój unikatowy sklepik, przez który trzeba przejść kierując się do wyjścia.

     Nawet jeśli kogoś nie pobudza możliwość obejrzenia trzech obrazów inspirowanych jedną sypialnią albo zwyczajnie nie ma możliwości zajrzeć do muzeum przed zamknięciem wystawy, to i tak szczerze polecam odwiedziny w Art Institute przy pierwszej możliwej okazji. Muzeum jest ogromne i ma w swoich zbiorach mnóstwo interesujących eksponatów. Jeśli ktoś będzie chciał zwiedzić je całe, to polecam zarezerować sobie cały dzień! A kto chce tylko wskoczyć na moment, by zrobić fejsbukowego check-in'a przy czymś, co każdy zna, to koniecznie musi spytać kustosza o drogę do "American Gothic" Granta Wood'a (obrazu, który doczekał się niezliczonych odniesień w kulturze współczesnej) oraz do "Niedzielnego Popołudnia na Wyspie Grande Jatte" Georges'a Seurat.



    
I tak mniej więcej minął mój kwiecień i początek maja. A co u Was słychać? Chwalcie się!




p.s. W drugiej połowie maja na blogu najprawdopodobniej nie pojawi się żaden post. Wszystko wyjaśnię zapewne na początku czerwca, ale jeśli obserwujecie mój profil na Facebook'u albo Instagramie, to już za kilka dni wszystko stanie się dla Was jasne ;)

p.p.s. Na fejsbukowym fanpejdżu liczba fanów dobija powoli do 1000. Jeśli w końcu stukną owe trzy zera, dla fanów na FB (i tylko na FB!) pojawi się mały konkurs.  Jeśli więc jeszcze tam nie zajrzeliście, nie zwlekajcie!

p.p.p.s. Jeśli mieliście dziś okazję odwiedzić chicagowską Paradę Konstytucji 3 Maja i macie ochotę podzielić się swoimi wrażeniami lub zdjęciami na blogu, podsyłajcie mi je na adres: paulinakowalskapl@gmail.com. Może stworzymy razem wspólnego posta? :)



Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger