3/24/2017

Mój pierwszy dzień na emigracji

Mój pierwszy dzień na emigracji
     Kiedy myślę o moim pierwszym dniu na emigracji, to tak naprawdę myślę o dwóch dniach na przestrzeni kilku lat. Jeden to mój pierwszy dzień na amerykańskiej ziemi, a drugi to pierwszy dzień rzeczywistej emigracji. Opowiem Wam dziś trochę o moich wspomnieniach z tamtych czasów, a na dokładkę pokażę kilka zdjęć z mojego "pierwszego razu" z Ameryką, kiedy byłam 8 lat młodsza i dobrych kilka kilo mniejsza.

Wyspa Muzeów, w tle panorama Chicago i Shedd Aquarium

     Pierwszy z dni mojej emigracji to gorący dzień z początku lipca 2009 roku. To wtedy nie tylko po raz pierwszy w życiu leciałam samolotem, ale także po raz pierwszy przyleciałam do Stanów Zjednoczonych. Do Wietrznego Miasta- Chicago. Moja wiedza o Chicago była w tamtym czasie bardzo znikoma- miasto kojarzyło mi się z szarością, brudnymi ulicami i dużą Polonią. Leciałam tu absolutnie bez żadnych oczekiwań co do kraju, jedynie na wakacje do mojego ówczesnego chłopaka (obecnie męża), który wyemigrował tu kilka miesięcy wcześniej. 
     Kiedy myślę o tamtym dniu, na myśl przychodzą mi trzy momenty. Po pierwsze- rozmowa z urzędnikiem emigracyjnym na lotnisku. Pamiętam, że miałam przeczucie, że jest on Polakiem, ale mimo wszystko rozmawialiśmy po angielsku. Ok, muszę doprecyzować: "rozmawialiśmy" to powiedzenie bardzo na wyrost, gdyż w tamtym czasie mój angielski był bardzo, hmm, umowny. Nasza rozmowa była więc częściowo po angielsku, częściowo po francusku, a częściowo na migi. Kiedy teraz o tym myślę, nie mogę powstrzymać uśmiechu. I od razu na myśl przychodzi mi inna sytuacja, z któregoś z moich kolejnych lądowań w Chicago. W kolejce przede mną stał mężczyzna w średnim wieku i mniej więcej słyszałam jego rozmowę z urzędnikiem. Pamiętam, że ów mężczyzna został zapytany po angielsku o to, do kogo przyleciał. Pytanie zrozumiał, ale najwyraźniej nie wiedział jak na nie odpowiedzieć po angielsku, więc bardzo wyraźnie i głośno odpowiedział po polsku: "Do zięcia. ZIĘĆ. Mąż córki- ZIĘĆ". O tak, teraz na pewno urzędnik zrozumiał ;)

Downtown

      Drugie wspomnienie z tamtego dnia to moment kiedy wyszłam z lotniska i pierwsze co mnie uderzyło to fala gorąca. Lata w Chicago potrafią być niesamowicie upalne i duszne i tamten dzień taki właśnie był. Dla mnie rewelacja.
     I w końcu ostatnie wspomnienie z tamtego dnia, o którym już kiedyś tu wspominałam. Jechaliśmy z Danielem do polonijnego biura podróży Rek Travel, żeby dowiedzieć się o ich ofertę wycieczkową. I kiedy staliśmy na światłach, naszą drogę przeciął starszy mężczyzna na rowerze, który tuż przed naszym autem zatrzymał się, by odharknąć i splunąć na ziemię. Nie był to widok pasujący do wyobrażenia o wielkiej, potężnej Ameryce.

Wyspa Muzeów, tuż przy Adler Planetarium

     Mimo że nie był to technicznie mój pierwszy dzień emigracji, to chyba jednak on wykuł się najbardziej w mojej pamięci. To wtedy zaczęło się moje poznawanie kraju, w którym kilka lat później przyszło mi zamieszkać. To własnie wtedy, latem 2009 roku, po raz pierwszy przyszło mi skonfrontować moje mgliste wyobrażenia o Ameryce z rzeczywistością. 

     Z mojego prawdziwego pierwszego dnia na emigracji niewiele pamiętam, chyba byłam w zbyt dużym szoku, że to "już-TEN-dzień". Najmocniejsze wspomnienie- znów to uderzenie gorąca, kiedy wyszłam z lotniska. Wprawdzie był to koniec sierpnia, ale letnia aura wciąż pozostawała bardzo silna. Pamiętam też, że byłam wtedy całkowicie rozdarta emocjonalnie. O ile przy wsześniejszych pobytach w Chicago cieszyłam się z tego, że mogę poznawać nowy kraj czy spędzać czas z Danielem, o tyle mojego pierwszego dnia prawdziwej emigracji poczułam się w emocjonalnym rozkroku. Od tamtego dnia przez kilka kolejnych miesięcy biłam się z myślami czy powinnam zostać w USA, czy może wrócić do Polski, do mojej rodziny, przyjaciół i dotychczasowego życia. Stany Zjednoczone nigdy w pełni nie były krajem mojego wyboru, raczej wyborem losu, z którym ja zdecydowałam się żyć. 

Plaża przy Montrose. Super miejsce na letni spacer.

    Pomimo moich początkowych rozterek, które pomimo kolejnych lat emigracji wciąż się pojawiają, nie żałuję decyzji o przeprowadzce do USA. Miałam cały ocean trudnych chwil, wątpliwości i załamań, ale mimo wszystko bardziej pamiętam te dobre momenty- przede wszystkim podróże i spotkanych na mojej drodze ludzi, ale także pierwsze kontakty z amerykańską kulturą, kuchnią i rzeczywistością, które często przyprawiały mnie o zdziwienie i uśmiech. A czy za kolejnych pięć lat będę pisała ze Stanów, Polski, czy jeszcze innego zakątka? Czas pokaże.

     Emigranci, a jak Wy wspominacie swoje pierwsze dni w nowym kraju?

--- Dzisiejszy post powstał w ramach wiosennego projketu Klubu Polki na Obczyźnie. Wrażenia innych klubowiczek z ich pierwszych dni na emigracji możecie przeczytać TUTAJ. ---



3/07/2017

Art Institute na skróty. 10 najciekawszych obrazów.

Art Institute na skróty. 10 najciekawszych obrazów.
     Jednym z ogromnych plusów Chicago jest liczba miejskich muzeów i obiektów, które gromadzą niesamowicie interesujące zbiory. Jest na przykład Field Museum, w którym podziwiać można szkielety dinozaurów. Jest Adler Planetarium, z którego patrzeć można na Drogę Mleczną. Jest Shedd Aquarium, w którego zbiornikach znajdują się stworzenia z wód całego świata. I jest w końcu moje ulubione muzeum- Art Institute, które uwielbiam odwiedzać i o którym właśnie dziś Wam opowiem.


     Chicagowskie muzeum sztuki powstało w 1879 roku i obecnie jest drugim co do wielkości muzeum sztuki w Stanach Zjednoczonych (po nowojorskim Metropolitam Museum of Art) oraz dziesiątym na świecie. Znane jest przede wszystkim ze zbiorów sztuki amerykańskiej oraz ogromnych zbiorów sztuki europejskiej, w tym największego poza Francją zbioru prac impresjonistycznych i postimpresjonistycznych. Tak naprawdę, chyba każdy może znaleźć tutaj coś dla siebie- jest zarówno sztuka starożytna, jak i nowoczesna; azjatycka, jak i afrykańska; jest zarówno malarstwo, jak i rzeźba i elementy architektury. 260 tysięcy eksponatów- robi wrażenie!


     Jeśli mieszkasz w Chicago, to zachęcam poznawać Art Institute systematycznie- nie rzucać się od razu na całość, gdyż może przytłoczyć, ale wybrać się tam kilka razy za każdą wizytą wybierając inną wystawę. Dobrze jest czasem usiąść na ławce w którymś z pokoi i zwyczajnie pogapić się na spokojnie w obraz przed sobą. Nawet jeśli nie znasz się jakoś specjalnie na historii sztuki, to zapewne całkiem swojsko poczujesz się wśród takich twórców jak Rembrandt, Caravaggio, Degas, Monet, Picasso, czy Dali.
Jeśli natomiast jesteś turystą, to doskonale wiem, jak ograniczać potrafi czas. I to właśnie głównie z tą myślą przygotowałam poniższe subiektywno-obiektywne zestawienie 10 obrazów "must-see" w Art Institute. Wybrałam takie pozycje, które najbardziej kojarzą się z chicagowskim muzeum sztuki lub są wyjątkowe dla mnie. Jeśli masz tylko godzinkę na zwiedzenie muzeum albo nie interesuje Cię specjalnie sztuka, ale przecież selfiaczek i "check-in" na fejsie musi być, żeby zwiedzanie się liczyło, to poniższe propozycje zdecydowanie powinny dać namiastkę tego, co kryje się w galeriach i krętych pokojach Art Institute. 
A być może wcale nie wybierasz się do Chicago. Tym bardziej zostań tu jeszcze chwilę i chodź na krótki spacer po Art Institute.

Grant Wood American Gothic, 1930

Obraz ten to jeden z symboli zbiorów Art Institute i jednocześnie ikona malarstwa amerykańskiego. Przedstawia farmera i prawdopodobnie jego żonę bądź córkę. Ciekawostka- dom w tle istnieje naprawdę i można go oglądać (niestety tylko z zewnątrz) w miasteczku Eldon w stanie Iowa. Ponoć w tamtejszej informacji turystycznej można nawet nabyć akcesoria, by odpowiednio pozować do zdjęcia przed domem.  Obraz doczekał się tak wielu odniesień w pop-kulturze, że jestem przekonana, że nawet jeśli ktoś nie kojarzy oryginału, to od razu skojarzył sobie jakąś z prac nim zainspirowanych.
(Obecnie- do lata 2017- obraz jest wypożyczony do Royal Academy w Londynie i nie można go podziwiać w Art Institute)


Edward Hopper Nighthawks, 1942

Niesamowicie smutny i melancholijny moim zdaniem obraz, przedstawiający samotność w wielkim mieście. Powstał krótko po ataku na Pearl Harbor i według niektórych ukazuje emocje, jakie towarzyszyły Amerykanom po tym właśnie wydarzeniu. Ciekawostka- został nabyty przez Art Institute za 3 tysiące dolarów. W tamtych czasach na pewno znaczyło to więcej niż dzisiaj, ale i tak była to dobra cena za kolejny symbol sztuki amerykańskiej XX wieku.



Georges Seurat A Sunday on La Grande Jatte, 1884

Jeden z najbardziej znanych obrazów francuskiego impresjonizmu i kolejny, który doczekał się wielu odniesień w kulturze. Oto przenosimy się w spokojny klimat niedzieli na francuskiej wysepce. Jest to również jeden z obrazów najlepiej prezentujących technikę pointylizmu, tak ukochaną przez francuskich neoimpresjonistów. Co mnie zaskoczyło gdy zobaczyłam to dzieło po raz pierwszy, to jego rozmiar. Wiecie, jak przegląda się reprodukcje obrazów w albumach, niekoniecznie zwraca się uwagę na wymiary. A kiedy potem wchodzi się do muzeum i okazuje się, że obraz zajmuje pół ściany, to naprawdę można się zdziwić.




Gustave Caillebotte Paris Street; Rainy Day, 1877

Deszczowa ulica Paryża to chyba najbardziej znany obraz Caillebotte'a. Mimo że autor żył bardzo blisko z impresjonistami, to jego obraz bardziej uśmiecha się do realistów. Spójrzcie na te mokre kamienie i czarną woalkę!



Vincent Van Gogh The Bedroom, 1889

Chicagowska Sypialnia to druga z trzech wersji obrazu przedstawiającego sypialnię Van Gogha w prowansalskim Arles. W zeszłym roku Art Institute przygotowało bardzo interesującą wystawę, na której podziwiać można było wszystkie 3 wersje: poza chicagowską, także holenderską i francuską. Wystawa trwała kilka miesięcy i przez cały ten czas cieszyła się niesłabnącym zainteresowaniem chicagowian! Niestety, skoro wcześniej Chicago wypożyczyło dwa obrazy, to teraz samo musiało wysłać Sypialnię i przez kilka miesięcy nie nie była ona dostępna dla zwiedzających Art Institute (wraca prawdopodobnie już w przyszłym miesiącu!).


Wszystkie 3 wersje Sypialni na wystawie w 2016 roku
Nie chcę, aby połowę tego zestawienia zajmował Van Gogh (choć śmiało by mógł!), dlatego już tylko szybciutko zwrócę uwagę jeszcze na dwa jego obrazy w zbiorach Art Institute: Autoportret i The Drinkers. Szczególnie ten drugi jest interesujący, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie, jak w tamtych czasach popularny był absynt :)


Claude Monet Water Lily Pond, 1900

Zaryzykuję stwierdzenie, że Claude Monet jest jednym z najbardziej znanych impresjonistów. A akurat ten obraz kojarzy mi się bardzo dobrze i pamiętam go jeszcze z lekcji plastyki w podstawówce. Lubię jego sielski klimat, a jak widać na zdjęciu poniżej, chyba całkiem miło jest przy nim odpocząć.



Kazimierz Malewicz Painterly Realism of a Football Player - Color Masses in the 4th Dimension, 1915

Nie dajcie się zmylić opisowi obrazu w muzeum! Sugeruje on, że Malewicz był urodzonym na Ukrainie Rosjaninem, a przecież my doskonale wiemy, że to był Polak! Nie mam pewności, ale możliwe, że to jedyny polski akcent, a napewno jeden z niewielu, w Art Institute. Malewicz znany jest głównie jako twórca suprematyzmu, czyli nurtu dążącego do oderwania sztuki od rzeczywistości i uproszczenia form. Poniższy piłkarz to idealny przykład.


Jackson Pollock Greyed Rainbow, 1953

Może wyjdę na ignorantkę, ale nie jestem fanką sztuki abstrakcyjnej- zwyczajnie nie przekonuje mnie "twórczość" typu zielony kwadrat na zielonym tle czy przypadkowo skomponowane linie. Ale skoro ktoś jest autorem jednego z najdroższych obrazów świata, to warto zobaczyć jego inne prace.


El Greco The Assumption of the Virgin, 1577-79

Lubię El Greco. Tworzył w epoce manieryzmu, czyli pomiędzy renesansem a barokiem, ale mam wrażenie, że w spojrzeniu na kolory daleko wyprzedzał swoje czasy. W Art Institute znajduje się kilka jego obrazów, ale Wniebowzięcie Marii jest zdecydowanie najbardziej imponującym, także ze względu na rozmiary- 228x401 cm!



William Turner Fishing Boats with Hucksters Bargaining for Fish, 1837-38

I na koniec jeden z moich absolutnie ulubionych obrazów w Art Institute- dynamiczny i pełen niepokoju. Z pewnością mogłabym powiesić go w swoim domu, gdybym tylko znalazła miejsce ;) Swoją drogą, William Turner był dość monotematycznym twórcą (ogromna część jego dzieł to mariny), a przy okazji niesamowicie płodnym artystą- zostawił po sobie prawie 30 tysięcy prac! Okej, większość to "tylko" szkice, ale mimo wszystko robi wrażenie.





Jak Wam się podobał ten wirtualny spacer? A może sami mieliście okazję odwiedzić Art Institute i coś szczególnie przykuło Waszą uwagę?


3/03/2017

Styczniowo-lutowe migawki

Styczniowo-lutowe migawki
    Ponieważ styczeń i luty były u mnie bardzo intensywne i zarówno opisanie wszystkiego, jak i potem przeczytanie, byłoby czasochłonne, to postanowiłam lekko zmienić formułę migawek. Zamiast tradycyjnej opowiastki, ostatnie dwa miesiące mojego życia przedstawiłam Wam w kilkunastu fotografiach z krótkimi opisami. Miłego oglądania!

Migawki zacznę od chyba najbardziej lubianego zdjęcia na FB w ostatnich 2 miesiącach- spojrzenie na Chicago z Marina Tower. Miasto szkła i mostów- tak podpisałam to zdjęcie. Zwróćcie uwagę, jak spokojna jest rzeka! Taki widok tylko zimą, latem na wodzie panuje niesamowity ruch- łódki, statki wyczieczkowe, kajaki... dzieje się! Już niedługo :)

W styczniu ruszyłam z cotygodniowymi felietonami dla Radia Deon. Moich krótkich opowieści o Chicago możecie posłuchać w cyklu Chicago na Skróty w każdy czwartek o 9.20 rano albo na stronie Radia.

Na początku stycznia zaczęłam eksperymentować z naturalnymi, domowymi kosmetykami. W ruch poszły przede wszystkim soda oczyszczona, olej kokosowy i olejki eteryczne. Na plus zdecydowanie antyperspirant i pasta do zębów, pozostałe trochę gorzej. Jeśli macie jakieś swoje sprawdzone przepisy na dowolne domowe kosmetyki- dajcie znać!
Na FB informowałam, że zaczął mi się wyjątkowo ciężki semestr i do połowy maja nie wiem jak będzie z moją blogową aktywnością. Okazało się, że pomimo nawału obowiązków, nie było tak źle z postami. Powyższe zdjęcie to przykład tego, jak ostatnio wygląda mniej więcej mój każdy tydzień szkolny. Dobra organizacja to podstawa przy 19 godzinach kredytowych...
Na początku stycznia podzieliłam się z Wami takim oto zdjęciem. Faktycznie, przez kilka dni mieliśmy trochę mrozów, co widać po stanie rzeki (imponujące ujęcie!), ale mimo wszystko zima była wyjątkowo łagodna- Chicago pobiło 146-letni rekord w ilości śniegu, jaka spadła w styczniu i lutym- wskaźniki były niemal zerowe! Jak pamiętacie moje relacje z innych zim, to zdecydowanie mogłoby być duuużo gorzej! Spójrzcie chociażby TUTAJ.

Pozostając w temacie pogody i wyjątkowo ciepłej zimy, to spójrzcie tylko jak ciepłe dni mieliśmy w połowie lutego! Czasem można było nawet usiąść w krótkim rękawku na ogrodzie i złapać trochę słońca. Cudownie! Niestety, zaczął się marzec i... wróciła (przyszła?) zima!
Mieliśmy okazję uczestniczyć w chrzcinach. W USA wszelkie uroczystości skupiają się przede wszystkim na imprezach, a nie na samych spotkaniach w kościele. A ponieważ były to polskie chrzciny, to mogliśmy skosztować takich oto specjałów prosto od Górali!
Kontynuując temat jedzenia- takie cuda językowe tylko w polskich sklepach w Chicago :) #polskitakitrudny #ponglish
Do polskich sklepów przyszły już dekoracje wielkanocne. Urzekły mnie te kolorowe pisanki. Polski folklor zdecydowanie jest tym, co bardzo lubię! A pisanki w lutym- kto by się tam przejmował, że za wcześnie!
Styl wiktoriański w dzielnicy Logan Square. Deszczowa aura, więc zdjęcie trochę smutne, ale domy mimo wszystko przepiękne. Jeśli jesteście ciekawi wnętrz, to znalazłam zdjęcia z tego różowego domu TUTAJ.
Na początku lutego nad Chicago spadł meteoryt! Zupełnie niespodziewanie, bo nikt go wcześniej nie wyłapał. Szczęśliwie, najprawdopodobniej wpadł do jeziora, bo nie odnotowano żadnych strat. Więcej informacji i nagrania spadającego meteorytu TUTAJ.
Miałam okazję wybrac się do chicagowskiej biblioteki prawniczej. Niesamowite zbiory! Kiedy patrzyłam na te wysokie regały uginające się od starych woluminów, czułam się trochę... jak w świecie Harry'ego Pottera!
W minionym miesiącu wypadło 10 lat, odkąd jesteśmy razem z moim mężem. Z tej okazji Daniel postanowił, że przez 10 tygodni będzie mnie obsypywał kwiatami. No to mam! Cudowne uczucie! Szkoda, że tylko co dziesięć lat ;)
Wybraliśmy się w końcu do Qulinarni, o której słyszałam już wiele dobrego. I nie zawiodłam się! Nowoczesna kuchnia polska- tego można spodziewać się po menu. Jest naprawdę przepysznie! Fotografowanie jedzenia raczej nie jest moją mocną stroną, ale wierzcie mi- dania były również bardzo pięknie podane! Na zdjęciach- sałatka z łososiem, jesiotr z dodatkami (puree z pasternaka wymiata!), policzki cielęce i na deser mus czekoladowy z bezą i owocami. Polecam!
I na koniec interesująca grafika- jaki język jest najpopularniejszy w każdym stanie poza angielskim i hiszpańskim. Illinois nie zaskakuje!

W lutym wrzuciłam film na YouTube- relację z chicagowskiego Auto Show. Jakie będzie moje następne auto? O tym poniżej!


I to tyle na dzisiaj. A jak Wam minęły ostatnie tygodnie?

2/27/2017

8 najciekawszych momentów Oscarów 2017

8 najciekawszych momentów Oscarów 2017
      W momencie, kiedy piszę tego posta, jesteśmy raptem kilkanaście godzin po zakończeniu Oscarowej gali. Działo się wiele i w moim odczuciu była to wyjątkowo udana impreza, pomimo pewnej dużej wpadki, o czym za chwilę. Dziś postanowiłam skrócić kilka elementów wczorajszej gali, o których wyjątkowo dużo mówi się w amerykańskich mediach (a niekoniecznie w polskich), a także takich, które interesujące wydały się dla mnie. Zapraszam!


1. Jimmy Kimmel

Jimmy Kimmel to amerykański producent, prezenter i osobowość telewizyjna, a także gospodarz wczorajszej gali. W amerykańskich mediach trwa aktualnie dyskusja, czy w kilku momentach nie przesadził ze swoimi żartami (na przykład żartując z "dziwnie" brzmiących imion)- wiadomo, ta słynna amerykańska poprawność, której szczerze nie trawię. Przyznam, że Jimmy'ego nie znałam jakoś specjalnie przed wczorajszą galą, ale jego styl prowadzenia wieczoru spodobał mi się bardzo! Z pewnością jeszcze przez chwilę w mediach komentowany będzie jego "konflikt" z Mattem Damonem, spadochrony z cukierkami i tweety na żywo do Prezydenta Trumpa.



2. Internetowe trolle

Nawet największe gwiazdy kina muszą od czasu do czasu zmierzyć się z internetowymi trollami piszącymi złośliwe komentarze. Jak reagują? Zobaczcie poniżej!



3. Błękitne wstążeczki

Jak pewnie mieliście okazję zauważyć, niektórzy goście przypięli do swoich strojów błękitne wstążeczki z napisem ACLU. Był to wyraz wsparcia dla organizacji broniącej praw obywatelskich zapisanych w Konstytucji USA i jednocześnie sprzeciw wobec polityki Donalda Trumpa, między innymi głośnego niedawno zakazu wstępu na teren Stanów Zjednoczonych dla obywateli siedmiu krajów muzułmańskich.


4. Oświadczenie Asghara Farhadi

Owa polityka Donalda Trumpa poskutkowała nie tylko błękitnymi wstążkami, ale także oświadczeniem Asghara Farhadi'ego. Farhadi to irański reżyser, który w tym roku otrzymał Oscara za najlepszy film obcojęzyczny- "The Salesman". Farhadi odmówił jednak udziału we wczorajszej uroczystości i jedynie odczytane zostało jego oświadczenie w tej sprawie.


5. Wspomnienie Andrzeja Wajdy

Podczas Oscarowej nocy nie zabrakło również momentów wzruszenia. Jednym z nich było tradycyjne wspomnienie osób zasłużonych dla filmu i kina, które odeszły w minionym roku. W pamiątkowym filmie pojawiło się również wspomnienie Andrzeja Wajdy.


6. Olśniewająca Emma Stone

Na czerwonym dywanie można było w tym roku zauważyć dwa dominujące trendy- panie przychodziły najczęściej ubrane albo w czarne, klasyczne kreacje, albo w jasne suknie ozdobione błyskotkami. W tym roku postanowiłam nie robić zestawienia najpiękniejszych kreacji, ale nie mogłabym nie napisać o Emmie Stone, która w swojej złotej kreacji wyglądała olśniewająco! A Oscar za najlepszą rolę kobiecą zdecydowanie idealnie dopełnił stylizację.


7. To kto wygrał?

Wpadka przy ogłaszaniu wyników zwycięskiego filmu jest oczywiście najgłośniej komentowanym momentem wczorajszej gali bez względu na szerokość geograficzną. Tak poważna pomyłka wydarzyła się w Oscarowej historii po raz pierwszy i zapewne jeszcze długo będziemy o niej słuchać, a dochodzenie kto zawinił i jak to w ogóle mogło się stać, będzie śledzone i komentowane. Z perspektywy widza całkiem fajnie, że w końcu wydarzyła się jakaś poważniejsza pomyłka, idealne zwieńczenie wieczoru :) I oczywiście gratulacje dla twórców "Moonlight"!



8. Gary z Chicago

Na sam koniec zostawiłam element, który wyjątkowo intensywnie przeżywany i komentowany jest w Chicago. Jak pamiętacie, grupa turystów zwiedzająca Los Angeles przeżyła wczoraj niesamowitą niespodziankę- zostali wprowadzeni na salę Oscarową i mogli przywitać się z gwiazdami kina. Wśród owych turystów znaleźli się Gary i Vicki z Chicago- narzeczeni, którzy według wielu osób skradli całe show! Chicagowska część Internetu zalana jest frazami typu "Kim jest Gary z Chicago?", Chicago Bulls już zapraszjają parę na swój mecz, a w najbliższym czasie pewnie każde lokalne show będzie gościło słynną parę. 



A jakie są Wasze wrażenia po Oscarowej gali? Oglądaliście? 
Co szczególnie przykuło Waszą uwagę?



2/23/2017

Co warto zjeść w Nowym Orleanie?

Co warto zjeść w Nowym Orleanie?
Kiedy ktoś pyta mnie, jakie miejsce w USA spodobało mi się najbardziej, odpowiadam bez wahania- Nowy Orlean! Mimo że od naszej podróży do NOLA minęły już dwa lata, wciąż jestem pod wielkim wrażeniem tego miasta. Jego specyficzny klimat, wszechobecna sztuka, historia- to wszystko utkwiło głęboko w moim sercu. A do tego niesamowita kuchnia! I o tej właśnie kuchni będzie dzisiejszy post.

Kuchnia Nowego Orleanu (podobnie jak całej Luizjany) jest bardzo specyficzna, zreszą jak całe miasto. Mieszają się w niej wpływy amerykańskie, francuskie, hiszpańskie, afrykańskie i karaibskie. Kuchnia cajun, kuchnia kreolska- tak bywa określana. Pamiętam, że kiedy jechaliśmy do Nowego Orleanu, naczytałam się wszędzie, że jest to kuchnia bardzo pikantna. Doprawiona- zdecydowanie tak, ale z tą pikantnością to bym jednak nie przesadzała. Dziś przygotowałam dla Was subiektywne zestawienie 8 potraw i produktów, które moim zdaniem zdecydowanie warto zjeść w Nowym Orleanie. Pewnie, nie musicie... ale nie mówcie wtedy, że jedliście w NOLA :D To zaczynamy!

1. Gumbo

Gumbo jest to rodzaj gęstej zupy, która swoje korzenie ma w XIX wieku w Luizjanie. Składa się z mięsa lub skorupiaków, a także warzyw typowych dla kuchni cajun- selera, papryki i cebuli. Do tego, w celu zagęszczenia- okra lub zasmażka. Podawana jest zazwyczaj z ryżem. W moim odczuciu jest to zupa dość ciężka, z bardzo intensywnym i charakterystycznym smakiem. Zdecydowanie w czołówce nowoorleańskich dań!


Jeśli dobrze pamiętam, powyższe zdjęcie gumbo pochodzi z restauracji Tableau, którą bardzo polecam. Wprawdzie obsługa jest dość opieszała, ale jedzenie przepyszne, a ponadto można usiąść na balkonie z widokiem na plac przed Katedrą św. Ludwika. Niesamowity klimat!



 2. Jambalaya

Jambalaya jest to danie, które nie ma jednego konkretnego przepisu. Składnik podstawowy i obowiązkowy to ryż, ale dodatki to już kwestia indywidualna. Mogą być warzywa, skorupiaki, kiełbasa andouille. Taka trochę paella, tyle że w wersji kreolskiej.

fot.
3. Po-boy

Filadelfia ma swój Philly Cheese Steak, Nowy Orlean ma Po-boya. Jest to kanapka podawana w bagietce, zazwyczaj z mięsem bądź owocami morza. Nie zachwycił mnie oryginalny Philly Cheese Steak, nie zachwycił mnie szczerze mówiąc również Po-boy. Ale jak się jest w Nowym Orleanie, to spróbować trzeba.


4. Grits

Grits to nic innego jak gęsto przyrządzona kasza kukurydziana. Nie jest to wprawdzie danie charakterystyczne typowo dla Luizjany, ale generalnie dla południa Stanów Zjednoczonych, wywodzące się jeszcze z kuchni Indian. Muszę jednak przyznać, że grits z owocami morza serwowany w Nowym Orleanie w moim odczuciu nie ma sobie równych!

fot.

5. Beignets

Nie można być w Nowym Orleanie i nie zjeść pączków (beignets) z Cafe du Monde. Po prostu nie można. Cafe du Monde to symbol Nowego Orleanu- kawiarnia otwarta w 1862 roku, działająca 24/7 i zamknięta tylko w Boże Narodzenie i podczas huraganów. Serwowany jest tam tylko jeden rodzaj pączków i kawa- zwykła i z mlekiem. Jak widzicie, menu jest więc skrajnie okrojone, a mimo to w sezonie trudno się tam dostać! Pączki są rzeczywiście smaczne, choć jest to smak, który z nam z Polski- z kuchni mojej babci. Kawa jak kawa, miłośnicy Starbucks raczej nie poczują się usatysfakcjonowani. Ale dla niesamowitego klimatu trzeba tam być!


6. Tabasco

Każdy zna ostry sos tabasco. Pochodzi on z Meksyku, ale od połowy XIX wieku nazwa ta zastrzeżona jest dla firmy z Luizjany. Kilka godzin jazdy od Nowego Orleanu znajduje się Avery Island, gdzie odbywa się produkcja sosu Tabasco. Oczywiście, w całym Nowym Orleanie można kupić całą paletę sosów. Tak, w liczbie mnogiej, bo jest ich całkiem sporo:


7. Praliny

Nowoorleańskie praliny to ręcznie robione ciastka, wykonane przede wszystkim z mleka, cukru i orzechów pekan. Można je spotkać w wielu punktach miasta i wszystkie są niesamowicie smaczne! Niestety też nie są najtańsze, ale niedługo planuję wypróbować kilka domowych przepisów, więc jak uda mi się osiągnąć smak z Nowego Orleanu, to dam znać.

fot.
8. Hurricane

Po całym dniu zwiedzania i obżarstwa, warto usiąść i wypić dobrego drinka. W tym temacie polecam Hurricane- typowego nowoorleańskiego drinka na bazie rumu. W temacie alkoholu muszę też dodać, że we French Quarter można zgodnie z prawem pić alkohol na ulicy. Dzięki temu, na każdym rogu można znależć bary, które oferują jelly shots i drinki na wynos. Nie bez powodu Nowy Orlean bywa nazywany Disneylandem dla dorosłych!

Mohito i Hurricane
Jeden z barów z drinkami na wynos. Nie widać tego na zdjęciu, ale jest otwarty na ulicę!


I to tyle jeśli chodzi o jedzenie, którego moim zdaniem warto spróbować będąc w Nowym Orleanie. Dajcie znać czy mieliście ochotę spróbować czegoś z listy! A może macie jeszcze inne propozycje dań, których nie można sobie odmówić w NOLA?



Więcej nowoorleańskich opowieści:

Popularne posty

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger