11/24/2019

Kroniki Policyjne: Dziwne przypadki Jussie Smolletta

Kroniki Policyjne: Dziwne przypadki Jussie Smolletta
     Chicago to istne miasto grzechu. Każdego dnia dochodzi tu do setek przestępstw: kradzieży, rozbojów, pobić, gwałtów, porwań, zabójstw... Z jednej strony nie dziwi to, patrząc na wielkość miasta. Ale z drugiej strony niektóre z tych przestępstw są albo tak zatrważające, albo tak kuriozalne, albo też tak zaskakujące, że aż proszą się, by poświęcić im więcej uwagi. Stąd też pomysł na serię "Kroniki Policyjne".

     Dziś opowiem Wam historię tak kuriozalną, że mimo iż nabrała ona całkiem sporego rozpędu i wciąż dzieją się w niej wręcz niewyobrażalne zwroty akcji, to spoglądam na nią z uśmiechem politowania, a słuchając o niej czuję przechodzące mnie ciarki żenady. Zapraszam do opowieści o dziwnych przypadkach Jussie Smolletta.


Napaść, która poruszyła Ameryką

     Nocą 29 stycznia 2019 roku Jussie Smollett, amerykański piosenkarz i aktor średnio-niskiego formatu (znany głównie z serialu "Imperium"), wychodził właśnie z Subway'a i zmierzał do swojego mieszkania w centrum Chicago, gdy napadło go dwóch białych mężczyzn. Fizyczny atak nastąpił w akompaniamencie rzucanych pod adresem Smolletta obelg o charakterze rasistowskim i homofobicznym (Jussie jest czarnoskórym gejem). Dało się również słyszeć wykrzykiwane przez napastników hasło "Make America Great Again", będące sloganem wyborczym Donalda Trumpa i obecnie często kojarzone z antyimigracyjnymi nastrojami w Stanach Zjednoczonych. Mężczyźni wylali również na swoją ofiarę dziwną substancję, po czym zbiegli.

    Tego samego ranka, po krótkiej hospitalizacji, Smollett został wypisany do domu w dobrym stanie ogólnym. Poza powyższą historią zeznał policji, że napaść odbyła się ewidentnie na podłożu nienawiści i mogła mieć związek z jego wcześniejszą krytyką administracji Trumpa.

    W świecie amerykańskich social media zawrzało. Liczni aktorzy i politycy z oburzeniem i współczuciem wypowiadali się o zaistniałej sytuacji, jednocześnie okazując wsparcie Smollettowi. W mediach rozgorzała dyskusja na temat aktualnej sytuacji w kraju i cichym zezwalaniu na mowę nienawiści. Jessie nie był jednak w pełni usatysfakcjonowany odzewem i miał nawet powiedzieć, że gdyby napastnikami byli Meksykanie, muzułmanie, albo czarnoskórzy, wówczas mniej osób miałoby tak sceptyczne nastawienie do jego historii.

    Poniżej możecie obejrzeć i posłuchać, jak przekonująco Jussie opowiadał o ataku w pierwszym wywiadzie po wydarzeniu:


   A to wszystko to dopiero początek...

Jak to właściwie było?

     Jako że napaść na Jussiego odbiła się tak głośnym echem w całym kraju, to chicagowska policja nie miała wyjścia- sprawą musiała się zająć. I tak oto przez kolejny miesiąc, stróże prawa przeglądali nagrania z monitoringu, analizowali dowody, przepytywali świadków i łączyli fakty. Do sprawy włączyło się również FBI.

     Jakież było zdziwienie opinii publicznej gdy w połowie lutego okazało się, że... całą napaść upozorował sam Jussie Smollett! Wynajął on w tym celu dwóch braci nigeryjskiego pochodzenia,  Abimbola ("Abel" lub "Bola") i Olabinjo ("Ola") Osundairo, których nota bene poznał na planie serialu "Imperium" i do których, podobno, od czasu do czasu pisał, by zdobyć różne narkotyki, wliczając w to ekstazy i kokainę. Na kilka dni przed "atakiem" Smollett dokładnie poinstruował "napastników" co mają robić i jakie hasła wykrzykiwać oraz wręczył im czek na $3,500 dolarów.

Bracia Osundairo
     Bracia Osundairo zostali zatrzymani przez odpowiednie służby na lotnisku, gdzie wybierali się do Nigerii (albo stamtąd wracali- w zależności od źródła). Swoimi zeznaniami uzupełnili dotychczasowe ustalenia policji i mimo że Jussie kategorycznie zaprzeczał tym doniesieniom podczas swoich przesłuchań, wkrótce został oskarżony o składanie fałszywych zeznań i upozorowanie napaści. Według ustaleń policji motywem aktora do upozorowania ataku na samego siebie było... niezadowolenie z dotychczasowej gaży na planie "Imperium" i chęć zdobycia rozgłosu, który to miałby mu przynieść wyższe zarobki.

Ekspresowy proces...

     Pomiędzy 20 lutego a 26 marca 2019 roku, Smollett zdążył zostać postawiony w stan oskarżenia i usłyszeć zarzuty składania policji fałszywych zeznań (jest to zbrodnia czwartego stopnia zagrożona karą 3 lat pozbawienia wolności), oddać się w ręce policji, wyjść za kaucją w wysokości 10 tysięcy dolarów zapłaconą przez jego przyjaciela (czyli raptem 10% z zażądanej przez sąd kwoty), aż w końcu pójść na ugodę, na mocy której wszystkie zarzuty przeciwko niemu zostały oddalone, a on w zamian zgodził się podarować zapłaconą wcześniej kaucję i odsłużyć 16 godzin prac społecznych.


     Opinią publiczną znowu zawrzało. Po pierwsze, jak to się stało, że proces aktora przebiegał tak ekspresowo? Czy celebryci mają inne prawa niż zwykli obywatele?- pytano. Po drugie, poruszyło się również środowisko prawnicze, przede wszystkim prokuratorskie. Izba Prokuratorów Stanu Illinois (IPBA) wydała nawet oficjalne oświadczenie podważające proces Smolletta i jego zakończenie, wskazując na różne naruszenia proceduralne i etyczne. (Kto ma ochotę poćwiczyć swój angielski język prawniczy, to całość oświadczenia można znaleźć TUTAJ). Również Federalne Biuro Śledcze postanowiło przyjrzeć się sprawie i zbadać, dlaczego zarzuty zostały tak szybko oddalone, ale jak do tej pory nie znam ich ustaleń.

... i kolejne procesy!
     
     Nie byłaby to jednak aż tak pasjonująca opowieść, gdyby nie... kolejne procesy związane ze sprawą.

      Otóż 28 marca, czyli raptem dwa dni po zakończeniu ekspresowego procesu Smolletta, miejscy adwokaci wraz z chicagowską policją wysłali do Jussiego oficjalne wezwanie do zapłaty. Chicago domagało się od aktora natychmiastowej zapłaty ponad 130 tysięcy dolarów jako rekompensaty za nadgodziny, które musieli przepracować chicagowscy policjanci oraz inni pracownicy miejscy w związku z prowadzeniem dochodzenia nad domniemanym atakiem na aktora. Jeśli Smollett odmówiłby zapłaty za straty miasta, wówczas zgodnie z prawem mógłby zostać pozwany i Chicago mogłoby domagać się od niego trzykrotności tej kwoty, czyli prawie 400 tysięcy dolarów!

     Tak na marginesie- wyobraźcie sobie oburzenie chicagowian na tym etapie sprawy: miasto wiecznie boryka się z problemami finansowymi, co chwilę podnoszone są kolejne miejskie podatki, a tu, przez jakiegoś mało znanego aktorzynę z urojeniami, w miesiąc rozpływa się 130 tysięcy dolarów.

    Jak nietrudno się domyślić znając tę historię już na tym etapie, Jussie oczywiście wyparł się wszystkich zarzutów, powiedział, że działał w dobrej wierze i ostatecznie odmówił zapłaty 130 tysięcy, na skutek czego 12 kwietnia Chicago złożyło w sądzie zapowiadany pozew. Adwokaci aktora złożyli natomiast w odpowiedzi wniosek o oddalenie pozwu argumentując, że normalnie dochodzenie policji nie jest tak rozbudowane i ich klient nie mógł wiedzieć ani przewidzieć, że pochłonie ono aż tak duże zasoby czasowe i finansowe. Sąd jednak nie przychylił się do wniosku obrony i postanowił procedować. Na chwilę obecną sprawa jest wciąż w sądzie i szacuje się, że jej rozwiązanie może potencjalnie nastąpić w przyszłym roku. Wydaje mi się jednak, że obie strony, ze względu na rozgłos i medialność sprawy, znalazły się w niemałym impasie i o ile szybko nie pójdą na jakąś sensowną ugodę, to ten impas będzie się tylko pogłębiał. Normalnie napisałabym zatem, że nie wierzę w tak szybkie zakończenie procesu, ale mając na uwadze wcześniejsze wydarzenia w tej sprawie, to chyba wszystko jest możliwe.

    23 kwietnia do sądu federalnego z kolei trafił pozew braci Osundairo- o zniesławienie, przeciwko prawnikom Smolletta, którzy mieli podtrzymywać, że to Abel i Ola byli faktycznymi sprawcami napadu. Przypomnę, że bracia Osundairo zostali przesłuchani przez policję w lutym i, na podstawie ich zeznań i zebranych dowodów, zwolnieni.

     W błędzie jest ten, kto pomyślał, że na tym już koniec albo że Jussie postanowił przyjąć postawę obronną. Nic bardziej mylnego! Jussie postanowił atakować! Raptem kilka dni temu adwokaci Smolletta złożyli w sądzie pozew wzajemny przeciwko miastu argumentując, że policjanci celowo przedstawiali dowody tak, by sugerować, że Jussie upozorował atak, a postępowanie władz Chicago przeciwko ich klientowi jest złośliwe i wynika tylko z tego, że ówcześnie urzędujący Burmistrz- Rahm Emmanuel, podobnie jak komendant policji Eddy Johnson, nie byli zadowoleni z pierwotnego rozstrzygnięcia sprawy.

Co dalej z karierą Smolletta?

     Jak wspomniałam wcześniej, domniemanym motywem Smolletta była chęć nadania sobie rozgłosu i tym samym możliwość negocjowania wyższych stawek za swoją pracę aktorską. Jak się chłopina musiał zdziwić, gdy tuż po tym, jak postawione zostały mu oficjalne zarzuty, producenci serialu "Imperium" postanowili pozbyć się kłopotliwego aktora z obsady swojej produkcji. O ironio, zamiast dostać lepsze warunki, Jussie stracił pracę i póki co uchodzi raczej za persona non grata, niż za pożądaną postać w przemyśle filmowym.

Jussie Smollett i część obsady serialu "Imperium": Terrence Howard, Taraji Henson, Bryshere Gray oraz Trai Byers

Podsumowanie

      Przyznaję, sprawa jest dość zagmatwana (a i tak ominęłam większość wątków pobocznych!), więc na koniec pokuszę się o krótkie podsumowanie. 

    W styczniu doszło do domniemanego ataku na Jussiego. Atak miał być na tle rasistowsko-homofobicznym. Policja przeprowadziła dogłębne śledztwo wyceniane na 130 tysięcy zielonych i doszła do wniosku, że atakzostał sfingowany przez samą ofiarę, która to chciała nadać sobie trochę rozgłosu. Jussiemu zostały postawione zarzuty składania fałszywych zeznań, ale w dziwnych okolicznościach bardzo szybko zostały oddalone. Policja i miasto się obruszyły, bo straciły kupę kasy, więc zażądały od aktora zwrotu kosztów. Ten powiedział, że nie zapłaci i ostatecznie oskarżył miasto i policję o złośliwe działania.

    Mamy tu więc do czynienia z bardzo medialną, prawniczo-polityczno-szołbiznesową historią, która śmiało mogłaby posłużyć za scenariusz do kolejnego serialu. Kto wie, może z samym Jussiem w roli głównej?

    Jak doskonale widzicie, sprawa jest rozwojowa i buk jeden szumiący wie, co jeszcze może się tu wydarzyć. Będę informować!


11/02/2019

Szukanie pracy w USA. Praktyczne wskazówki.

Szukanie pracy w USA. Praktyczne wskazówki.
     Szukanie pracy w Stanach Zjednoczonych jest tematem bardzo obszernym i zależnym od wielu elementów. Poza tak oczywistymi i uniwersalnymi czynnikami jak wykształcenie czy specyfika konkretnej branży, duże znaczenie ma tu chociażby stan i miasto, w którym mieszkamy, nasz status imigracyjny i znajomość języka angielskiego. Dziś podzielę się z Wami kilkoma uwagami na temat szukania pracy i skupię się głównie na realiach okołochicagowskich, choć wydaje mi się, że duża część wskazówek może okazać się przydatna także w innych częściach Stanów, a może i nawet w innych krajach. Mam nadzieję, że post okaże się pomocny nie tylko dla świeżych imigrantów czy osób dopiero planujących pobyt w USA, ale także dla starszych stażem imigrantów rozważających zmianę pracy. Zapraszam!


*Jeszcze tytułem wstępu: ten post NIE JEST o wizach pracowniczych i innych procedurach imigracyjnych. Nie jest również o tym, jak dostać się do USA.  Na wszelkie pytania odpowiadam z doświadczenia własnego i moich znajomych. Nie jestem adwokatem i nie udzielam porad prawnych. Dziękuję :)


Nie znam języka angielskiego i nie posiadam legalnego statusu. 

Czy mam szansę na znalezienie pracy w Stanach?


     Być może odpowiedź na to pytanie zaskoczy wiele osób, ale TAK, nawet osoby przebywające w USA nielegalnie i bez znajomości języka angielskiego, są tutaj w stanie pracować. Oczywiście nie jest to praca legalna i nie można liczyć na zatrudnienie na jakimś wyższym stanowisku, ale jestem zdania, że jak ktoś chce pracować, to w USA (a już na pewno w Chicago!) z głodu nie umrze.

     Pole manewru jest jednak dla takich osób dość ograniczone. Jeśli chodzi o warunki chicagowskie, to zwykle tacy imigranci mogą liczyć na zatrudnienie w branży budowlanej, na sprzątaniu, przy opiece nam dziećmi lub osobami starszymi, w niektórych sklepach, a także niekiedy w małych biurach. Niektórzy idą inną ścieżką- zakładają (legalnie) własną firmę (nawet jednoosobową) i pracują dla większych spółek jako niezależni (pod)wykonawcy/ zleceniobiorcy.

     Nie oznacza to jednoznacznie, że zarobki takich osób są niskie. W wielu z tych prac można zarobić całkiem godziwe pieniądze i sama znam wiele osób, które w Stanach przebywają nielegalnie od lat, a mimo tego żyją na całkiem dobrym poziomie materialnym.


Gdzie szukać ofert pracy?

 

     Moim zdaniem wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju pracy szukamy. Jeśli ktoś szuka pracy w jednym z sektorów i z warunkami, o których pisałam powyżej, to poza oczywistą pocztą pantoflową, polecałabym zajrzeć do ogłoszeń w polskiej, lokalnej prasie- np. w Dzienniku Związkowym albo Monitorze. Dość dużym amerykańskim źródłem ofert pracy (i innych ofert także), choć w moim odczuciu już nieco tracącym na wartości, jest portal Craigslist

     Jeśli natomiast chodzi o pracowników bardziej wykwalifikowanych, to moim zdaniem jednym z najlepszych źródeł szukania pracy jest portal LinkedIn. Szczerze polecam założyć tam profesjonalne konto (warto się przyłożyć do tworzenia swojego profilu, to będzie nasza wizytówka) i utrzymywać otwarty status na oferty pracy nawet, jeśli aktualnie żadnej pracy się nie szuka. Po pierwsze dlatego, że jest się bardziej widocznym dla rekruterów, którzy znikąd mogą pojawić się z ciekawą ofertą, a po drugie, że właśnie dzięki tym niespodziewanym ofertom, łatwiej jest nam na bieżąco monitorować rynek związany z naszą branżą. Poza LinkedIn'em, uważam, że całkiem fajnie w szukaniu ofert pracy sprawdzają się również Indeed oraz Glassdoor. Glassdoor ma jeszcze dodatkowe przydatne opcje: można tam nie tylko sprawdzić orientacyjne wynagrodzenie w danej firmie, nawet jeśli w konkretnym ogłoszeniu nie ma podanej stawki od pracodawcy, ale także można poczytać opinie byłych i obecnych pracowników na temat warunków pracy w danym przedsiębiorstwie.

      Z bardziej specyficznych metod szukania pracy, polecam też na bieżąco monitorować strony konkretnych firm, w których chcielibyśmy w przyszłości pracować. Wiele z nich ma specjalne zakładki z aktualnymi wakatami, na które można aplikować bezpośrednio z tej strony. Co ciekawe, niektóre firmy czy agencje rządowe nie zamieszczają swoich ofert na popularnych portalach, a jedynie na swoich stronach właśnie.

     Niektórzy też kontaktują się bezpośrednio z firmami rekrutacyjnymi wyspecjalizowanymi w konkretnej branży i czekają na ich pomoc. Moim zdaniem warto skorzystać z tej możliwości w ramach opcji dodatkowej, ale osobiście nie ograniczałabym się do szukania pracy tylko przez rekrutera.


Jak przygotować się do szukania pracy?


      Absolutny punkt pierwszy przy szukaniu pracy, jeszcze zanim zacznie się wysyłać aplikacje, to moim zdaniem stworzenie solidnego resume, czyli odpowiednika curriculum vitae (CV). W internecie można znaleźć mnóstwo wzorów i wskazówek dotyczących tworzenia resume, więc nie będę się na ten temat zbytnio rozpisywać, podzielę się tylko kilkoma ogólnymi uwagami, które mogą być zaskakujące dla osób osadzonych w polskich realiach rynku pracy.

  • Co do zasady, resume nie powinno być dłuższe niż jedna strona. Ma być zwięzłe, konkretne, względnie dostosowane do konkretnego stanowiska i wyszczególniające nasze najmocniejsze atuty. Przerost formy nad treścią zdecydowanie nie jest tutaj dobrze widziany.
  • W resume nie umieszcza się zdjęcia, daty urodzenia, stanu cywilnego, nazwiska panieńskiego, kraju pochodzenia i tym podobnych elementów, które nie mają związku z pracą, a mogłyby potencjalnie prowadzić do dyskryminacji w procesie zatrudnienia. Mało tego, potencjalny pracodawca podczas interview również nie może spytać o datę urodzenia, stan cywilny, liczbę dzieci, czy plany względem macierzyństwa. Nie może także spytać o kraj pochodzenia, ale już absolutnie może zapytać o pozwolenie na pracę w USA. (To, o co dokładnie może lub nie może zapytać pracodawca, może wyglądać nieco inaczej w każdym stanie)

     Poza resume, dobrze jest również przygotować krótki szkic tzw. cover letter, czyli odpowiednika listu motywacyjnego. Tutaj również liczy się zwięzłość i prostota. Warto wspomnieć o swoich wartościowych dla danego stanowiska cechach, doświadczeniach i umiejętnościach, na których rozwinięcie nie było miejsca w resume, a także napisać, dlaczego zależy nam na pracy w tej konkretnej firmie. Nie wszystkie firmy wymagają dołączenia cover letter do aplikacji, ale pamiętam jak jedna z moich wykładowczyń mówiła, że gdy ona rekrutuje u siebie w firmie, to z góry odrzuca wszystkie aplikacje, do których nie został dołączony list motywacyjny.

   Jeśli mamy możliwość, warto również zadbać o zebranie listów rekomendacyjnych (recommendation/ reference letters). Tutaj pole do popisu jest dość szerokie, ale też bardzo indywidualne i zależy od doświadczeń konkretnej osoby- o napisanie listu rekomendacyjnego można na przykład poprosić swojego profesora ze studiów, u którego osiągnęliśmy dobre wyniki; byłego pracodawcę, jeśli pozostajemy z nim w przyjaznych stosunkach; współpracownika, który może zaświadczyć o naszych umiejętnościach, itp. Moja rada jest taka, żeby o ogólne listy rekomendacyjne prosić osoby zaraz po zakończeniu pewnego etapu w naszej karierze. Na przykład, nie wyobrażam sobie prosić profesora o napisanie listu rekomendacyjnego po pięciu latach od skończenia studiów, bo wątpię, czy by mnie nadal pamiętał. I dodatkowa uwaga- należy liczyć się z tym, że rekruter może chcieć skontaktować się z osobą wystawiającą list i zadać jej kilka pytań. Warto więc upewnić się, że rekomendująca nas osoba jest na to gotowa. Żeby zabezpieczyć się na taką sytuację, przy wysyłaniu aplikacji lepiej nie załączać listów rekomendacyjnych, a jedynie (ewentualnie) dodać notatkę, że jesteśmy gotowi udostępnić nasze rekomendacje, gdy zostaniemy o to poproszeni. 


 

 

Na co zwrócić uwagę przeglądając oferty pracy?


     Szukanie pracy jest oczywiście procesem bardzo indywidualnym i może różnić się znacznie w zależności od branży, stanowiska, czy posiadanego doświadczenia zawodowego, ale kilka elementów, na które warto zwrócić uwagę w amerykańskich warunkach, jest moim zdaniem niezmiennych.

      Po pierwsze- oczywiście proponowane wynagrodzenie. W Ameryce jest pod tym względem o tyle łatwiej niż w Polsce, że bardzo duża część ofert pracy zawiera proponowane wynagrodzenie. Nawet, jeśli nie są to konkretne kwoty, to są to przynajmniej dość sensowne widełki, które pozwalają nam określić, czy dana oferta w ogóle nas interesuje. Bo przecież nikt nie chodzi do pracy w ramach wolontariatu.

      Tak na marginesie, te podane kwoty proponowanego wynagrodzenia mają też dodatkową zaletę- pomagają nam wybadać rynek i podpowiedzieć, czego ewentualnie możemy wymagać od potencjalnego pracodawcy i jak pokierować rozmową, kiedy dojdzie już do etapu interview. Jeśli chcemy zbadać swoją "wartość rynkową", możemy też skorzystać z kalkulatorów oferowanych przez różne portale rekrutacyjno/ofertowe: wystarczy wpisać stanowisko, doświadczenie i rejon, w którym pracujemy, by dowiedzieć się orientacyjnie, ile zarabiają osoby o podobnych kwalifikacjach. Kolejnym narzędziem, z którego warto skorzystać, jest oficjalna strona wspierana przez amerykański Departament Pracy: O*Net. Dzięki temu portalowi również możemy sprawdzić średnie zarobki w danej branży i rejonie, ale także poznać warunki i specyfikę pracy w danym zawodzie, jeśli na przykład chcemy się przekwalifikować. Świetne źródło informacji o amerykańskim rynku pracy, także dla osób zza granicy!

     Kolejnym elementem, na który warto zwrócić uwagę, to proponowane benefity. O czym tu mowa w amerykańskich realiach? Na przykład o czasie płatnego urlopu, dniach personalnych/chorobowych, ubezpieczeniu medycznym, dentystycznym lub okulistycznym (tutaj warto dowiedzieć się, jaki procent składki ubezpieczeniowej pokrywa pracodawca oraz od kiedy nas ono obowiązuje- temat ubezpieczeń w USA kwalifikuje się na całkowicie oddzielny post), dopłacie do programu 401k (w skrócie i uproszczeniu- prywatne składki emerytalne), itp. Niektóre firmy oferują również... ubezpieczenie dla zwierzęcia (z tego co się orientują, kwalifikują się jednak tylko psy i koty). Niestety, wiele firm proponuje śmieszne benefity albo wręcz nie oferuje żadnych i niestety czasem nie możemy nic z tym zrobić. Wiele osób jest w stanie pracować za mniejsze pieniądze, ale mieć korzystniejsze benefity. Tutaj trudno dawać konkretne rady, każdy sam musi przekalkulować, co jest dla niego ważniejsze. 

     Jeśli mieszka się w tak dużym tworze miejskim jak aglomeracja chicagowska, to zdecydowanie polecam też spojrzeć na lokalizację miejsca pracy, żeby nie okazało się, że dojazd do pracy będzie nam zajmował codziennie kilka godzin. I tutaj uwaga: mieszkając w Chicago trzeba liczyć się z tym, że średni czas dojazdu do pracy wynosi około 30-40 minut.

 

Jak wygląda proces rekrutacyjny?
Na co zwraca uwagę potencjalny pracodawca?


     Ok, mamy już napisane najlepsze resume i list motywacyjny, codziennie przeglądamy nowe oferty pracy na portalach i wysyłamy swoje aplikacje do tych miejsc, które nas interesują. Co dalej?

     Proces rekrutacji jest w Stanach zwykle kilkuetapowy. Bardzo często zdarza się, że dana firma kontaktuje się z aplikantem najpierw mailowo, by umówić się na wstępną rozmowę przez telefon, a następnie dopiero po takiej rozmowie telefonicznej, w ramach kolejnego etapu rekrutacji, firma zaprasza wybranych kandydatów na rozmowę twarzą w twarz. Zdarza się również, że takich rozmów może być więcej niż jedna- w zależności od procedury danej firmy.

     Podczas tej wstępnej rozmowy telefonicznej (zwykle kilku- kilkunastominutowej), rekruter prosi  kandydata, by opowiedział coś o sobie, a następnie powiedział czym zajmuje się w aktualnej pracy, jakie są jego kwalifikacje, oczekiwania finansowe, dlaczego chce zmienić pracę, dlaczego akurat ta firma go interesuje, itp. Jest to również czas, kiedy kandydat może zadać swoje wstępne pytania i zastanowić się, czy jest dalej zainteresowany tą ofertą. Po takiej rozmowie, jeśli firma jest dalej zainteresowana negocjacjami z kandydatem, może go poprosić o przesłanie dodatkowych dokumentów- np. listów rekomendacyjnych czy przykładów konkretnych prac (np. writing samples), które kandydat wykonał w obecnej pracy. Firma może również poprosić o podpisanie zgód na przeprowadzenie tzw. background check, czyli sprawdzenie kandydata w różnych oficjalnych bazach danych i kartotekach pod kątem popełnionych przestępstw, wyroków sądowych, czy historii kredytowej. Następnie dochodzi do rozmowy twarzą w twarz, zwykle w siedzibie firmy.

     Właściwie interview wygląda bardzo podobnie do telefonicznego, tylko jest nieco bardziej rozbudowane. Pada więcej pytań, więcej konkretów i obie strony mogą się lepiej poznać i wybadać. Podstawowym elementem jest omówienie resume kandydata. Rekruterzy są zwykle bardzo dobrze przygotowani i zadają konkretne pytania dotyczące naszych różnych doświadczeń (nie tylko stricte zawodowych) i kwalifikacji związanych z konkretnym stanowiskiem. Warto tutaj nadmienić, że amerykańscy pracodawcy często zwracają uwagę na uczelnię, którą się ukończyło (choć w większości prac decydujące jest jednak doświadczenie) oraz dodatkowe aktywności, na przykład wolontariat. Dobrze jest również samemu przygotować się do takiej rozmowy i być gotowym, by zadać kilka pytań dotyczących firmy, swojego stanowiska, zarobków, oczekiwań, itp.

     Z moich doświadczeń i obserwacji wynika, że nie ma reguły co do czasu trwania i przebiegu takich rozmów: mi osobiście nigdy nie zdarzyło się, żeby interview trwało dłużej niż 30-40 minut i wykraczało poza mniej lub bardziej luźną rozmowę na temat moich kwalifikacji i oczekiwań (branża prawna). Z kolei moja koleżanka, pracująca w branży architektonicznej, uczestniczyła niedawno w dwugodzinnym interview, które poza klasyczną rozmową obejmowało także prezentację firmy i test praktyczny z programu AutoCAD. Kolega zajmujący się rekrutacją w branży IT przyznaje, że u nich rozmowy trwają zwykle kilka godzin i opierają się stricte o tematy techniczne. Długi czas tych rozmów bierze się stąd, że od kandydata nie o tyle wymaga się szybkiego rozwiązania problemu, co zaprezentowania swojego procesu myślowego i wytłumaczenia poszczególnych etapów. Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że nigdy nie trafiłam na nieuprzejmą osobę czy dziwne i abstrakcyjne pytania, typu co byś zrobił/a będąc w klatce z lwem.

     Skoro już jesteśmy w temacie interview, to czuję się w obowiązku dać bardzo ważną radę- jeśli staracie się o pracę w Stanach Zjednoczonych, to zapomnijcie o tej dziwnej zasadzie wrytej w polską mentalność, że trzeba być cichym, skromnym, i absolutnie nie mówić o swoich zaletach i mocnych stronach.  Jeśli Wy sami się nie pochwalicie i nie powiecie o swoich mocnych stronach, to nikt za Was tego nie zrobi.

     Po zakończonym interview rekruter może zaprosić kandydata do kolejnego etapu, przedstawić mu konkretną ofertę albo poinformować, że skontaktuje się z nim w ciągu kilku dni i wtedy poinformuje o dalszym etapie postępowania.

     Warto jeszcze wspomnieć, że po zakończonym interview, w dobrym tonie jest wysłać swojemu potencjalnemu pracodawcy krótki e-mail z podziękowaniem za rozmowę i poświęcony czas. W dobrym tonie ze strony pracodawcy jest natomiast poinformować e-mailowo lub telefonicznie kandydata o zakończonym procesie rekrutacyjnym, również jeśli dana osoba nie została wybrana na wolne stanowisko, ale niestety nie jest to jeszcze powszechna praktyka.



Jak wygląda umowa o pracę?


     Końcowy etap udanego procesu rekrutacyjnego to umowa o pracę. Wizualnie, umowa o pracę może wyglądać... różnie. Może być nawet tylko ustna, ale to raczej zdarza się tylko przy prostych pracach albo w przypadku osób przebywających w USA nielegalnie. Natomiast jeśli chodzi o umowy pisemne, to spotkałam się zarówno z umowami jednostronicowymi, regulującymi jedynie podstawowe elementy, jak strony umowy, wynagrodzenie, czy wymiar czasu wolnego, jak i dość obszernymi, w które wplecione są również fragmenty regulacji stanowych dotyczących warunków pracy albo inne ogólne postanowienia. Co istotne, bardzo często umowy o pracę są "at will", czyli każda ze stron może rozwiązać umowę z dnia na dzień, nawet bez podawania przyczyny. Nieformalna zasada savoir-vivre wymaga jednak, by nawet w takich sytuacjach wręczyć drugiej stronie dwutygodniowe wypowiedzenie, choć w praktyce zdecydowanie częściej jest to respektowane przez pracowników niż pracodawców.


____________________________________________________________

     A Wy macie jeszcze jakieś dodatkowe rady dla osób poszukujących pracy? Jeśli tak, koniecznie podzielcie się w komentarzach! A może macie dodatkowe pytania dotyczące amerykańskich realiów pracy? Pytajcie śmiało, wspólnie pewnie coś doradzimy!

10/15/2019

Polskie wybory parlamentarne w USA. Trochę pokazuję, trochę wyjaśniam.

Polskie wybory parlamentarne w USA. Trochę pokazuję, trochę wyjaśniam.
     W minioną sobotę, 12 października, Polacy mieszkający w Stanach Zjednoczoncyh ruszyli do urn, by wraz z rodakami w kraju wybrać, kto przez następne cztery lata będzie sprawował rządy nad Wisłą. Czy naprawdę tak wielu Polaków głosowało w USA? Z jakimi problemami musieli się zmierzyć? Jak wygląda praca komisji wyborczej? I czy Polonia w ogóle powinna głosować? O tym wszystkim w dzisiejszym poście. Zapraszam!


Głosować czy nie?

     Na początek chciałabym rozprawić się szybko z chyba najbardziej kontrowersyjną, choć nieuniknioną, częścią tego posta i całej okołowyborczej tematyki, a mianowicie czy Polacy powinni głosować w polskich wyborach mieszkając na stałe za granicą? Tej kwestii poświęciłam dość obszerny post przed poprzednimi wyborami cztery lata temu i można go przeczytać TUTAJ. Moje zdanie od tamtej pory zbytnio się nie zmieniło i, w dużym skrócie, wciąż uważam, że osoby mieszkające na stałe za granicą, nie mające żadnych konkretnych interesów w Polsce (rodzina to nie interes), a więc niepłacące tam podatków, a także nieplanujące realnie rychłego powrotu do Polski, nie powinny w takich wyborach uczestniczyć. Szanuję jednak odmienne opinie i nikogo do swojego zdania przekonywać nie zamierzam.

Komisja wyborcza
 
     W tym roku, po raz pierwszy w Chicago uczestniczyłam w wyborach jeszcze od innej strony- zasiadając w obwodowej komisji wyborczej. Niesamowite doświadczenie! Potwornie wyczerpujące (ponad 22 godziny pracy bez przerwy, co odsypiałam przez kolejnych godzin osiemnaście), ale dzięki temu, że cała nasza komisja składała się z niesamowitych, sympatycznych, inteligentnych i wesołych osób, praca szła niezwykle sprawnie i szczerze mówiąc chyba nie mogłabym wyobrazić sobie lepszego składu.

     Na Fejsbuku wyraziliście zainteresowanie pracą w komisji wyborczej, więc pozwolę sobie odpowiedzieć na kilka najczęstszych pytań.
  • Jak dostać się do komisji wyborczej?
     Odpowiednio wcześnie przed wyborami zgłosić się do komitetu wyborczego lub konsulatu. Ponadto, trzeba posiadać ważny polski paszport i pełnię praw publicznych oraz mieć skończone 18 lat. Ja akurat dostałam informację o naborze do komisji bezpośrednio od osoby pracującej w konsulacie i postanowiłam skorzystać, poszerzając swój wachlarz doświadczeń. Koniec końców, zostałam przewodniczącą.
  • Czy praca w komisji jest pro bono?
     I tak, i nie. Istnieją odgórnie ustalone stawki za pracę w komisji wyborczej (w tym roku między 350 a 500 złotych, czyli w granicach około 90-130 dolarów), jednak nakład wysiłku i godzin jest tak znaczący, że większość osób traktuje to wynagrodzenie raczej jako miły dodatek do pracy społecznej niż konkretne wynagrodzenie.
  • Jak wygląda praca komisji wyborczej?
     Jeszcze przed wyborami komisja musi odbyć przynajmniej jedno spotkanie organizacyjne. My takie spotkania mieliśmy dwa: jedno czysto organizacyjne, a drugie w przeddzień wyborów, by odpowiednio przygotować lokal wyborczy do głosowania (między innymi by odebrać wszystkie materiały z konsulatu, przygotować stanowiska do głosowania i stół dla komisji, oraz rozwiesić odpowiednie obwieszczenia). Ponadto, w tygodniu poprzedzającym wybory w konsulacie odbywały się szkolenia dla osób zasiadających w komisji, z których moim zdaniem warto było skorzystać.
     W samym dniu wyborów komisja musi spotkać się przynajmniej godzinę przed rozpoczęciem głosowania (czyli o 6 rano), by ostatecznie przeliczyć i ostemplować karty do głosowania oraz dopełnić resztę procedur. Już na tym etapie prac komisji mogą towarzyszyć mężowie zaufania i obserwatorzy.
     Od godziny 7 do 21 trwa głosowanie. W tym czasie komisja przede wszystkim wydaje karty do głosowania na podstawie ważnego paszportu i wpisu do spisu wyborców, ale także dba o porządek w lokalu wyborczym i stoi na straży, by nie dochodziło do agitacji i zakłócania ciszy wyborczej. Muszę przyznać, że głosowanie w "mojej" komisji przebiegało bardzo sprawnie, a wyborcy przychodzili uśmiechnięci i bez potrzeby zakłócania ogólnego porządku i powagi głosowania. No, może poza jakimiś drobnymi wyjątkami, ale to raczej nieuniknione.
     O godzinie 21 komisja zamyka lokal wyborczy i przechodzi do liczenia głosów. W moim odczuciu jest to najtudniejsza część pracy w dniu wyborów. Po pierwsze dlatego, że w grę wchodzi tu już solidne zmęczenie. Po drugie, liczenie kilkuset czy kilku tysięcy głosów tak czy inaczej jest wyczerpujące. Po trzecie, nigdy nie wiadomo, co wyjdzie w trakcie. I nie chodzi mi tu nawet o wynik wyborów per se, ale o różne nieścisłości, które mogą wyniknąć podczas liczenia i które komisja musi później wyjaśniać, jak chociażby niezgodność kart wydanych i kart wyjętych z urny (dlatego w imieniu osób pracujących w komisjach proszę- nigdy nie wynoście kart z lokalu wyborczego!). Na tym etapie jest również więcej niż pewne, że w lokalu pojawi się jakiś mąż zaufania lub obserwator. U nas na szczęście wszystko przebiegło bezproblemowo, karty nam się zgadzały, nie mieliśmy żadnych nieścisłości, mężowie zaufania nie mieli uwag do naszej pracy i zaledwie po niecałych trzech godzinach skończyliśmy liczyć głosy i wypełniać protokoły. Tyle tylko, że dopóki komisja nie dostanie zatwierdzenia protokołów z Warszawy, nie może się rozejść. Więc my na nogach byliśmy łącznie ponad 22 godziny.

Lokal wyborczy w Chicago na krótko przed rozpoczęciem głosowania

Jak głosować za granicą?

     Jak głosować za granicą (o ile w ogóle)? Na podstawie informacji o przebiegu głosowania w różnych komisjach wyborczych, wypunktowałam kilka etapów, na których potencjalnie najczęściej może dojść do błędu uniemożliwiającego głosowanie. 
     Po pierwsze- zarejestruj się. Wiele osób zwyczajnie o tym zapomina albo nie wie, że do każdych wyborów trzeba się zarejestrować oddzielnie. Z czego to wynika? Jeśli mieszkamy w Polsce, w spisie wyborców znajdujemy się z automatu. Jeśli chcemy głosować za granicą, wówczas właściwy organ administracyjny w Polsce wykreśla nas z lokalnego spisu wyborców i dodaje do spisu za granicą, ale tylko na czas tych jednych wyborów. 
     Z tym wiąże się jeszcze jedna uwaga- upewnij się, że rejestrujesz się we właściwym lokalu wyborczym. Na przykład w tym roku mieliśmy sytuację, że w naszej komisji pojawiły się osoby, które omyłkowo zarejstrowały się do głosowania w zupełnie innym stanie... Niestety, nie mogliśmy im pomóc, gdyż komisja nie ma uprawnień, by dokonywać zmian w spisie wyborców. Jedyną opcją jest dopisanie wyborcy do dodatkowej listy, ale tylko gdy taka osoba przyjdzie z odpowiednim zaświadczeniem ze swojej gminy w Polsce lub od konsula. 
     Po trzecie, najlepiej rejestruj się samodzielnie. Rejestrować można się na kilka tygodni przed wyborami przez internet (zajmuje to jakieś 3 minuty) albo telefonicznie poprzez konsulat. Wiem, że w Chicago niektóre organizacje polonijne również pośredniczyły w rejestracji wyborców. Zdecydowanie jednak odradzam rejestrowanie się poprzez prywatnych pośredników, bo niestety słyszałam o sytuacjach, gdy osoby owym pośrednikom płaciły, a mimo wszystko w spisie wyborców się nie znalazły. 
     Po czwarte, pamiętaj, że w Stanach Zjednoczonych głosuje się dzień wcześniej niż w Polsce. Wynika to z kilkugodzinnej różnicy czasu między Polską a różnymi stanami i konieczności zakończenia głosowania w USA przed końcem ciszy wyborczej w Polsce. 
     Po piąte, głosując zza granicy, oddajesz głos w okręgu warszawskim i wybierasz spośród tamtejszych kandydatów. 
     Po szóste, przyjdź z ważnym polskim paszportem. Żaden inny dokument nie pozwoli Ci uzyskać karty do głosowania. 
     I w końcu, i jest to mój osobisty apel: zanim pójdziesz do urny, zainteresuj się rzetelnie sytuacją w Polsce, poczytaj wiarygodne źródła, sprawdź programy wyborcze partii i dopiero wtedy głosuj. Mieszkanie za granicą, szczególnie dłuższy czas, oddala od polskich realiów. Jak nie masz pojęcia, co się dzieje w Polsce, to głosowanie nie jest Twoim obywatelskim obowiązkiem.

Moje spostrzeżenia z dnia wyborów

     Przede wszystkim muszę głośno powiedzieć, że Polacy przychodzący głosować byli niesamowicie mili i uśmiechnięci. Bardzo to ułatwiało naszą pracę i rozgrzewało serce. Wiele osób zagadywało do nas, żartowało, czy dzieliło się swoimi krótkimi opowieściami. Były też osoby, które z widocznym wzruszeniem i tremą przyznawały, że będą głosować po raz pierwszy w życiu i prosiły o wyjaśnienie zasad głosowania. Oczywiście, trafiły się też pojedyncze wyjątki osób, którym nic nie pasowało od samego przekroczenia progu aż do wyjścia, a hitem już była osoba, która popijając kawę udostępnioną w naszym lokalu wyborczym i patrząc prosto w nasze oczy wyraziła głośne powątpiewanie, czy aby na pewno będziemy uczciwie liczyć głosy.
      Muszę też przyznać, że wyborcy ewidentnie znali zasady głosowania, ponieważ w urnie znaleźliśmy jedynie kilka głosów nieważnych w głosowaniu do sejmu, i jedynie kilka więcej w głosowaniu do senatu, przy czym te nieważne głosy do senatu zdecydowanie świadczyły o tym, że dane osoby nie znalazły na liście odpowiedniego dla siebie kandydata, a nie że nie znały zasad oddania ważnego głosu. Były więc zarówno karty puste, karty z zaznaczonymi wszystkimi kandydatami, jak i karty... z dopisanymi propozycjami własnymi.
    Podczas całego dnia najbardziej chwyciła mnie za serce sytuacja, gdy przyszła do nas całkiem młoda kobieta trzymająca za rękę swoją babcię. Owa babcia przyleciała do niej w odwiedziny z Polski, ale niestety zapomniała dopełnić formalności i nie mogła zagłosować za granicą. Widać było szczery żal w oczach tej kobiety, ale jej smutek rozproszył się nieco, gdy mogła sobie zrobić zdjęcie z urną wyborczą. 
      Na sam koniec muszę też przyznać, że zostaliśmy niezwykle serdecznie przyjęci przez budynek, który udostępnił nam pomieszczenie na lokal wyborczy. Podczas przygotowań do dnia wyborów mogliśmy liczyć na dużą pomoc organizacyjną, a w sobotę zapewniono nam nie tylko zapas kawy na cały dzień, ale także nieco słodkości i pizzę. Niby drobiazgi, ale ja bardzo doceniam takie ludzkie gesty.


Wyniki głosowania w Stanach Zjednoczonych

     W tym roku w Stanach Zjednoczonych utworzono rekordową liczbę komisji wyborczych- aż 48. We wszystkich komisjach zarejestrowało się około 33 tysiące wyborców (głos oddało 30 tysięcy), a frekwencja wyniosła 91%. Co nam mówią te liczby? Po pierwsze, że patrząc na to, że w całych Stanach mieszka co najmniej kilka milionów Polaków, to zainteresowanie wyborami w moim odczuciu wcale nie było tak duże. Dla porównania, w samych tylko Niemczech głos oddało ponad 28 tysięcy osób, a w Wielkiej Brytanii do urn poszło ponad 74 tysiące Polaków. Moim zdaniem powód jest dość oczywisty- emigracja amerykańska jest jednak dużo starsza niż ta europejska, a tym samym bardziej oddalona od Polski i jej aktualnych realiów. Co do frekwencji natomiast, to wysokie liczby wcale mnie nie dziwią. Skoro już ktoś bowiem poczynił trud, by do wyborów się zarejestrować, to znaczy że chce w nich uczestniczyć i o ile coś nie stanie mu na drodze, swój głos odda. Zastanawiam się także, jak ta emigracyjna frekwencja wpływa na poziom frekwencji warszawskiej, która chyba zawsze jest najwyższa w kraju. Może warszawiacy wcale nie są aż tak aktywni, a swoje frekwencyjne rekordy zawdzięczają emigrantom właśnie?

     Jeśli chodzi o wyniki głosowania do sejmu w samym Chicago, to zgodnie z danymi podanymi przez Ambasadę RP w Waszyngtonie, głosy zostały rozdzielone następująco:
Lista 1-  PSL                                       226 głosów
Lista 2-  PIS                                      8092 głosy
Lista 3-  Lewica                                  508 głosów
Lista 4-  Konfederacja                        949 głosów
Lista 5-  Koalicja Obywatelska        1950 głosów

Wyniki głosowania do Sejmu udostępnione przez Ambasadę RP w Waszyngtonie
      Jeśli chodzi natomiast o wybory do senatu, to w Chicago z miażdżącą przewagą zwyciężył Marek Rudnicki, który startował z listy PiS. Był to kandydat polonijny, znany w chicagowskim środowisku lekarz, więc podejrzewam, że ten fakt miał duży wpływ na jego wysoki wynik w Wietrznym Mieście. Ostatecznie jednak mandatu senatorskiego nie uzyskał.

___________________________________

     I to tyle z mojej strony, jeśli chodzi o głosowanie w Chicago. Dajcie znać, jeśli macie jakieś pytania. A może głosowaliście w innych miejscach na świecie i chcecie się podzielić swoimi doświadczeniami?


10/10/2019

Kroniki Policyjne: Zaginięcie Marlen Ochoa

Kroniki Policyjne: Zaginięcie Marlen Ochoa
     Chicago to istne miasto grzechu. Każdego dnia dochodzi tu do setek przestępstw: kradzieży, rozbojów, pobić, gwałtów, porwań, zabójstw... Z jednej strony nie dziwi to, patrząc na wielkość miasta. Ale z drugiej strony niektóre z tych przestępstw są albo tak zatrważające, albo tak kuriozalne, albo też tak zaskakujące, że aż proszą się, by poświęcić im więcej uwagi. Stąd też pomysł na serię "Kroniki Policyjne".

     Dziś opowiem Wam trochę o przerażającej historii zaginięcia Marlen Ochoa-Lopez i o jeszcze bardziej wstrząsających faktach, które wyszły na jaw niedługo później. Uważajcie na ludzi poznanych w internecie, serio.


Marlen

    Marlen w dniu swojego zaginięcia miała 19 lat i była w dziewiątym miesiącu ciąży. 23 kwietnia 2019 roku wyszła z liceum, do którego uczęszczała i jeszcze przed odebraniem swojego 3-letniego synka z przedszkola, miała plan udać się do dzielnicy Scottsdale położonej w południowo-zachodniej części Chicago. Chciała tam odwiedzić kobietę poznaną na jednej z fejsbukowych grup dla mam, która obiecała oddać Marlen podwójny wózek i trochę dziecięcych ubranek. To wtedy Marlen była widziana po raz ostatni.

Policyjna notatka o zaginięciu Marlen

Yovanny

     Tego samego dnia, przed godziną 19, straż pożarna otrzymała zgłoszenie o narodzonym w warunkach domowych chłopcu, który wymaga natychmiastowej opieki lekarskiej, gdyż jest "blady i siny". Na miejsce została wysłana grupa ratowników medycznych. Dziecko było w stanie krytycznym. Ratownicy udzielili natychmiastowej pomocy i zabrali niemowlę do szpitala. Obecna przy noworodku kobieta potwierdziła, że sama czuje się dobrze i nie wymaga opieki. W szpitalu niemowlę zostało umieszczone na oddziale intensywnej opieki, podłączone do aparatury podtrzymującej życie i zdiagnozowane z uszkodzeniem funkcji mózgowych spowodowanych brakiem dopływu tlenu. Krótko po tym, osoby uznawane za rodziców dziecka, Piotr i Clarisa, zorganizowały zbiórkę pieniędzy na rzecz noworodka. Zbiórka została szybko zablokowana, ale do tego czasu udało się zebrać ponad 9 tysięcy dolarów.
      Yovanny, jak później nazwany został chłpoiec, przebywał w szpitalu do połowy czerwca, kiedy to zmarł na skutek uszkodzeń mózgu.




Clarisa, Piotr i Desiree

       Jeszcze na przełomie jesieni 2018 roku i zimy 2019 roku, 46-letnia Clarisa Figueroa i jej 40-letni chłopak Piotr Bobak zaczęli chwalić się znajomym, że spodziewają się dziecka. Piotr na swój profil na fejsbuku dodał zdjęcie płodu wykonane podczas badania USG, a Clarisa na jednej z grup dodała zdjęcie łóżeczka z opisem, że oczekuje narodzin Xandera. Sąsiedzi pary przyznali później, że byli zaskoczeni, gdy Clarisa opowiadała im o swojej ciąży paląc papierosa i tym bardziej, że wcześniej mówiła im, że nie może zajść w ciążę z powodu podwiązanych jajowodów. W tamtym momencie jednak jeszcze nic nie zwiastowało tragedii, która miała wydarzyć się kilka miesięcy później w domu przy 4100 W.77th Place.



      23 kwietnia 2019 roku Clarisa i jej 24-letnia córka Desiree oczekiwały na swojego gościa. Według ustaleń prokuratury, Clarisa zwabiła Marlen do swojego domu obietnicą oddania jej wózka i ubranek dziecięcych. Kiedy Marlen weszła do domu Clarisy, Desiree odwróciła jej uwagę pokazując rodzinny album, a Clarisa skrępowała, a następnie udusiła kablem Marlen. Gdy nastolatka była martwa, Clarisa kuchennym nożem z jej brzucha wycięła dziecko. Po chwili zadzwoniła po pomoc medyczną informując dyspozytora, że właśnie urodziła, a jej dziecko nie oddycha.




 Czarna Honda i odnalezienie Marlen

     Marlen pozostawała zaginiona przez kilka tygodni. Przełom nastąpił, gdy odnalezione zostało jej auto- czarna Honda Civic. Uwagę sąsiadów przykuł fakt zaparkowanego od kilku tygodni auta, na którym zebrało się już kilka mandatów za parkowanie. Stamtąd już tylko jeden krok dzielił policjantów od rozwiązania tajemnicy. Ciało Marlen zostało odnalezione 15. maja 2019 roku w śmietniku na tyłach domu przy 4100 W.77th Place. Jeszcze tego samego dnia śledczy stwierdzili, że doszło do zabójstwa.

Miejsce odnalezienia ciała Marlen

 
Przed sądem

     Clarisie i Desiree Figueroa zostały postawione liczne zarzuty, z których najpoważniejsze to zabójstwo Marlen i jej nienarodzonego dziecka. Piotr Bobak został oskarżony o pomoc w ukrywaniu zbrodni. Na chwilę obecną nikt z tej trójki nie przyznał się do zarzucanych im czynów. Wszystkim podejrzanym zostało odmówione prawo do wyjścia z aresztu za kaucją. Sędzia odrzucił również wniosek o wyłączenie jawności procesu.
      Sprawa jest wciąż w toku, a kolejna rozprawa sądowa ma odbyć się 19 listopada.

Desiree, Piotr i Clarisa- zdjęcia policyjne
Pytania bez odpowiedzi

      W niektórych przekazach prasowych znalazłam informacje (mniej lub bardziej potwierdzone), które rodzą kilka pytań odnośnie tej potwornej zbrodni. 
      Po pierwsze, ponoć w 2017 roku zmarł 26-letni syn Clarisy, Xavier (według innych źródeł- w 2018 roku, 20-letni Xander). Czy ta rodzinna tragedia mogła pchnąć Clarisę do tak potwornej zbrodni? Ponoć już na kilka tygodni przez morderstwem Marlen kobieta miała powiedzieć do Desiree, że "potrzebuje pomocy przy zabiciu kobiety, by zdobyć dziecko." Czy Desiree miała szansę zapobiec zbrodni? A co z Piotrem? Czy faktycznie o niczym nie wiedział?
      Po drugie, rodzina Marlen twierdzi, że już na samym początku poszukiwań zaginionej nastolatki przekazała policji informację o planach spotkania z Clarisą. Jeśli to prawda, to dlaczego policja zignorowała tak istotny trop?

Prawo Marlen
      
     Jednym z oczywistych pytań nasuwających się niemal od razu po zapoznaniu się z historią śmierci Marlen jest: Dlaczego nikt nie przeprowadził już na samym początku badań DNA mogących potwierdzić, że noworodek jest synem Clarisy? Przecież było wiele tropów wskazujących na nieścisłości- chociażby fakt, że kobieta urodziła w domu, ale zaraz po porodzie czuła się na tyle dobrze, żeby zadzwonić po pogotowie i wynieść dziecko przed dom; czy też że krew znajdowała się jedynie na jej bluzce, ale nie na spodniach. Odpowiedź jest prosta: Nikt tego nie sprawdził, bo nikt nie miał takiego obowiązku.
    W związku z tym rodzina zamordowanej nastolatki wystąpiła z propozycją ustanowienia nowego prawa, "Marlen's Law", które miałoby nakładać na szpitale obowiązek legitymowania kobiet po porodzie domowym oraz przeprowadzania testów genetycznych, mających potwierdzić rzeczywiste macierzyństwo owych kobiet. Jedna z reguł prawa rodzinnego "Matka jest zawsze pewna" miałaby więc szansę odejść do lamusa. Na chwilę obecną nie mam jednak informacji na temat etapu prac legislaycjnych nad tą propozycją regulacji.



     Historia Marlen wstrząsnęła nie tylko mieszkańcami Chicago, ale też Amerykanami ze wszystkich Stanów. Sama przez długi czas nie mogłam uwierzyć, że do tak bestialskiego, niczym nieusprawiedliwionego mordu, mogło dojść w "moim" mieście. Sprawa jest rozwojowa i myślę, że będę jeszcze do niej wracać.

10/08/2019

Zwiedzanie Chicago
(część 1- wersja jednodniowa)

Zwiedzanie Chicago <br> (część 1- wersja jednodniowa)
     Lato wprawdzie dobiegło już końca, ale każdy czas jest dobry, by przyjechać do Chicago. Tym bardziej teraz, kiedy po pierwsze, wszystko wskazuje na to, że Polska dołączy do ruchu bezwizowego, a po drugie, Chicago po raz kolejny zostało okrzyknięte przez czytelników Conde Nast Traveler najlepszym turystycznie dużym miastem w Stanach, wyprzedzając takie potęgi jak Nowy Jork, Boston czy Nowy Orlean. Wiedzieliście, że tylko w 2018 roku, Chicago odwiedziło aż 58 milionów turystów?!
     Niektórzy są tu tylko przejazdem i w mieście spędzają raptem jeden dzień czy nawet kilka godzin, inni w Chicago planują cały urlop. Żeby wyjść na przeciw jednym i drugim, przygotowałam dla Was dwa posty- dziś zapraszam na moją wersję idealnego, jednodniowego zwiedzania (uprzedzam, że będzie intensywnie!), natomiast w kolejnym poście przedstawię pokrótce całą listę propozycji, co jeszcze polecam robić w Chicago, z których to propozycji można ułożyć sobie plan zwiedzania na kolejne dni. Jako że temat jest obszerny, to będzie sporo odnośników do innych moich postów lub oficjalnych stron atrakcji, ale mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się stworzyć w miarę skondensowaną wersję miniprzewodnika po Chicago. Oczywiście, nie jest to lista zamknięta, więc jeśli macie jakieś swoje ulubione atrakcje, których nie powinno się ominąć, to piszcie śmiało! A teraz już do meritum- zapraszam na bardzo intensywny dzień w Wietrznym Mieście!

photo credit
Dobre śniadanie to podstawa

     Intensywne, całodniowe zwiedzanie polecam zacząć od porządnego, treściwego posiłku w lokalnej śniadaniówce. Częściowo, żeby nabrać energii na cały dzień, a częściowo... żeby poczuć klimat amerykańskich śniadaniówek, który zdecydowanie jest bardzo specyficzny. Szeroko uśmiechnięte kelnerki dolewające co chwilę kawy i ogólny rozgradiasz- to moim zdaniem kwintesencja takich miejsc. Celowo nie polecam żadnej konkretnej sieciówki (choć mam słabość do Waffle House i Cracker Barrel), natomiast sugeruję wyszukać sobie jakąć lokalną restaurację czy kawiarnię. Takie miejsca zwykle mają najlepszy klimat i pyszne jedzenie. Co wybrać z menu? Można postawić na tradycyjne amerykańskie śniadania, czyli np. jajecznicę z bekonem i hash browns, pancakes z syropem klonowym, bądź gofry, albo też pozostać przy bardziej "polskich" kanapkach. Ja zwykle decyduję się na jajka po benedyktyńsku, a jak są w wersji z łososiem to już w ogóle nie mam pytań! Do tego mimoza (szampan z sokiem pomarańczowym) i już można zaczynać dzień. Więcej o amerykańskich śniadaniach pisałam TUTAJ.

Poranny relaks na wodzie

     Najedzeni i pełni energii możemy ruszać na właściwie zwiedzanie miasta. Póki jeszcze słońce nie zacznie palić skóry, polecam wybrać się na rejs po Rzece Chicago i Jeziorze Michigan. Jest to sposób na zobaczenie architektury miasta w pigułce: z poziomu rzeki pięknie widać zróżnicowane zabudowania centrum miasta, w tym jedne z najbardziej ikonicznych budynków- na przykład Willis Tower, Trump Tower, Marina City, czy prawie już ukończony Vista Tower. Potem przeprawa przez śluzę i krótki rejs po jeziorze, skąd jest absolutnie najlepszy widok na panoramę miasta. Wszystko oczywiście w akompaniamencie opowieści przewodnika, który dzieli się interesującymi historiami i ciekawostkami. Uwaga praktyczna: w Chicago funkcjonuje kilka(naście) firm oferujących tego typu atrakcje i każda z tych firm ma kilka różnych opcji rejsu- są na przykład typowe rejsy architektoniczne, gdzie płynie się jedynie po rzece w głąb miasta (pisałam więcej TUTAJ), są rejsy jedynie po jeziorze "pirackim" statkiem, są też rejsy wieczorne, połączone z oglądaniem fajerwerków. Dla każdego coś według upodobań, ja natomiast z własnego doświadczenia, na okazję zwiedzania jednodniowego, polecam rejs "Lake & River Architecture Tour" z firmą Wendella (LINK). 

photo credit
Kultura, sztuka i edukacja

    Po rejsie polecam udać się do jednego z chicagowskich muzeów położonych w samym centrum miasta. Do wyboru jest tutaj kilka opcji, każda z nich moim zdaniem warta uwagi i w każdym z tych miejsc spokojnie można spędzić cały dzień, ale przy jednodniowej wersji zwiedzania przy dobrej organizacji można uwinąć się w kilka godzin. Jeśli ktoś ma więcej czasu na zwiedzanie miasta- polecam odwiedzić wszystkie te miejsca! Z czego można wybierać?
  • Art Institute- muzeum sztuki położone w Millenium Park. Największe skupisko malarstwa impresjonistycznego poza Francją i jedno z najbardziej docenianych muzeów sztuki na świecie. Moje absolutne must see w mieście. Jeśli nie chcecie chodzić po całym muzeum, a jedynie zobaczyć kilka najciekawszych eksponatów, to moją listę dziesięciu faworytów znajdziecie TUTAJ.
  • Field Museum- muzeum ziemi, podobnie jak wszystkie poniższe pozycje, znajduje się na "wyspie muzeów" tuż za Grant Parkiem. Warto się tam udać chociażby dlatego, że z wyspy rozpościera się cudowny widok na panoramę miasta. No i zaraz obok jest pomnik samego Tadeusza Kościuszki! Tuż przy muzeum mieści się także jeden z najpopularniejszych chicagowskich stadionów- Soldier Field. Samo Field Museum jest szalenie interesujące i mieści w sobie kilka ekspozycji. Jeśli czas nas goni i nie mamy czasu obejrzeć wszystkich, to polecam wystawę ze szkieletami dinozaurów (już w głównym holu muzeum wita nas Sue- najlepiej zachowany szkielet tyranozaura na świecie) lub wystawę z artefaktami starożytnego Egiptu. (LINK)
  • Shedd Aquarium- dość sporych rozmiarów oceanarium, w którym można podziwiać wodne i okołowodne stworzenia z całego świata. Świetna atrakcja zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. (LINK)
  • Adler Planetarium-  oczywista propozycja dla miłośników astronomii i gwieździstego nieba. Przy wejściu do planetarium znajduje się kolejny polski akcent- pomnik Mikołaja Kopernika  (LINK)
photo credit
Chicagowski obiad

        Po kilku godzinach zwiedzania pewnie da o sobie znać pusty żołądek. To idealny czas, by zjeść coś typowo chicagowskiego: polecam hot-doga lub deep-dish pizzę. Więcej o chicagowskiej kuchni pisałam TUTAJ. Natomiast w skrócie powiem, że typowo chicagowski hot-dog to jeden z absolutnie najlepszych hot-dogów, jakie przyjdzie Wam zjeść w życiu. Jego podstawą jest bułka z makiem oraz parówka, najlepiej frankfurterka, a jako dodatki służą: ogórek kiszony, pomidor, słodka cebula, ostra zielona papryczka (sport pepper), słynny jaskrawozielony relish, musztarda oraz szczypta soli selerowej. Ketchup na hot-dogu jest w Chicago kulinarną zbrodnią i trudno się dziwić, bo do tego zestawienia pasuje jak kwiatek do kożucha.
      Jeśli natomiast chodzi o pizzę, to jest kilka sieciówek oferujących deep-dish. Moim zdaniem wszystkie są na odpowiednim poziomie, ale najbardziej polecam Giordano's. Jeśli zdecydujecie się na tę opcję, to zarezerwujcie trochę czasu- na przygotowanie pizzy potrzeba ok. 40-50 minut. I weźcie również pod uwagę, że pizza jest niesamowicie sycąca- mała w zupełności wystarczy dla dwóch osób.

Spacer w sercu miasta

     Popołudnie warto poświęcić na spacer w samym sercu miasta- Millenium Park. To tam znajduje się swoisty symbol miasta- słynna "Fasolka",  a także piękny amfiteatr, w którym latem odbywają się darmowe koncerty muzyki klasycznej; Lurie Garden, który idealnie łączy naturę z miejską przestrzenią; oraz Crown Fountain, czyli dwie blokowe fontanny, w których cudownie się ochłodzić, gdy z chicagowskiego nieba leje się piekielny żar. (Więcej o Millenium Park, Grant Park i Wyspie Muzeów pisałam TUTAJ)

photo credit
Czasem warto spojrzeć z góry

     Zanim jeszcze zacznie się ściemniać, warto udać się do najwyższego budynku w mieście- Willis Tower, a konkretnie na jego szklany taras widokowy, który znajduje się na 103. piętrze! Rozpościera się stamtąd niesamowity widok nie tylko na miasto, ale także, gdy pogoda dopisze, na granice aż czterech stanów! Polecam wybrać się tam póki jest jeszcze widno (zarezerwujcie czas na ewentualne kolejki), i zostać aż do zmroku. Wierzcie mi, Chicago w wersji dziennej i nocnej to dwa różne światy! Wiem, dużo wykrzykników w tym akapicie, ale cóż poradzę, że Skydeck robi największe wrażenie nia większości moich gości spoza miasta... (Więcej o Skydeck pisałam TUTAJ)

photo credit
Kolory i muzyka

     Jeśli po wyjściu z Willis Tower wciąż macie jeszcze trochę siły, to polecam udać się na krótki spacer przez Grant Park do Fontanny Buckingham- to ta znana z czołówki "Świata według Bundych". Pięknie prezentuje się także za dnia, ale letnie wieczory są tam szczególnie urocze, gdyż w feerii kolorowych świateł fontanna tańczy w rytm muzyki. Dodatkowo można tam poczuć lekko festynowy klimat- pojawiają się uliczni grajkowie oraz mobilni sprzedawcy z neonowymi opaskami czy ulicznym jedzeniem. No i nie oszukujmy się- jest to kolejne miejsce do zrobienia pięknego zdjęcia z widokiem na Chicago. (Zimą fontanna jest wyłączona, ale wciąż warto się tam wybrać- chociażby dla pięknej panoramy miasta)


Chwila oddechu

    Po tak intensywnym dniu warto w końcu odetchnąć i po prostu popatrzeć na życie miasta. Można skorzystać z letniej pogody i usiąść z drinkiem na ogródku którejś z pobliskich knajp, bądź też udać się do jednego z bluesowych klubów, z których słynie Chicago (ponoć najlepszy to Kingston Mines).

photo credit
     Zdaję sobie sprawę, że powyższy plan zwiedzania jest bardzo intesywny. Jeśli nie chcecie się zbytnio męczyć albo podróżujecie z dziećmi, to polecam skupić się na rejsie, Millenium Park i tarasie widokowym. Jest to wersja dużo łagodniejsza, a również pozwalająca na poczucie klimatu miasta.

     Jak wspomniałam na wstępie, już w jednym z kolejnych postów czeka na Was dość obszerna lista pozostałych atrakcji w Chicago, które moim zdaniem warto wpisać na listę zwiedzania, gdy ma się więcej czasu niż jeden dzień. Zostańcie więc ze mną!




12/18/2018

Co zamiast Kevina, czyli co w Święta oglądają Amerykanie?

Co zamiast Kevina, czyli co w Święta oglądają Amerykanie?
     Boże Narodzenie za pasem, w Polsce znów wszyscy mają nieprzyzwoitą ilość wolnego, a w telewizorach z pewnością poleci, o ile już nie poleciał, swoisty symbol okresu świątecznego: "Kevin sam w domu". Tymczasem w Stanach Zjednoczonych oficjalnie wolnym dniem jest tylko 25. grudnia, a w amerykańkich telewizorach... najprawdopodobniej Kevina nie będzie. Bo o ile jest to produkcja amerykańska i oczywiście Amerykanom doskonale znana, to jednak jankeskie gusta są w tym temacie nieco odmienne od polskich.


     Znów zrobiłam małe badanie wśród Amerykanów i tym razem zapytałam, jaki film jest tradycyjnie oglądany w ich domach w okresie świątecznym. I powiem szczerze, że dość mocno się zdziwiłam! Była to tym samym inspiracja i baza do dzisiejszego posta: na podstawie owego badania przygotowałam dla Was bowiem zestawienie pięciu filmów świątecznych najczęściej wymienianych przez Amerykanów, które to zestawienie być może będzie dla Was inspiracją na świąteczny (mini)maraton filmowy. 

"It's a Wonderful Life" ("To wspaniałe życie")

      Jeśli nie macie oporów przed oglądaniem starych, czarno-białych filmów, to ta propozycja zdecydowanie warta jest sprawdzenia- wśród moich respondentów, produkcja "To wspaniałe życie" była niemalże bezkonkurencyjna! Jest to również film najwyżej oceniony w zestawieniu 50 najlepszych filmów świątecznych portalu Rotten Tomatoes. Film z 1946 roku opowiada historię Georga Bailey'a, który po wpadnięciu w tarapaty finansowe dostaje załamania nerwowego, wskutek którego postanawia targnąć się na własne życie. Z pomocą przychodzi mu anioł stróż, Clarence Odbody, który pokazuje George'owi, na jak wiele osób miał wpływ i jak wyglądałoby życie jego bliskich bez niego. Piękny, wzruszający, choć mało znany w Polsce film- w sam raz na Święta!


"A Christmas Carol" ("Opowieść wigilijna")

     Historia przedstawiona w "Opowieści wigilijnej" Charlesa Dickensa jest chyba wszystkim świetnie znana: skąpiec i samotnik Ebenezer Scrooge pod wpływem wigilijnej wizyty trzech duchów przechodzi imponującą przemianę w szczodrego i serdecznego człowieka. Opowiadanie doczekało się wielu adaptacji filmowych i teatralnych i na potrzebę tego posta wszystkie je wrzuciłam do jednego worka, choć warto nadmienić, że wśród szczególnie upodobanych przez Amerykańskich widzów znajduje się produkcja "A Christmas Carol", znana również jako "Scrooge" z 1951 roku, z bardzo docenionym Alstairem Simem w roli Ebenezera.


"Miracle on 34th Street" ("Cud na 34. ulicy")

     W czasach, kiedy w każdym centrum handlowym można spotkać co najmniej jednego Świętego Mikołaja pozującego do zdjęć z dziećmi w bajkowej scenerii, trudno uwierzyć w autentyczność owych mikołajów. A co jeśli jeden z nich faktycznie jest tym jedynym i prawdziwym Świętym Mikołajem, który pomaga odnaleźć magię w świętach? O tym właśnie opowiada "Cud na 34. ulicy". Kolejna ciepła opowieść, która doczekała się kilku wersji filmowych, przy czym kilka scen z tej chyba najpopularniejszej, z 1994 roku, kręconych było nie gdzie indziej jak w samym Chicago!


"White Christmas" ("Białe Boże Narodzenie")

     Kolejny dość wiekowy film, bo z 1954 roku. Opowiada historię czwórki muzyków rewiowych, którzy starają się ocalić przed upadkiem zapomniany hotel. Romans, musical i komedia w jednym. A do tego okraszony wieloma znanymi piosenkami, jak chociażby "White Christmas" w wykonaniu Binga Crosby'ego, która zadebiutowała w jeszcze starszym filmie świątecznym "Holiday Inn" z 1942 roku.


"A Christmas Story" ("Prezent pod choinkę")

     Klasyczna komedia świąteczna opowiadająca historię chłopca, który marzy o tym, by pod choinkę dostać karabinek marki Red Rider. Film jest tak wysoko ceniony w amerykańskiej kulturze, że w 2012 roku umieszczony został na liście amerykańskiego dziedzictwa filmowego jako produkcja ważna pod względem kulturalnym, historycznym i estetycznym. A i tak część Amerykanów pamięta go pewnie głównie dlatego, że dobitnie przedstawił, dlaczego nie należy lizać zmrożonych rurek.



     Przyznam szczerze, że zaskoczyło mnie aż tak duże uwielbienie Amerykanów do aż tak starych, klasycznych filmów. Poza tymi wymienionymi powyżej, chętnie wspominane były chociażby "The Bells of Saint Mary's" z 1945 czy "Heidi" z 1937 roku. Nie tylko żadnego z nich nie oglądałam, ale nawet do tej pory o nich nie słyszałam! Co również zaskakujące, niezbyt popularne były natomiast świąteczne komedie, tak chętnie oglądane w Polsce, jak choćby nieśmiertelny "Kevin sam w domu", "Bad Santa" czy "W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju" opowiadający o rodzinie Griswoldów. Co również ciekawe, jednym z najpopularniejszych filmów nieświątecznych oglądanych w Święta przez Amerykanów jest... "Szklana Pułapka"!

     I mówcie sobie co chcecie, ale dla mnie "Grinch: Świąt nie będzie" z 2000 roku i tak jest najlepszym filmem świątecznym 😊 A Wy, co będziecie oglądać w te Święta?


Jeśli interesuje Cię tematyka filmowa, to koniecznie zajrzyj do posta o filmach świątecznych kręconych w Chicago TUTAJ.


* Dzisiejszy post powstał we współpracy z portalem Polki na Obczyźnie.

Popularne posty

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger