5/07/2017

Jaka jest chicagowska Polonia w 2017 roku?

Jaka jest chicagowska Polonia w 2017 roku?
     Początek maja jest co roku okresem wzmożonej aktywności chicagowskiej Polonii. Nie tylko bowiem drugiego maja świętujemy Dzień Polaków i Polonii za Granicą, ale, co ważniejsze, dzień później obchodzimy rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja. W Chicago od ponad 126 lat z okazji tego drugiego święta organizowana jest ogromna parada- największa polonijna parada na świecie. Do tematu parady wrócę w dalszej częsci tego posta, teraz natomiast chciałabym się skupić na nas, na chicagowskiej Polonii.


     Kilka dni temu, z okazji Polonijnych obchodów święta Konstytucji 3 maja, zostałam zaproszona do udziału w sondzie Dziennika Związkowego, w której przedstawiciele różnych zawodów i środowisk zostali poproszeni o odpowiedź na pytanie jaka jest dzisiejsza Polonia. Ponieważ z założenia była to krótka sonda, wszystkie swoje myśli musiałam skondensować w kilku zdaniach. Ale temat w mojej głowie dalej się kotłował i postanowiłam go dzisiaj rozwinąć. Moją wypowiedź na Dziennika Związkowego możecie przeczytać na zdjęciu poniżej, natomiast całą sondę znajdziecie TUTAJ.


        Jaka więc jest ta nasza chicagowska Polonia? Przede wszystkim jest przekrojem całej ludności z Polski. Tak naprawdę dopiero mieszkając w Chicago zauważyłam, że faktycznie mentalność ludzi z zachodniej części Polski różni się nieco od mentalności tych ze wschodu, a sposób myślenia tych z północy niekoniecznie jest taki sam jak tych z południa. Górale, warszawiacy, "śledziki"- może brzmi to kuriozalnie, ale naprawdę da się między nimi wyłapać różnice. I nie ma w tym nic złego! Wręcz przeciwnie- świadczy to tylko o tym, że Polska jest różnorodna, a mimo wszystko jakoś się wszyscy dogadujemy. Podobnie też jak w Polsce, trafiają się w Polonii ludzie dobrzy i źli, mądrzy i głupi, uczciwi i cwaniacy. Dlatego bardzo nie lubię uogólnień jak na przykład ta rada, którą usłyszałam krótko po przylocie do Chicago: "Od Polaków to lepiej się trzymaj z daleka, bo na pewno Cię oszukają". Cóż, minęło prawie 6 lat odkąd mieszkam w Chicago i wcale nie trafiłam tu na więcej nieuczciwych Polaków niż w Polsce, więc do końca nie wiem, skąd to przekonanie, że na emigracji Polak dla Polaka wilkiem.   

Dużą część parady stanowią grupy regionalne. Moje ulubione!

       Jaka jeszcze jest ta nasza Polonia? Tak jak napisałam w sondzie- coraz bardziej nowoczesna i odważna. To już nie są czasy, gdy emigranci z Polski nie znali języka i brali tylko najgorsze prace. Dzisiejsza Polonia jest wykształcona i ambitna. Często sięga po dobrze płatne prace czy wysokie stanowiska. Nie boi się otwierać własnych biznesów. Mamy tu dużo imigrantów z drugiego czy trzeciego pokolenia, a więc urodzonych już w Stanach Zjednoczonych (nie jestem pewna, czy w związku z tym dalej można nazywać ich imigrantami). Nie jest niespodzianką, że językiem angielskim posługują się oni biegle, może czasem trochę gorzej idzie im z polszczyzną, ale są i tacy, którzy po polsku mówią lepiej niż niejeden rodak w Polsce. Niestety, zazwyczaj im dalsze pokolenie, tym i polszczyzna słabsza.
       Kolejna cecha, którą bardzo cenię w chicagowskiej Polonii, to przywiązanie do polskiej kultury i tradycji, a także duma z pochodzenia i historii naszego kraju. Jest to szczególnie widoczne na wspomnianej paradzie, która w tym roku odbyła się w minioną sobotę i z której zdjęcia okraszają ten post. W tym roku w paradzie wzięło udział około 130 grup- w tym przedstawiciele polskich szkół, organizacji, stowarzyszeń, biznesów, a także grup regionalnych, na przykład górali czy białostoczan. Co ciekawe, często nawet w kolejnych pokoleniach Polaków, gdzie w domach nie mówi się już na co dzień po polsku, w dalszym ciągu obserwować można wiele elementów polskich tradycji. 

Nie zabrakło polskiej dumy- husarii

     Pomimo ogromu zalet chicagowskiej Polonii i mojej generalnej sympatii do niej, wciąż nie mogę pogodzić się z kilkoma jej wadami i przejść koło nich obojętnie. Pierwsza wada, która boli mnie niemal fizycznie, to podział, który w ostatnich latach jest coraz bardziej widoczny. Ja rozumiem, że można mieć różne poglądy na wiele tematów i to w gruncie rzeczy jest cecha pożądana. Problem pojawia się, kiedy zaczyna brakować szacunku dla cudzych poglądów i chęci kulturalnego dialogu. Albo po prostu odpuszczenia, jeśli kulturalnie i rzeczowo dyskutować się nie potrafi. Wiem, że w Polsce te podziały również są widoczne- na zwolenników partii rządzącej i opozycji, na katolików i nie-katolików. Niestety, emigracja jest miejscem, gdzie powinniśmy trzymać się razem, bo tylko w ten sposób możemy zbudować społeczność, z którą inne nacje będą musiały się liczyć. Tymczasem, szczerze radzę, jeśli jesteście w Chicago, lepiej omijajcie wchodzenie na tematy polityczno-religijne, bo skończyć się może na rękoczynach. Szczególnie, jeśli nie jesteście zwolennikami PiS i zamierzacie o tym mówić na głos. Druga sprawa jest taka, że ja akurat jestem zdania, że jeśli ktoś mieszka na stałe na emigracji, to nie powinien wtykać nosa w kwestie wyborów w Polsce. Obszernie pisałam na ten temat TUTAJ, więc nie będę się już powtarzać, bo moje zdanie w tej kwestii nie uległo zmianie.

Panie nie szły wprawdzie w paradzie, ale z trybun manifestowały swoje poglądy

     Druga wada Polonii, o której zresztą wspomniałam krótko w sondzie, to brak solidarności. Mam wrażenie, że chicagowska Polonia nie potrafi się dobrze zorganizować, by walczyć o swoje cele. Oczywiście, mamy mnóstwo polonijnych organizacji, ale kiedy przychodzi co do czego, jakoś słabo tę solidarność widać. Jeśli chcemy, żeby Amerykanie traktowali nas poważnie, jako konkretną siłę, to musimy im pokazać, że jesteśmy zjednoczeni i silni. Tymczasem, wspomnijmy chociaż sobotnią paradę. Jak dziś przeczytałam, szacuje się, że wzięło w niej udział kilkanaście tysięcy osób. W mieście, gdzie według statystyk może mieszkać jakieś siedemset tysięcy Polaków i osób polskiego pochodzenia, co czyni nas jedną z największych mniejszości narodowych, raptem kilkanaście tysięcy wzięło w niej udział! Poza policjantami pilnującymi porządku, nie zauważyłam chyba żadnego Amerykanina, który oglądałby paradę. Nie dziwię się- w amerykańskich mediach impreza była bardzo słabo nagłośniona, więc większość miasta zwyczajnie o niej nie wiedziała. W grupach zgłoszonych do parady faktycznie przeszło mnóstwo osób, ale co z tego, skoro raptem garstka osób ją oglądała? Przy barierkach świeciły pustki, amerykańskie stacje telewizyjne pokusiły się jedynie o słabe skróty z wydarzenia (np. TUTAJ), podczas gdy wiele innych parad w mieście jest transmitowanych w całości na żywo. Jak możemy wymagać, by się z nami liczono, skoro nawet na naszą własną, narodową paradę przychodzi marny procent polonijnej społeczności? Co roku mamy szansę, by pokazać naszą siłę i jedność, i co roku dajemy plamę. Przykre to. Mamy największą Polonię na całym świecie i nie potrafimy tego wykorzystać.

Nyska z grupy AUTA PRL

      Pozostając jeszcze w temacie tegorocznej parady muszę przyznać, że odczuwam pewien niedosyt. W tym roku parada przeszła ulicą Columbus- jest to jedna z głównych ulic w Chicago i uważa się, że trasa na jej odcinku to duży prestiż. Moim zdaniem ulica ta w przypadku parady polonijnej w ogóle się nie sprawdza, głównie dlatego, że ulica jest bardzo szeroka, a przestrzeń jest niesamowicie otwarta. Mam wrażenie, że wskutek tego parada wydawała się jakby przytłumiona i taka jakaś bez wyrazu. Dużo bardziej podobała mi się parada dwa lata temu, która zorganizowana została na ulicy Dearborn, również w centrum miasta, ale pomiędzy wysokimi budynkami. Ulica dużo węższa, ale dzięki temu parada była bliższa dla widza, a przy tym specyficznie klimatyczna, ciepła i jakaś taka swojska. Zdjęcia z tamtej parady możecie obejrzeć TUTAJ.

     Kończąc już dzisiejsze rozważania chcę jeszcze doprecyzować, że pod wieloma względami Polonia jest super. Mamy mnóstwo przyzwoicie działających organizacji, zazwyczaj jesteśmy skorzy do pomocy, rozwijamy się i mamy ambicje. Ale może być dużo lepiej. I tego nam życzę.


P.s. Zdaję sobie sprawę, że dzisiejszy post jest słodko-gorzki. Zdaję sobie również sprawę, że poruszyłam w nim trochę tematów, które skłaniać mogą do dyskusji, szczególnie że na tapet poszła polityka i religia. Do kulturalnej i rzeczowej dyskusji jak zawsze zapraszam, ale jednocześnie uprzedzam osoby, które zapragną trollowania i obrażania innych, że ich posty będą natychmiastowo usuwane.

5/03/2017

Holenderski duch w Ameryce, czyli o Festiwalu Tulipanów

Holenderski duch w Ameryce, czyli o Festiwalu Tulipanów
     Główny powód, dla którego uwielbiam wiosnę, to feeria barw i zapachów, które dają wiosenne kwiaty. A skoro są one tak piękne, a przy tym tak efemeryczne, to dlaczegóżby nie zintensyfikować krótkiej przyjemności przebywania z nimi? Tak pomyślałam niemalże dokładnie rok temu i pojechałam do Holandii. No, prawie. Pojechałam do Holland. Na Festiwal Tulipanów.
     Holland to niewielkie, niespełna 35-tysięczne miasteczko w stanie Michigan, oddalone od Chicago o niecałe trzy godziny jazdy autem. Zasiedlone zostało w połowie XIX wieku przez holenderskich imigrantów i dziś, prawie 200 lat później, te holenderskie wpływy są wciąż bardzo silne i widoczne. To, z czego miasteczko Holland jest najbardziej znane, to coroczny Festiwal Tulipanów, który odbywa się tam w pierwszej połowie maja. Moim zdaniem zdecydowanie warto tam pojechać, nie tylko by zachwycać się dywanami kolorowych tulipanów w akompaniamencie wiatraków, ale także by poobcować z holenderską kulturą.
       W tym roku Festiwal potrwa od 6 do 14 maja. Sugeruję pojechać tam jak najwcześniej- my w zeszłym roku pojechaliśmy w któryś z ostatnich dni i wiele gatunków tulipanów było już przekwitniętych. Jeszcze jedna rada- jadąc na Festiwal, warto skorzystać z darmowego transportu festiwalowego. Autobusy odjeżdżają z parkingu przy Dutch Village i kursują pomiędzy Windmill Island (gdzie podziwiać można tulipanowe dywany, odwiedzić niewielkie sklepiki oraz porozmawiać z miłośnikami historii ubranymi w stroje z epoki), a Centrum Miasta, gdzie obywa się wielki kiermasz oraz mają miejsce pokazy tradycyjnego tańca holenderskiego. W ten sposób unikniecie gigantycznych korków i problemów z miejscami parkingowymi. Jeśli natomiast nie chcecie ruszać z domu auta, to do Holland można dostać się również pociągiem Amtrak lub wraz z wycieczką organizowaną przez polskie biuro podróży RekTravel. Więcej informacji o Festiwalu, w tym przydatne mapki i harmonogram atrakcji, znajdziecie na oficjalnej stronie TUTAJ.
       To tyle w temacie ogólnych informacji. A teraz krótka fotoopowieść o tym, jak spędziliśmy dzień w holenderskim miasteczku.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Windmill Island.
Wiele tulipanów było już po okresie kwitnienia, ale i tak było pięknie!





Na Windmill Island odbywał się także festiwal żywej historii, gdzie entuzjaści historii pokazywali, jak żyło się w czasach holenderskiego osadnictwa.








Tuż przy Windmill Island, jak również w samej Dutch Village, znajduje się kilka klimatycznych sklepików. W tym także sklep z tradycyjnymi, holenderskimi, drewnianymi chodakami.




Tulipany są wszędzie! Nawet tuż pod nogami!





Ostatnim etapem naszej wycieczki był krótki spacer po mieście i oglądanie holenderskiego tańca. W drewnianych chodakach oczywiście :)


Fajną sprawą jest to, że na Festiwalu można zakupić cebulki tulipanów. Wybór jest niesamowity! Mnóstwo gatunków, kształtów, wysokości i kolorów. Ja zamówiłam kilka rodzajów cebulek i zostały mi one dostarczone na jesieni, tuż w okresie sadzenia. Część cebulek zostało rozkradzionych przez wiewiórki, podobnie jak zjedzonych część pąków. Ale sporo kwiatów przetrwało te naloty i teraz mogę cieszyć się takimi oto pięknościami:


I to tyle na dzisiaj w temacie amerykańskiej Holandii i Festiwalu Tulipanów. Trzymajcie za mnie kciuki, bo kończy mi się semestr i ledwo już oddycham. Ale w połowie maja mam nadzieję wrócić na blog ze zdwojoną siła :)

4/18/2017

Palcem po mapie, czyli planujemy wakacyjny wypad- Lazurowe Wybrzeże

Palcem po mapie, czyli planujemy wakacyjny wypad- Lazurowe Wybrzeże
     Kilkukrotnie dzieliłam się z Wami moimi wakacyjnymi planami i rozważałam różne opcje- było tak przed jednym z wypadów na Florydę oraz przed wyjazdem do Nowego Orleanu. Dziś po raz kolejny zdradzę Wam moje luźne jeszcze plany i poproszę o poradę. Tym razem europejską, bo dotyczącą Lazurowego Wybrzeża.

Villefranche-sur-Mer, fot.lifeinriviera.com/
      Kto mnie dobrze zna ten wie, że Lazurowe Wybrzeże od zawsze było moim marzeniem. Pamiętam, że jako dziecko oglądałam serial "St. Tropez" i dokładnie wtedy zakochałam się w tym miejscu. Kompletnie nie mogę przypomnieć sobie fabuły tej produkcji, ale słoneczne plaże wybitnie utkwiły mi w pamięci. Zresztą, Lazurowe Wybrzeże umieściłam także na liście moich światowych podróżniczych marzeń. Tego lata obchodzę okrągłe urodziny (18. oczywiście) i stwierdziłam, że już za długo się zbieram- czas w końcu działać i spełnić marzenie. I stało się- bilety kupione, nocleg zamówiony, w drugiej połowie lipca lecimy do Nicei! 

     To teraz konkrety. Na Lazurowym Wybrzeżu spędzimy dokładnie 3,5 dnia, więc musimy się solidnie sprężyć, żeby zobaczyć jak najwięcej. Naszą bazą wypadową będzie Nicea, skąd planujemy przemieszczać się do innych miejscowości, najlepiej korzystając z transportu publicznego (prawdopodobnie pociągów). Odrobiłam swoją lekcję, przeczytałam Internet (ekstremalnie pomocny okazał się Lazurowy Przewodnik) i ułożyłam taki oto wstępny plan zwiedzania:

Dzień 1.
Pierwszy dzień chciałabym zacząć od prawdziwego, francuskiego śniadania. Croissant albo naleśnik w pobliskiej knajpie byłby dobrą opcją. Tuż po śniadaniu ruszamy do Eze, zwiedzamy miasto, a następnie Ścieżką Nietzche'go schodzimy do Eze-sur-Mer. Wracamy do Nicei, odświeżamy się, jemy obiad i ruszamy na zwiedzanie Nicei. W samej Nicei zależy mi przede wszystkim na powłóczeniu się po Starym Mieście, podziwianiu widoków ze Wzgórza Zamkowego i spacerze po Promenadzie Anglików.

Eze, fot. Trover.com

Dzień 2.
Po raz kolejny- francuskiego śniadania nie odpuszczę! Najedzeni jedziemy do Monaco i poświęcamy kilka godzin na zwiedzanie miasta. Następnie ruszamy w drogę powrotną, ale wysiadamy w Villefranche-sur-Mer. Ponoć jest tam przyjemna plaża (zdjęcie na początku posta), więc pewnie spędzimy na niej popołudnie. Jeśli starczy sił, chciałabym do Nicei wrócić na piechotę. Jest to spacer na około 45 minut, ale tuż nad brzegiem morza, przez co widoki są przepiękne. Wieczór spędzamy na delektowaniu się nocnym życiem Nicei.

Monaco, fot. getyourguide.com
Dzień 3.
Dzień trzeci jest takim dniem awaryjnym. Mam na niego jeden plan prawdopodobny, drugi plan zachciankowy, a w razie jeśli dowiem się o jeszcze jakichś fajnych atrakcjach, to tu własnie będzie na nie miejsce.
Plan prawdopodobny: Rano ruszamy do Cannes. Przyznam, że jestem lekko zawiedziona, bo okazuje się, że samo Cannes nie ma żadnych atrakcji, które by mnie zainteresowały. Ale za to można stamtąd popłynąć na Wyspy Leryńskie. Prawdopodobnie postawilibyśmy na Wyspę Świętej Małgorzaty, gdzie znajduje się fort, w którym według historii więziony był Człowiek w Żelaznej Masce. Z Cannes ruszamy do pobliskiego Antibes, gdzie z chęcią odwiedziłabym Muzeum Picasso. Być może spędzimy też trochę czasu na plaży, ale to zależy od tego, ile czasu nam zostanie. Wieczór spędzamy w Nicei.
Plan zachciankowy: pola lawendy. Uwielbiam lawendę, a lawendowe pola to symbol Prowansji. Będziemy na Lazurowym w idealnym momencie, by trafić na kwitnienie, ale problem jest taki, że z Nicei nie da się dojechać na żadne lawendowe pole komunikacją miejską, a jednak wynajem samochodu trochę nam nie leży. Jesli znacie jakiś magiczny sposób na dostanie się na lawendowe pola- piszcie.

fot. Pinterest

Dzień 4.
Rano kończymy zwiedzać Niceę, może też będzie to czas na jakieś małe zakupy. Macie jakieś sugestie, jakie pamiątki warto przywieźć z Nicei? O 11 musimy się wykwaterować, więc pewnie z bagażami ruszymy na jakiś porządny obiad, a po południu będziemy już jechać na lotnisko i wracać do Polski.

Nicea, fot. thesavvybackpacker.com

I na koniec pytanie, a jednocześnie gorąca prośba do Was. Jeśli mieliście okazję być w którymś z tych miejsc i chcecie podzielić się jakimiś radami bądź sugestiami- piszcie śmiało. Jeśli chcecie polecić jakieś inne miejsce lub atrakcję w pobliżu Nicei- jestem otwarta na wszelkie zmiany planu. A jak jesteście w stanie polecić jakieś fajne knajpki, szczególnie śniadaniówki, to już w ogóle spadniecie mi z nieba :)

4/04/2017

Wielkanoc po amerykańsku

Wielkanoc po amerykańsku
     Stany Zjednoczone w swej idei są państwem laickim. Wielkanoc jest tu wprawdzie obchodzona, ale na wiele mniejszą skalę niż w Polsce. Amerykanie raczej nie poszczą, nie mają rekolekcji, nie przygotowują specjalnych potraw, ani tym bardziej nie wiedzą nic o święconce czy Lanym Poniedziałku. Mimo wszystko, jest tu kilka ciekawych tradycji, w większości o europejskim podłożu (głównie niemieckim), które dało się skomercjalizować (a jakże!) i dostosować do jankeskich warunków. Zapraszam Was na krótkie zestawienie owych amerykańskich, wielkanocnych zwyczajów.


Egg hunt

Zazwyczaj w ciągu dwóch tygodni poprzedzajądzych Wielkanoc, w szkołach, parafiach, parkach czy centrach handlowych organizowane są dla najmłodszych tzw. Egg hunts, czyli poszukiwania jajek. Zabawa ta polega na tym, że na wyznaczonej przestrzeni poukrywane są kolorowe jajka, zwykle plastikowe bądź czekoladowe, a dzieci mają za zadanie odszukać je i zebrać do swoich koszyków. Zazwyczaj wygrywa dziecko, które uzbiera najwięcej jajek albo które znajdzie największe bądź najmniejsze jajo. Czasami polem do zabawy jest całe miasteczko! Na przykład w 1985 roku miasto Homer w stanie Georgia trafiło do Księgi Rekordów Guinessa, gdy w tej 950-osobowej społeczności ukryto 80 tysięcy jajek!

fot.
Jeśli mieszkacie w Chicago bądź okolicach, listę Egg hunts w okolicy znajdziecie TUTAJ.


Easter Egg Roll

Easter Egg Roll to coroczne wydarzenie organizowane przez Biały Dom w wielkanocny poniedziałek. Zabawa polega na tym, że dzieci przy pomocy łyżek toczą kolorowe jajka wzdłuż ogrodu prezydenckiego. Które pierwsze dotrze do mety- wygrywa. W wydarzeniu bierze udział także prezydent Stanów Zjednoczonych, a całą zabawę często uświetniają koncerty zaproszonych artystów. Tradycja kultywowana jest od 1878 roku i przyznam, że badzo podoba mi się takie bratanie się prezydenta ze "zwykłymi" dziećmi. Jak dostać się na imprezę? Trzeba wziąć udział w internetowej loterii! 

fot.
Więcej o tegorocznym Easter Egg Roll TUTAJ.


Easter Tree

Wielkanocne drzewka przybyły do Ameryki z Niemiec, a wiem że i w Polsce stają się powoli coraz bardziej popularne. Jest to rodzaj dekoracji, który może obejmować zarówno drzewa czy krzewy w ogrodzie, jak i domowe stroiki wykonane ze świeżych gałązek czy też ze sztucznych elementów. Ważne, żeby wisiały na nich kolorowe jajka! Co ciekawe, Amerykanie dekorują drzewka nie tylko na Boże Narodzenie czy Wielkanoc, ale także na inne święta, na przykład... Halloween!

fot.1 fot.2 fot.3

Peeps

Peeps to tradycyjne, wielkanocne słodycze zazwyczaj w kształcie kurczaków lub królików, wykonane z popularnych amerykańskich pianek marshmallows. Dla mnie zazwyczaj za słodkie, ale jak widzę takie w kształcie jajek, oblane czekoladą i zapakowane w tradycyjne wytłoczki do jajek, to nie mogę się oprzeć pokusie. Jeśli wierzyć internetowi, każdego roku produkowane są 2 miliardy tych łakoci, z czego 75% specjalnie na Wielkanoc. Co również ciekawe w temacie słodyczy- Wielkanoc jest drugim (zaraz po Halloween) świętem pod względem liczby sprzedawanych słodkości.

fot.

Easter Parade

Jak już niejednokrotnie stwierdzałam na blogu, parady to specjalność Amerykanów- organizują je dosłownie na każdą możliwą okazję! Nie mogłoby się więc obyć także bez parady wielkanocnej. Największa i najbardziej znana odbywa się w Nowym Jorku (w tym roku 16 kwietnia) i przechodzi przez 5th Avenue. Parada nie ma znaczenia religijnego, jest raczej pretekstem do zabawy i... założenia gustownego bądź zabawnego nakrycia głowy!

fot.1 fot.2 fot.3 fot.4

Jak widzicie, amerykańskie tradycje wielkanocne niewiele mają wspólnego z religią, a raczej z zabawą i wspólnym spędzaniem czasu. Jak dla mnie ogólnie super, choć i tak żadne 'peepsy' nie zastąpią prawdziwego, babcinego żurku, a żadna parada Lanego Poniedziałku. I czasem nachodzi mnie, Polkę, taka refleksja, ze to niesamowicie dziwne, że większość świąt, uroczystości i zwyczajów pozbawiona jest w Ameryce jakiejś takiej głębi i większego znaczenia. Bo wiadomo, w Polsce każde święto to czas refleksji, a symbolika jest tak bogata, że mało kto ją całą ogarnia. W Ameryce liczy się zabawa. I sama nie wiem, czy któraś opcja jest lepsza od drugiej, może właśnie ta inność i różnorodność jest fajna i potrzebna?

A jak Wam się podobają amerykańskie zwyczaje wielkanocne?

Jesteś ciekaw, jak wygląda oryginalny obraz? Pisałam o nim TUTAJ. (fot.)

4/01/2017

Marcowe migawki

Marcowe migawki
     Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale ostatnio każdy miesiąc mija mi tak szybko, że ledwo nadążam zmieniać kartki w kalendarzu. Wciąż przybywa mi różnych obowiązków, co mnie właściwie cieszy, bo wiele się dzieje, ale jednocześnie wypatruję połowy maja, kiedy skończy się semestr i w końcu będę mogła na kilka miesięcy zapomnieć o szkole!

Szczęśliwie nastał kwiecień (który mam nadzieję przyniesie jak najwięcej słońca), a to oznacza, że czas na podsumowanie marca. Nie przedłużając- zapraszam.

fot.
-> Pod koniec lutego, rzutem na taśmę napisałam post o gali rozdania Oscarów. Wspomniałam tam między innymi o Garym z Chicago, przypadkowym turyście w Los Angeles, który zrobił furorę na uroczystości i o którym huczał internet. Jak się okazało kilka dni później, ów Gary raptem 3 dni przed rozdaniem Oscarów wyszedł z więzięnia po 20-letnim wyroku pozbawienia wolności, ponoć za kradzież perfum i próbę gwałtu. Coś mi nie gra w tej historii, ale internet miał pożywkę na kolejnych kilka dni.


-> 4 marca Chicago obchodziło swoje 180. urodziny! Przy europejskich miastach nie robi to wrażenia, ale jak na amerykańskie warunki jest to całkiem zacny wynik.

-> Na czasową wystawę do Art Institute prosto z Paryża przybył obraz "Matka Whistlera". Tytuł może niewiele Wam mówi, ale pewnie kojarzycie go z filmu "Jaś Fasola. Nadciąga totalny kataklizm". Nie mogłam sobie odmówić wizyty na wystawie, jak i na prelekcji poświęconej obrazowi i jego autorowi. Co mnie najbardziej urzekło, to fakt, że James Whistler był nie lada lekkoduchem i kobieciarzem, a jednocześnie tyle uwagi poświęcał swojej matce!


-> 17 marca przypada Dzień Świętego Patryka, który w Chicago, ze względu na ogromną mniejszość irlandzką, jest bardzo hucznie obchodzony. Jak co roku odbyło się farbowanie rzeki, ulicami przeszła parada, a w barach przez cały tydzień litrami lało się zielone piwo. Do farbowania rzeki na zielono z okazji Dnia Św. Patryka chicagowianie już zdążyli przywyknąć, inne kolory i okazje są wciąż rzadkością. Ostatnia okazja była w listopadzie, kiedy Chicago Cubs zdobyli mistrzostwo World Series po trwającej ponad 100 lat fatalnej passie. Wówczas rzeka przybrała barwę klubu, tzw. "Cubbie Blue". A Wam, który kolor bardziej przypadł do gustu? 


-> Miniony miesiąc przyniósł nam prawdziwą pogodową karuzelę. Już myśleliśmy, że lada dzień będziemy jeździć na plażę, gdy pewnego dnia zastał nas taki widok:

Mam nadzieję, że była to już ostatnia zimowa czkawka... Nie wiem tylko dlaczego to zdjęcie dostało tak wiele polubień na FB, czyżbyście lubili moją udrękę? :D

-> Owy powrót zimy nie był jedynym powodem mojego złamanego serca w ostatnich tygodniach. Okazało się bowiem, że mój ukochany HIM kończy karierę i rusza w pożegnalną trasę koncertową. 

-> Wybrałam się na koncert Kings of Leon. I jakoś tak... obyło się bez emocji. Koncert poprawny, zagrane zostało wszystko co powinno zostać zagrane i chyba tyle mam na ten temat do powiedzenia. Czuję się lekko rozczarowana.

-> Willis Tower, najwyższy budynek w Chicago ze słynnymi szklanymi balkonami, doczeka się prawdopodobnie kolejnej atrakcji- szklanych, zewnętrznych schodów. To będzie coś!


-> W marcu na blogu pojawiły się cztery posty, w tym na przykład post o najciekawszych obrazach w Art Institute czy wspomnienie mojego pierwszego dnia na emigracji. Jednak największym zainteresowaniem cieszył się quiz o Chicago, który specjalnie dla Was przygotowałam. Nie chciałabym zbyt wiele analizować owego quizu, żeby nie psuć zabawy osobom, które dopiero do niego dołączą. Zdradzę tylko, że na chwilę obecną średni wynik to 71%, a najtrudniejszymi pytaniami okazały się te o linie metra, turystów i rzeźbę Magdy Abakanowicz. Za to najmniej problemów sprawiły pytania o stan, jezioro i przydomek Chicago. Żadne pytanie nie uzyskało 100% poprawnych odpowiedzi! Mam wrażenie, że quiz przypadł Wam do gustu. Co powiecie na podobne zabawy na blogu raz na jakiś czas? :)

http://za-oceanem.blogspot.com/2017/03/jak-dobrze-znasz-chicago-szybki-quiz.html

I tak mniej więcej minął mój marzec w Chicago. A co tam u Was słychać?

3/26/2017

Jak dobrze znasz Chicago? Szybki quiz!

Jak dobrze znasz Chicago? Szybki quiz!
    Dziś przygotowałam dla Was krótki quiz o Chicago. Bez zbędnego pisania, zapraszam do zabawy, wystarczy kliknąć w zdjęcie! Myślę, że stałych Czytelników żadne pytanie nie powinno zaskoczyć choć przyznaję, że pytania są na bardzo zróżnicowanym poziomie :)

https://www.qzzr.com/c/quiz/388005/jak-dobrze-znasz-chicago

Dajcie znać, jak Wam poszło! 


3/24/2017

Mój pierwszy dzień na emigracji

Mój pierwszy dzień na emigracji
     Kiedy myślę o moim pierwszym dniu na emigracji, to tak naprawdę myślę o dwóch dniach na przestrzeni kilku lat. Jeden to mój pierwszy dzień na amerykańskiej ziemi, a drugi to pierwszy dzień rzeczywistej emigracji. Opowiem Wam dziś trochę o moich wspomnieniach z tamtych czasów, a na dokładkę pokażę kilka zdjęć z mojego "pierwszego razu" z Ameryką, kiedy byłam 8 lat młodsza i dobrych kilka kilo mniejsza.

Wyspa Muzeów, w tle panorama Chicago i Shedd Aquarium

     Pierwszy z dni mojej emigracji to gorący dzień z początku lipca 2009 roku. To wtedy nie tylko po raz pierwszy w życiu leciałam samolotem, ale także po raz pierwszy przyleciałam do Stanów Zjednoczonych. Do Wietrznego Miasta- Chicago. Moja wiedza o Chicago była w tamtym czasie bardzo znikoma- miasto kojarzyło mi się z szarością, brudnymi ulicami i dużą Polonią. Leciałam tu absolutnie bez żadnych oczekiwań co do kraju, jedynie na wakacje do mojego ówczesnego chłopaka (obecnie męża), który wyemigrował tu kilka miesięcy wcześniej. 
     Kiedy myślę o tamtym dniu, na myśl przychodzą mi trzy momenty. Po pierwsze- rozmowa z urzędnikiem emigracyjnym na lotnisku. Pamiętam, że miałam przeczucie, że jest on Polakiem, ale mimo wszystko rozmawialiśmy po angielsku. Ok, muszę doprecyzować: "rozmawialiśmy" to powiedzenie bardzo na wyrost, gdyż w tamtym czasie mój angielski był bardzo, hmm, umowny. Nasza rozmowa była więc częściowo po angielsku, częściowo po francusku, a częściowo na migi. Kiedy teraz o tym myślę, nie mogę powstrzymać uśmiechu. I od razu na myśl przychodzi mi inna sytuacja, z któregoś z moich kolejnych lądowań w Chicago. W kolejce przede mną stał mężczyzna w średnim wieku i mniej więcej słyszałam jego rozmowę z urzędnikiem. Pamiętam, że ów mężczyzna został zapytany po angielsku o to, do kogo przyleciał. Pytanie zrozumiał, ale najwyraźniej nie wiedział jak na nie odpowiedzieć po angielsku, więc bardzo wyraźnie i głośno odpowiedział po polsku: "Do zięcia. ZIĘĆ. Mąż córki- ZIĘĆ". O tak, teraz na pewno urzędnik zrozumiał ;)

Downtown

      Drugie wspomnienie z tamtego dnia to moment kiedy wyszłam z lotniska i pierwsze co mnie uderzyło to fala gorąca. Lata w Chicago potrafią być niesamowicie upalne i duszne i tamten dzień taki właśnie był. Dla mnie rewelacja.
     I w końcu ostatnie wspomnienie z tamtego dnia, o którym już kiedyś tu wspominałam. Jechaliśmy z Danielem do polonijnego biura podróży Rek Travel, żeby dowiedzieć się o ich ofertę wycieczkową. I kiedy staliśmy na światłach, naszą drogę przeciął starszy mężczyzna na rowerze, który tuż przed naszym autem zatrzymał się, by odharknąć i splunąć na ziemię. Nie był to widok pasujący do wyobrażenia o wielkiej, potężnej Ameryce.

Wyspa Muzeów, tuż przy Adler Planetarium

     Mimo że nie był to technicznie mój pierwszy dzień emigracji, to chyba jednak on wykuł się najbardziej w mojej pamięci. To wtedy zaczęło się moje poznawanie kraju, w którym kilka lat później przyszło mi zamieszkać. To własnie wtedy, latem 2009 roku, po raz pierwszy przyszło mi skonfrontować moje mgliste wyobrażenia o Ameryce z rzeczywistością. 

     Z mojego prawdziwego pierwszego dnia na emigracji niewiele pamiętam, chyba byłam w zbyt dużym szoku, że to "już-TEN-dzień". Najmocniejsze wspomnienie- znów to uderzenie gorąca, kiedy wyszłam z lotniska. Wprawdzie był to koniec sierpnia, ale letnia aura wciąż pozostawała bardzo silna. Pamiętam też, że byłam wtedy całkowicie rozdarta emocjonalnie. O ile przy wsześniejszych pobytach w Chicago cieszyłam się z tego, że mogę poznawać nowy kraj czy spędzać czas z Danielem, o tyle mojego pierwszego dnia prawdziwej emigracji poczułam się w emocjonalnym rozkroku. Od tamtego dnia przez kilka kolejnych miesięcy biłam się z myślami czy powinnam zostać w USA, czy może wrócić do Polski, do mojej rodziny, przyjaciół i dotychczasowego życia. Stany Zjednoczone nigdy w pełni nie były krajem mojego wyboru, raczej wyborem losu, z którym ja zdecydowałam się żyć. 

Plaża przy Montrose. Super miejsce na letni spacer.

    Pomimo moich początkowych rozterek, które pomimo kolejnych lat emigracji wciąż się pojawiają, nie żałuję decyzji o przeprowadzce do USA. Miałam cały ocean trudnych chwil, wątpliwości i załamań, ale mimo wszystko bardziej pamiętam te dobre momenty- przede wszystkim podróże i spotkanych na mojej drodze ludzi, ale także pierwsze kontakty z amerykańską kulturą, kuchnią i rzeczywistością, które często przyprawiały mnie o zdziwienie i uśmiech. A czy za kolejnych pięć lat będę pisała ze Stanów, Polski, czy jeszcze innego zakątka? Czas pokaże.

     Emigranci, a jak Wy wspominacie swoje pierwsze dni w nowym kraju?

--- Dzisiejszy post powstał w ramach wiosennego projketu Klubu Polki na Obczyźnie. Wrażenia innych klubowiczek z ich pierwszych dni na emigracji możecie przeczytać TUTAJ. ---



Popularne posty

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger