7/02/2018

Czy kobiety w Ameryce są bezpieczne?

Czy kobiety w Ameryce są bezpieczne?
     Stany Zjednoczone. Gospodarcza potęga świata, symbol kapitalizmu, kraj głośno mówiący o potrzebie walki o równość i prawa wszystkich mniejszości, jak również kobiet. A jednak coś poszło nie tak, skoro według ostatniego badania przeprowadzonego przez Thomson Reuters Foundation, Stany Zjednoczone znalazły się na 10. miejscu zestawienia krajów najbardziej niebezpiecznych dla kobiet. Jako jedyny kraj "zachodni" w pierwszej dziesiątce i w towarzystwie takich państw jak Indie, Arabia Saudyjska, Syria, Afganistan czy Somalia. 


     Jak to możliwe? W badaniu wzięte zostały pod uwagę takie aspekty jak: dostęp kobiet do służby zdrowia (w tym świadomość i zapobieganie HIV/AIDS), handel żywym towarem, dyskryminacja, tradycje kulturowe (np. wymuszone małżeństwa, kamieniowanie, czy oblewanie kwasem w ramach ukarania) czy nadużycia seksualne. O ile z negatywnymi dla kobiet tradycjami kulturowymi  czy dostępem do służby zdrowia Ameryka względnie nie ma problemu i w tych dziedzinach znajduje się poza pierwszą dziesiątką zestawienia, o tyle kwestia przemocy seksualnej, molestowania, gwałtów, czy przemocy psychicznej względem kobiet jest jak widać w Ameryce niestety problemem dość dużym. Dużym do tego stopnia, że pod względem przemocy seksualnej wobec kobiet Stany Zjednoczone znalazły się na niechlubnym 3. miejscu, a pod względem przemocy nieseksualnej (czyli np. przemocy psychicznej czy przemocy domowej), na 6. miejscu zestawienia Thomson Reuters Foundation.

  
     Duży udział w nagłośnieniu przemocy wobet kobiet w Stanach Zjednoczonych miała zapoczątkowana w zeszłym roku akcja #metoo. Akcja ta rozpoczęła się od obnażenia wieloletnich działań i nadużyć seksualnych Harvey'a Wiensteina, bardzo szybko rozprzestrzeniając się na całe Hollywood, a wkrótce potem zarówno na Amerykę, jak i inne państwa. Okazało się, że problem molestowania seksualnego kobiet przez wiele lat był uciszany i zamiatany pod dywan, a kiedy w końcu zaczęło się o nim mówić, jego rozmiar przeraził świat zachodni. Kobiety zaczęły głośno opowiadać o swoich traumatycznych przeżyciach i historiach, a na szerokim forum rozpoczęła się dziwna, choć chyba jednak potrzebna, dyskusja nad tym, gdzie kończy się zalotne pochwalenie wyglądu, a gdzie zaczyna molestowanie. Długa droga jednak przed nami, skoro świat, w szczególności media i szeroko rozumiana pop-kultura,  wciąż pozwalają na seksistowskie komentarze, a catcalling uznawany jest za uliczną formę komplementu.

     Ale nie tylko z molestowaniem ma problem Ameryka, nie bez powodu znalazła się w końcu na trzecim miejscu w kategorii przemocy seksualnej. Są bowiem jeszcze zgwałcenia. Kiedy ostatnio trafiłam na zeszłoroczne statystki HuffingtonPost, aż krew zmroziła mi się w żyłach. Średnio 321,5 tysiąca osób jest każdego roku gwałconych w Stanach Zjednoczonych, z czego aż 90% stanowią kobiety. 7 na 10 gwałtów dokonywanych jest przez osobę znaną ofierze. 13% ofiar gwałtów dokonuje próby samobójczej. I, uwaga teraz, 99% gwałcicieli unika odpowiedzialności karnej. Bo jest niska wykrywalność. Bo więzienia są przepełnione. Bo nie było wystarczająco dowodów. Bo ofiara bała się zgłosić przestępstwo. Bo to przecież mąż, więc może. Bo na randce to nie gwałt. Bo miała za krótką spódniczkę... Jak kobiety mogą czuć się bezpiecznie, skoro gwałty praktycznie uchodzą sprawcom bezkarnie, i to nie tylko w rozumieniu prawnym, ale często także społecznym?

***
      Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, na ile powyższe badanie przeprowadzone przez Thomson Reuters Foundation jest wiarygodne. Oczywiście nie przeczę, że problem szeroko rozumianej przemocy wobec kobiet w Ameryce istnieje i zdecydowanie powinny zostać podjęte kroki, by go zmniejszyć. Ale nie chce mi się wierzyć, że kobiety w Ameryce znajdują się w gorszej sytuacji niż mieszkanki np. niektórych krajów Ameryki Południowej, Bliskiego Wschodu, czy chociażby Korei Północnej, które to państwa znalazły się poza pierwszą dziesiątką. A może boję się myśleć, że sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest aż tak zła. Nie zmienia to jednak faktu, że tak potężny kraj jak Stany Zjednoczone ma wciąż tak poważny problem z ochroną praw kobiet. Że wciąż tak wiele kobiet jest odzieranych z poczucia godności i traci poczucie bezpieczeństwa przez nieudolność państwa czy społeczne ciche przyzwolenie. Jeśli nie potrafisz bronić kobiet, to dokąd zmierzasz, Ameryko?

 ***
     Całe zestawienie i więcej informacji o badaniu znajdziesz na stronie Thomson Reuters Foundation klikając  TUTAJ.

5/19/2018

Co z tą bronią?

Co z tą bronią?
     Kiedy zaczynam pisać ten post, Ameryka znów jest w żałobie. W miejscowości Santa Fe w Teksasie doszło do kolejnej w tym roku strzelaniny w szkole w USA. Sprawcą był prawdopodobnie jeden z uczniów, który w piątkowy poranek postanowił dokonać zbrodni. Na chwilę obecną nie znamy jeszcze zbyt wielu szczegółów- wiadomo jedynie, że strzelanina przyniosła co najmniej osiem ofiar śmiertelnych. Raptem kilka miesięcy temu, w lutym, podobna tragedia rozegrała się w miejscowości Parkland na Florydzie. Wówczas sprawca, również młody człowiek, zabił siedemnastu licealistów. Była to jedna z najtragiczniejszych szkolnych strzelanin w historii USA. W zeszłym roku, w październiku, strzelec otworzył ogień do tłumu zgromadzonego na festiwalu muzycznym w Las Vegas. Prawie sześćdziesiąt osób zginęło, 851 zostało rannych, z czego 422 bezpośrednio wskutek strzałów, umieszczając tym samym masakrę w Las Vegas w czołówce najkrwawszych masowych strzelanin w historii USA.


     Przykładów strzelanin w Stanach Zjednoczonych można by mnożyć i mnożyć. O niektórych z nich jest głosniej, o niektórych mówi sie również poza USA. Do tych wszystkich masowych strzelanin dochodzą też "zwykłe" strzelaniny: pojedyncze strzały oddawane na ulicach miast, porachunki gangsterskie, przemoc domowa, czy dzieci ginące przypadkowo wskutek zabawy niezabezpieczoną bronią rodziców. W związku z tymi niezliczonymi tragediami w Ameryce trwa niesłabnąca debata na temat prawa do posiadania broni i restrykcji z nim związanych. Co ciekawe, obie strony barykady jako swój czołowy argument przywołują poczucie bezpieczeństwa: zwolenncy prawa do posiadania broni chcą czuć się bezpiecznie, mogąc obronić się przed napastnikiem przy użyciu broni palnej, natomiast przeciwnicy chcą czuć się bezpiecznie nie martwiąc się o to, że zostaną postrzeleni przez przypadkowego przechodnia.

Uczniowie protestujący przeciwko posiadaniu broni (CNS/Reuters/Kevin Lamarque)
     Co ciekawe, często słyszę dyskusje na temat prawa do posiadania broni także w Polsce. Niestety, często zdarza się tak, że najzażarciej dyskutują osoby, które zarówno o realiach amerykańskiej codzienności, jak i o amerykańskich regulacjach prawnych, nie mają bladego pojęcia. Dziś więc postanowiłam przybliżyć kilka faktów na temat broni palnej w Ameryce. Postaram się nie wdawać natomiast zbytnio w dyskusję ideologiczną, bo w tej kwestii szanuję zdanie każdego i nie zamierzam nikogo przekonywać do stanięcia po jednej czy drugiej stronie barykady.
1. Konstytucja.

     Prawo do posiadania broni było tak ważne dla Amerykanów, że postanowili nadać mu rangę konstytucyjną i jest ono uregulowane w Drugiej Poprawce do Konstytucji USA uchwalonej w grudniu 1791 roku. Przypomnijmy, że były to zupełnie inne czasy niż te, w których żyjemy teraz. Ludność Ameryki dopiero zaczynała jednoczyć się w państwo, a ogromna część populacji żyła na ogromnych farmach, które przecież musiała chronić- przez bandydami, dziką zwierzyną, i pewnie jeszcze wieloma innymi elementami. 

    Dla porównania- był to ten sam rok, w którym w Polsce została uchwalona Konstytucja 3 maja. Tyle tylko, że polska konstytucja przetrwala raptem kilkanaście miesięcy, a amerykańska, uchwalona w 1787, funkcjonuje do dziś i, w ogólnym rozrachunku, ma się całkiem nieźle.

    Oczywiście dziś czasy są już inne. Ameryka posiada służby bezpieczeństwa i instrumenty prawne i przeciętny obywatel nie musi już wyciągać strzelby czy rewolweru, by rozwiązać konflikt z sąsiadem. Mimo że diametralnie zmieniła się amerykańska rzeczywistość, prawo do posiadania broni wciąż widnieje w konstytucji. Dlaczego? Moim zdaniem przyczyny są co najmniej trzy. Po pierwsze, jest to kwestia tradycji i przyzwyczajenia. Amerykanie zwyczajnie wychowali sie w "kulturze posiadania broni" i jest to dla nich na tyle codzienne zjawisko, że nie widzą powodu, by cokolwiek zmieniać. Pamiętam w jakim szoku bylam kiedyś, gdy na jednej z amerykańskich grup na Facebooku przeczytałam post jednej z grupowiczek mniej więcej o treści: "Hej dziewczyny, tak się zastanawiam, czy jak wchodzicie do pracy [biurowej], to bierzecie ze sobą broń, czy zostawiacie ją w aucie?". Rozumiecie, pytanie nie brzmiało czy w ogóle posiadacie broń, tylko szło od razu o kilka kroków dalej. Pod postem pojawiło się kilkadziesiąt odpowiedzi, w których inne grupowiczki całkiem normalnie odpowiadały o tym, gdzie trzymają broń, czy zabierają ją do pracy, itd. To dało mi wiele do myślenia na temat różnic między polską a amerykanską rzeczywistoscią w tym zakresie.

     Drugi powód jest równie prozaiczny- konstytucja, jako najważniejszy akt prawny w państwie, jest niesamowicie trudna do zmiany. Amerykańska konstytucja, licząca sobie ponad 230 lat, doczekała się raptem 27 poprawek, z których ostatnia uchwalona została prawie 30 lat temu. Nie wdając się w szczegóły, aby w życie weszła jakakolwiek poprawka do konstytucji, musi zostać ona najpierw zaproponowana przez amerykański Kongres, następnie przegłosowana przez 2/3 Izby Reprezentantow (odpowiednik sejmu) i Senatu, a w końcu zaakceptowana przez 3/4 stanów. Good luck.
 
      I w końcu trzeci  powód, chyba jeszcze mniej zaskakujący, choć silnie powiązany z poprzednim- w Stanach Zjednoczonych działa bardzo silne lobby wspierające prawo do posiadania broni. Są to przede wszystkim producenci broni palnej i najrozmaitsze związki strzeleckie, które przy każdych wyborach wykładają na stół bardzo dużo pieniędzy, by nie utracić swojej pozycji.

źródło: www.opensecrets.org

2. Regulacje na poziomie stanowym.

     O ile samo prawo do posiadania broni ustanowione jest w Konstytucji, a więc na poziomie federalnym, o tyle regulacje dotyczące na przykład pozwoleń, sprzedaży broni czy zasad noszenia jej w miejscach publicznych, należą już do legislatorów stanowych. Oznacza to dokładnie tyle, że realia posiadania broni wyglądają nieco inaczej w każdym stanie. I tak oto w niektórych stanach uznawanych za najbardziej liberalne, np. na Alasce, nie potrzeba posiadać zezwolenia ani na broń krótką, ani długą, broni nie trzeba rejestrować, a po ulicach można chodzić z widoczną bronią. W innych stanach, uznawanych z kolei za najbardziej restrykcyjne, na przykład w Nowym Jorku, wymagane jest pozwolenie na broń krótką, którą także trzeba zarejestrować (nie dotyczy to broni długiej), broń krótka nie może być noszona w widoczny sposób, a ponadto magazynek może być maksymalnie 10-nabojowy. Jeśli jesteście ciekawi, jak sytuacja wygląda w jakimś konkretnym stanie, to polecam zajrzeć na stronę Guns to Carry, gdzie znajduje się bardzo czytelne zestawienie regulacji prawnych ze wszystkich stanów.

3.  Statystyki.
  • Najwięcej ofiar broni palnej to... samobójcy. Jeśli wierzyć statystykom, aż 63% wszystkich ofiar śmiertelnych użycia broni palnej stanowią samobójcy. Kolejne 32% to ofiary zabójstw.
  • Średnio 96 Amerykanów ginie od postrzału każdego dnia. Pamiętajcie, że ok 60% to samobójstwa.
  • W ciągu miesiąca średnio 50 kobiet zostaje zastrzelonych przez swoich bliskich partnerów, a obecność broni w sytuacji przemocy domowej zwiększa ryzyko śmierci kobiety aż pięciokrotnie.
  • Istnieje pewna zależność pomiędzy restrykcyjnym podejściem do posiadania broni palnej, a liczbą ofiar zabitych wskutek użycia broni palnej, co doskonale widać na poniższym schemacie. Na pierwszej mapce im ciemniejszy odcień czerwonego, tym więcej osób ginie od broni palnej. Na drugiej mapce im jaśniej, tym liberalniejsze zasady posiadania broni palnej. Spójrzcie na przykład na Alaskę, Luizjanę czy Montanę- wszystkie trzy stany mają wysoki procent ofiar broni palnej i stosunkowo łagodne przepisy prawne.
  •      Największy stosunek osób zabitych w wyniku postrzału do populacji miasta jest w St. Louis, w stanie Missouri- wynosi 64,9 ofiar na 100.000 mieszkańców. W 2017 roku zostało tam zabitych z broni palnej 205 osób. Według tych samych wytycznych, Chicago plasuje się na 10. miejscu w stanach z 24 ofiarami na 100.000 mieszkańców. W 2017, zginęło tu od postrzału 650 osób.
     Oczywiście, statystyk dotyczących posiadania i użycia broni, strzelanin i ofiar, można znaleźć w Internecie setki. Nie będę ich powielać, chciałam tylko zaznaczyć, że broń w Ameryce to nie tylko masowe strzelaniny i porachunki gangów, ale także sytuacje równie tragiczne, choć dużo bardziej przyziemne i często zapomniane- samobójstwa i przemoc domowa.

***
       W momencie kiedy kończę pisać ten post, wiadomo już nieco więcej o strzelaninie w Santa Fe. Wiadomo, że ofiar śmiertelnych jest co najmniej 10, a sprawcą był siedemnastoletni Dimitrios Pagourtzis, uczeń zdobywający dobre wyniki w nauce, członek kościelnego klubu tanecznego i gracz w szkolnej drużynie futbolowej. Strzelając, oszczędzał osoby, które "lubił".

       Temat prawa do posiadania broni to temat niesamowicie obszerny, trudny i skomplikowany. Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na wiele pytań, a do tego często regulacje prawne nie nadążają za rzeczywistością oraz nie gwarantują bezpieczeństwa. Czy Dimitrios posiadał pozwolenie na broń? Na pewno nie, nie ma przecież nawet osiemnastu lat. Skąd więc miał broń? Czy była to niezabezpieczona broń jego rodziców, czy też może nabył ją na czarnym rynku albo pożyczył od starszego kolegi? Czy tej tragedii dałoby się zapobiec przez restrykcyjniejsze zasady posiadania broni palnej? A może raczej trzeba byłoby spojrzeć głębiej, w duszę i rozum Amerykanów? Zbadać ich narodowe problemy psychologiczne? Im dłużej mieszkam w Ameryce, tym bardziej przychylam się do tej drugiej opcji.

      Kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce, byłam zdecydowaną przeciwniczką broni. Uważałam, że posiadanie jej przez zwykłych obywateli powinno być zabronione, a już tym bardziej nie powinno się jej trzymać w domu. Potem przeprowadziłam się do USA. Dziś, po kilku latach mieszkania w Chicago, w którym każdego roku dochodzi do kilkuset (!) strzelanin, w tym dokonywanych na przypadkowych osobach, poważnie zastanawiam się nad zrobieniem licencji i kupieniem małego rewolweru. Dalej nie jestem zwolenniczką ani tym bardziej miłośniczką broni palnej, ale niestety realia są takie, że w moim odczuciu nie ma szans na rozbrojenie Amerykanów. I chyba jednak w takich okolicznościach przychylę się do tych, dla których posiadanie broni przynajmniej częściowo zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Samonakręcająca się turbina szaleństwa, niestety.


4/01/2018

Marcowe migawki

Marcowe migawki
     Marzec był u mnie dość intensywny, ale i całkiem inspirujący. Była przeprowadzka, poznawanie Evanston, pokazywanie Chicago i ciekawe znaleziska. A jako że migawki ostatni raz wrzuciłam na jesieni, to pomyślałam sobie, że chyba czas najwyższy znów pokazać Wam kilka obrazków z mojego życia. Nie przedłużając zatem- zapraszam!


     Miesiąc rozpoczął się od razu bardzo intensywnie, bo od przeprowadzki. Szczerze mówiąc bałam się tego dnia niesamowicie, bo była to moja druga zmiana miejsca zamieszkania w całym życiu i trochę nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Ale szczęśliwie, dzięki pomocy naszych przyjaciół, wszystko poszło wyjątkowo sprawnie i bezboleśnie. Przez chwilę żyliśmy na kartonach i obiad jedliśmy na takich oto gustownych stolikach,
ale poza tym to dość szybko nam poszło rozpakowywanie i urządzanie. I zaraz po tym, z ogromną przyjemnością, ruszyliśmy na poznawanie Evanston. Właściwie to nieco już to miasteczko znaliśmy, w końcu jest położone zaraz przy Chicago, więc bywaliśmy tu już wcześniej, ale teraz mogliśmy ruszać na miasto jak prawdziwi "lokalsi". I muszę przyznać, że uwielbiam tu mieszkać! Sami zobaczcie kilka zdjęć z miasta:

Bliskość jeziora była dla mnie jednym z głównych kryteriów szukania mieszkania. I tak się złożyło, że od Jeziora Michigan dzieli nas raptem kilka minut!
A jezioro wygląda i brzmi niekiedy jak morze- prawie jak w domu, nad naszym Bałtykiem <3
W centrum Evanston znaleźliśmy rewelacyjną francuską kawiarnię- Paisserie Coralie. Smaki niemal jak w samej Francji, a do tego przeuroczy wystrój! Gorąco polecam!

Evanston to w ogóle bardzo klimatyczne miejsce. Dla mnie bardzo europejskie i szanujące historyczne budynki- uwielbiam!
W Evanston można też wciąż znaleźć parkomaty "na miejscówkę", w Chicago już wyparte przez bardziej nowoczesne parkomaty "na bilecik".
Wisienką na torcie był dla mnie ten oto... salon fryzjerski! Salon "As you like it" to przy okazji galeria sztuki wystawiająca prace lokalnych artystów. Na zdjęciu- poczekalnia. Nic tylko czekać i czytać!



Spójrzcie tylko na ten fotel po lewej stronie zdjęcia! Magia!
Trafiłam też na niesaowity antykwariat, w którym można znaleźć prawdziwe perełki, takie jak te na zdjęciu. Spójrzcie tylko na lata wydań! Wspaniale było trzymać te ślady historii w swoich rękach. A jedną, prawie 100-letnią książkę nawet zakupiłam ;)

     Ale nie samym Evanston człowiek żyje! Muszę się Wam pochwalić, że w marcu miałam również przyjemność odbyć bardzo miłe spotkanie. Marcin Pośpiech z Trójka Polskie Radio przyleciał do Chicago nagrać reportaż o życiu w mieście, a ja częściowo byłam jego przewodnikiem. Reportaż moim zdaniem wyszedł rewelacyjne, a wszystkie jego części, w tym także dwie z moim udziałem, możecie odsłuchać TUTAJ. (Pięć plików audio znajduje się w lewej szpalcie strony).


     W marcu również mogłam w końcu odebrać mój dyplom. I pochwalę się, bo tych kilka lat mojej edukacji skończyło się tytułem z high honors ;) Wiem, że w Polsce trochę nie wypada się chwalić, ale ja naprawdę jestem z siebie dumna, bo wiem ile pracy i wysiłku mnie to kosztowało. Wiem też jak studia w USA zmieniły moje postrzeganie kraju, a także... samej siebie. Świetne doświadczenie, każdemu polecam!


    Z innych tematów, to na Facebook'u podzieliłam się z Wami również poniższym zdjęciem. Jak widzicie, Amerykańskie leniuszki wszystko mają na wyciągnięcie ręki na sklepowych półkach- nawet ugotowane na twardo i obrane jajka oraz jajka w płynie. 


    Ale żeby nie było tak kolorowo i wesoło, to wspomnę również o pewnym zdarzeniu, które niesamowicie wyprowadziło mnie z równowagi pewnego poranka. Otóż, jak część z Was pewnie wie, należę do Klubu Polki na Obczyźnie. Jest to wirtualny klub, który zrzesza emigrantki-blogerki z całego świata. Robimy wspólne projekty, razem blogujemy, a za kuluarami, na wewnętrznym forum, dzielimy się opowieściami o blaskach i cieniach emigracji, które tylko inna emigrantka zrozumie. W marcu ruszyłyśmy z nowym projektem: portalem o emigracji, a Wirtualna Polska zrobiła o nas artykuł (możecie go znaleźć TUTAJ). Super sprawa, szkoda tylko, że w komentarzach pojawiło się tak wiele bezsensownego hejtu i nienawiści, że nie byłam w stanie tego przetrawić. Jeśli ktoś z Was jest w stanie wytłumaczyć mi, co ci ludzie mają w głowach, to bardzo proszę o wyjaśnienie. Poniżej kolaż kilku z tych obrzydliwych komentarzy, a cały mój post na Facebook'u oraz interesującą dyskusję, która rozwinęła się pod nim, możecie znaleźć (i dołączyć się) klikając TUTAJ.


    I już na sam koniec, żeby mimo wszystko zakończyć pozytywnie, chciałabym Wam serdecznie podziękować za wszystkie Wasze odwiedziny, komentarze, wiadomości i polubienia, bo tak się składa, że w marcu stuknął milion Waszych wejść na bloga! Serdecznie dziękuję i zapraszam częściej :)


     A tych, którzy przegapili informuję, że w marcu na blogu pojawiły się dwa nowe posty: → o szukaniu mieszkania w Chicago, oraz → pierwsza część relacji z Lazurowego Wybrzeża. Zapraszam!

3/25/2018

Lazurowe Wybrzeże: autostopem po najpiękniejszy widok riwiery

Lazurowe Wybrzeże: autostopem po najpiękniejszy widok riwiery
     Nowsi Czytelnicy prawdopodobnie o tym nie wiedzą,  a starsi stażem już mogli zapomnieć, ale zeszłego lata spełniłam w końcu jedno z moich największych marzeń jeszcze z czasów dzieciństwa- odwiedziłam Lazurowe Wybrzeże. Dziś postanowiłam się w końcu zebrać i opisać tych kilka dni, które spędziłam w tym absolutnie cudownym miejscu. Mimo że zwiedzanie Europy nie leży w tematyce tego bloga to uznałam, że Francuska Riwiera jest tak cudowna, że należy jej się kilka oddzielnych postów. Od razu uprzedzam, że zapewne każdy z nich będzie dość długi, ale przy okazji mam nadzieję pełen przydatnych informacji i kolorowych zdjęć, choć może nie do końca profesjonalnych, bo na wspomnianych wakacjach odkryłam nową jakość zwiedzania: bez obwieszania się sprzętem, a za to żywego zachwycania się i przeżywania każdej chwili i jedynie uchwycania pewnych elementów aparatem w telefonie. Zapraszam więc do czytania francuskiej miniserii i powspominania ze mną tych kilku słonecznych i pięknych dni.


      Jak wspomniałam we wstępie, odwiedzenie Lazurowego Wybrzeża pojawiło się w moich planach jeszcze w dzieciństwie- jeśli dobrze pamiętam, to gdy oglądałam serial "Saint Tropez". Przez te wszystkie lata moje oczekiwania siłą rzeczy rosły, a to spowodowało, że przed samym wyjazdem pojawiła się trema- a co jeśli Lazurowe mnie rozczaruje? A co, jeśli poczuję się oszukana? Jak się okazało- Lazurowe nie tylko mnie nie rozczarowało, ale wręcz zachwyciło i wzbudziło chęć na więcej. Jestem przekonana, że mój pierwszy pobyt na francuskiej riwierze nie był ostatnim!


    We Francji spędziliśmy trzy i pół dnia i był to nasz drugi przystanek na europejskich wakacjach- polecieliśmy tam prosto z Majorki, gdzie po raz kolejny odwiedzałam moją przyjaciółkę. Za bazę wypadową wybraliśmy Niceę. Tam, bardzo blisko od centrum, korzystając z Airbnb wynajęliśmy małe mieszkanie, z którego mieliśmy widok na... przeurocze południowoeuropejskie okiennice!


      Zwiedzanie Lazurowego Wybrzeża postanowiliśmy rozpocząć od Eze- cudownego miasta położonego na skałach oraz zamku, z którego rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na okoliczne miasteczka. Muszę tutaj wtrącić jedną uwagę. Otóż, zwykle każde nasze wakacje planuję bardzo dokładnie. Tak samo było i tym razem: na kilku stronach rozpisałam dokladny plan zwiedzania, wliczając w to czasy przejazdów, autobusy, pociągi, ceny biletów, godziny otwarcia atrakcji i tym podobne uwagi i informacje. Zresztą, moimi planami i przygotowaniami podzieliłam się z wami TUTAJ. Przegapiłam tylko jedną jedyną rzecz- nie zauważyłam, że autobus do Eze odjeżdża nieregularnie i dość rzadko! To spowodowało, że pierwszego ranka, tuż po śniadaniu, zorientowaliśmy się, że na jeden z nich się spóźniliśmy i kolejny będzie dopiero za dwie godziny! Na takie opóźnienie, przy tym napiętym grafiku, nie mogliśmy sobie pozwolić. Postanowiłam jednak nie dać temu wypadkowi zepsuć dnia i uparłam się, że... złapię stopa. Tak też uczyniłam i już po kilku minutach siedzieliśmy w samochodzie z przemiłym panem i jego psem, który na początku powiedział, że nie jedzie do Eze, ale w tamtą okolicę, więc może nas kawałek podwieźć, ale koniec końców tak nam się dobrze rozmawiało trochę po francusku, a trochę po angielsku, że podwiózł nas pod same bramy zamku i jeszcze po drodze opowiedział kilka ciekawostek o okolicach. To nie tylko uratowało nam dzień, ale chyba dodało pewności do dalszego zwiedzania i rozmawiania z autochtonami. Ot, taka anegdotka o tym, jak nie dać sobą rządzić złym sytuacjom.

     Ale wracając już do Francji to muszę przyznać, że Eze było jednym z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych miejsc, jakie widziałam w życiu. Zdecydowanie polecam to miasteczko, cudowny zamek, i zniewalący widok z samego szczytu. Zobaczcie sami:

Tuż przy wejściu do zamku znajduje się kilka straganów z lokalnymi wyrobami.






Urocze miejsce na obiad!


Na szczycie znajduje się ogród roślin egzotycznych.
No i w końcu jest! Widok, który na żywo zapiera dech w piersiach!
     Kończąc zwiedzanie Eze ma się dwa wyjścia- albo wrócić tą samą drogą, albo zejść nad morze ścieżką Nietzschego- tego sławnego myśliciela, a następnie z Eze-sur-Mer pojechać pociągiem do Nicei. My zdecydowaliśmy się na drugą opcję. Tak się tylko złożyło, że całkowicie zapomniałam, że wbrew pozorom jest to trochę wymagająca, kamienista i górska trasa, na którą zdecydowanie zaleca się wygodne buty. Cóż, jak wspomniałam, zapomniałam o tym elemencie i na zwiedzanie wybrałam się w sandałkach, bo przecież było tak gorąco! Przeżyłam, co wiele osób zaskoczyło, ale przyznaję, że złapały mnie lekkie skurcze łydek. Więc zalecam mojego błędu odzieżowego nie popełniać, ale też koniecznie wybrać tę trasę, bo ponownie- widoki są zniewalające!




Nie ma to jak profesonalne obuwie! Nie bierzcie ze mnie przykładu ;)


Stacja kolejowa w Eze-sur-Mer. Tak przy okazji: pociągi to jeden z najlepszych środków transportu na Lazurowym! Korzystaliśmy z nich kilka razy dziennie.

     Po powrocie do z Eze przyszedł czas na szybkie odświeżenie i króki odpoczynek, a już wieczorem szliśmy na bardzo ciekawe spotkanie- z Tomkiem i Łukaszem z bloga Lazurowy Przewodnik, który nota bene bardzo polecam. I przyznaję bez bicia, że ich blog posłużył mi za świetny przewodnik, gdy przygotowywałam się do wyjazdu do Nicei. Tomek i Łukasz pokazali nam nieco stare miasto, a następnie przyszedł czas na rozmowy o życiu we Francji i degustację lokalnych specjałów.


Plac Massena- jedno z najważniejszych turystycznie miejsc w Nicei.


Przy Placu Massena skupia się dużo artystów i kuglarzy. Oraz właścicieli kolorowych gołębi, z którymi można zrobić sobie zdjęcie. Cóż, jest popyt, to i niestety jest podaż.

No i w końcu zdjęcie z wieczornego spotkania. A na stole lokalna pizza, talerz nicejskich specjałów i oczywiście różowe, regionalne wino.

      Po spotkaniu, zmęczni ale i usatysfakcjonowani pierwszym dniem spędzonym na Lazurowym Wybrzeżu, wróciliśmy do naszego tymczasowego mieszkania. Trzeba było odpocząć i zebrać siły na kolejny dzień wrażeń i zwiedzania jednego z najpiękniejszych miejsc Francji. Ale o tym, gdzie byliśmy kolejnego dnia, napiszę już w kolejnym poście. Do następnego!


3/06/2018

Wynajem mieszkania w Chicago

Wynajem mieszkania w Chicago
     Wynajem mieszkania to zwykle dość stresujące i czasochłonne zadanie. Szczególnie, jeśli przychodzi nam wynająć mieszkanie w obcym kraju, którego realiów nie znamy. Nie wiemy na co zwrócić uwagę, a czasem nawet dość prozaiczne rzeczy mogą okazać się odmiennie niż te, do których przywykliśmy. Dziś postanowiłam przyjść z pomocą przede wszystkim osobom, które przybywają samodzielnie do Chicago i muszą na własną rękę znaleźć jakiś kąt. Myślę jednak, że wiele wskazówek może okazać się całkiem uniwersalnych i odnosić się nie tylko do reszty Stanów, ale także do innych państw, jak również nie tylko do wynajmu, ale i do kupna nieruchomości. I w końcu, nawet osoby niezainteresowane stricte tematem wynajmu nieruchomości, znajdą tu sporo amerykańskich ciekawostek. Zapraszam więc na zestawienie kilku przydatnych wskazówek!


Gdzie szukać mieszkań na wynajem?

     Tak naprawdę wiele zależy od tego, w jakiej okolicy chcemy zamieszkać i jak wielu mamy znajomych. Jeśli na przykład interesuje nas dzielnica, gdzie skupia się Polonia, to warto przejrzeć ogłoszenia w weekendowym wydaniu Dziennika Związkowego- z mojego doświadczenia wynika, że zwykle są tam najtańsze nieruchomości, ale niestety dość mocno ograniczone terytorialnie (zdecydowana większość w okolicy dzielnicy Jefferson Park). Warto też popytać znajomych- może akurat ktoś jest agentem nieruchomości i zapisze nas bezpłatnie na newsletter z MLS-u albo już ma w ofercie coś, co spełnia nasze oczekiwania? I w końcu- jeśli wiemy dokładnie, w jakiej okolicy chcemy zamieszkać, czasem warto się tam przejechać i zwyczajnie zadzwonić na numery z tabliczek informujących o mieszkaniach na wynajem, mniej więcej takich jak ta na zdjęciu powyżej.
      Jeśli chodzi o bardziej uniwersalne środki, to oczywiście bez dwóch zdań w naszych czasach jest to Internet. Stron z nieruchomościami jest istne zatrzęsienie (np. Zillow, Redfin, czy stary dobry Craigslist), ale ja zdecydowanie najbardziej polecam portal Trulia. Lubię go nie tylko dlatego, że jest bardzo przejrzysty i pozwala łatwo manewrować między różnymi kryteriami wyszukiwania, ale także dlatego, że pokazuje mapę przestępczości w danej okolicy. A o przestępczości już za chwilę.

Czy okolica jest bezpieczna?

     Wiadomo, każdy ma swój własny ranking kryteriów i pewne aspekty mieszkania ceni bardziej niż inne. Dla mnie jednym z najważniejszych wyznaczników było bezpieczeństwo. Niejednokrotnie pisałam na blogu o tym, że Chicago jest dość niebezpiecznym miastem, a pewne dzielnice powinny być wręcz omijane szerokim łukiem (interesujące statystyki znajdziecie na przykład TUTAJ). Nie przedłużając- jeśli miałabym do wyboru tańsze mieszkanie w niebezpiecznej okolicy, lub droższe w bezpiecznej, zdecydowanie wybrałabym tę drugą opcję. Z przestępczością w Chicago nie ma żartów. Poniżej przykład mapy przestępczości z jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic miasta- West Englewood.


Czy w okolicy są dobre szkoły?

      W chicagowskich szkołach publicznych występuje rejonizacja. Jeśli ktoś posiada więc dzieci, będzie mu pewnie zależało na okolicy z dobrymi szkołami. I tu dwie podpowiedzi. Po pierwsze, Trulia udostępnia również informacje o poziomie okolicznych szkół. Po drugie, zwykle tam, gdzie wysoka przestępczość, tam i słabe szkoły. Powtórzę się więc: szukając mieszkania w Chicago ZAWSZE patrzcie na poziom przestępczości!

Czy okolica spełnia moje oczekiwania?
    
      Pytanie niby proste, a jednak w ferworze poszukiwań mieszkania idealnego łatwo zapomnieć, by zwyczajnie rozejrzeć się po okolicy swoim subiektywnym okiem. Czy łasuch znajdzie tu wystarczająco dużo restauracji? Czy miłośnik ciszy nie znajdzie się przypadkiem zbyt blisko linii metra? A może w okolicy nie ma mojej ulubionej siłowni? Być może nie są to najważniejsze pytania, jakie trzeba sobie zadać, ale zdecydowanie odpowiedzi mogą przechylić szalę w przypadku niezdecydowania.

Jaka jest komunikacja miejska w okolicy?

      Zdecydowana większość osób porusza się po Chicago autami, co ma oczywiście swoje plusy i minusy. Jeśli jednak ktoś wie, że będzie korzystał z komunikacji miejskiej, warto zawczasu zorientować się, jak wygląda sytuacja w okolicy. O ile bowiem centrum jest bardzo dobrze skomunikowane, o tyle obrzeża miasta pozostawiają wiele do życzenia. Do tego dochodzą jeszcze duże odległości w mieście oraz korki w godzinach szczytu i... jeśli rozsądnie nie wybierzemy lokalizacji mieszkania może się okazać, że codzienne dojazdy do pracy szybko staną się koszmarem! Więcej o funkcjonowaniu komunikacji miejskiej w Chicago przeczytasz TUTAJ.

A co z parkingiem?

      Jak wspomniałam, auto jest bardzo popularnym środkiem transportu w Chicago. W związku z tym wiele osób musi liczyć się z kolejnym problemem: czy przy budynku jest dostępny parking? A może budynek oferuje prywatny parking dla mieszkańców, zwykle za dodatkową opłatą? Ponadto warto pamiętać, że niektóre ulice w Chicago zezwalają na parkowanie aut jedynie osobom posiadającym specjalne pozwolenie (permit), czyli najczęściej mieszkańcom okolicznych budynków.

                               Jaka jest wielkość mieszkania?

      Oczywiście, że wielkość poszukiwanego mieszkania, to jedna z najbardziej indywidualnych kwestii. Chcę tutaj tylko poruszyć jeden aspekt, który może zmieszać nieco osoby przybywające prosto z Polski. Otóż, w USA nie tylko inaczej liczy się piętra (polski parter to amerykańskie pierwsze piętro), ale także liczbę pokoi. I tak oto kawalerka to studio, a mieszkanie dwupokojowe to 1 bedroom. Często w ofertach można znaleźć podaną liczbę pomieszczeń- rooms- przy czym słowa rooms nie można w tym momencie utożsamiać z pokojami, a z pomieszczeniami właśnie. Przy większych mieszkaniach można  się ponadto spotkać z kilkoma łazienkami i "połówkami" łazienek, czyli po prostu toaletami. Co również istotne- w Ameryce bardzo popularne są wbudowane szafy, czyli closets, nota bene w Pongliszu uroczo nazywane klozetami. Posiada je praktycznie każda sypialnia, a do tego dodatkowe schowki można często znaleźć w przedpokoju oraz w okolicy kuchni i łazienki.

Czy w budynku jest pralnia?

     Kwestia pralek w chicagowskich mieszkaniach jest dość zaskakująca. Otóż, wiele mieszkań zwyczajnie pralek nie posiada! Kiedy przyleciałam prosto z Polski, było to dla mnie czymś nie do pomyślenia, dziś już przechodzę nad tym do porządku dziennego. W każdym razie, na pewno niejednej osobie wyjaśniło to fenomen tak popularnych w Ameryce pralni publicznych, które można spotkać na niemal każdej ulicy. Ale wracając do tematu mieszkań: wiele budynków posiada wydzielone pralnie. Znajdują się w nich pralki i suszarki (o tak, elektryczne suszarki do prania to w USA codzienność), z których mieszkańcy mogą korzystać zwykle za niewielką opłatą (maszyny są na monety dwudziestopięciocentowe, w Pongliszu nazywane kłodrami), a czasami nawet bezpłatnie. Jeśli w mieszkaniu nie ma pralki, pralnia w budynku jest moim zdaniem niezbędna.


Czy w budynku dostępne są inne udogodnienia?

     Poza pralnią, niektóre budynki mieszkalne oferują dodatkowe udogodnienia, które zwykle już zawarte są w cenie czynszu. Mogą to być na przykład wspólna siłownia, dodatkowy schowek w piwnicy czy bezpłatny Internet. Czasem nawet zdarza się tak, że budynek położony jest na miniosiedlu, które posiada swój własny basen czy kort tenisowy dla użytku mieszkańców.

Co zawarte jest w czynszu?

     Bardzo często czynsz zawiera już część opłat, na przykład za wodę, gaz czy ogrzewanie. Wówczas najemca musi pokryć jedynie pozostałe opłaty, zwykle za prąd i Internet. I tutaj uwaga dodatkowa- ogromna część mieszkań w Chicago posiada klimatyzację, która jest na prąd, co może dość zauważalnie podnieść rachunek za prąd w okresie letnim.
     Jeśli już jesteśmy przy kosztach, to warto wspomnieć również o security deposit, czyli bardzo popularnym w Chicago depozycie. Jest to kwota płatna z góry zwykle wraz z pierwszym czynszem i najczęściej będąca jego równowartością, która ma zabezpieczyć właściciela przed szkodami, których może dokonać najemca. Depozyt przechowywany jest przez właściciela mieszkania, a przy wyprowadzce oddawany najemcy. Jeśli w międzyczasie dojdzie do jakichś zniszczeń w mieszkaniu, wówczas właściciel może zatrzymać część lub nawet cały depozyt na poczet niezbędnych napraw.

 Czy można mieć zwierzęta?

     Możliwość posiadania zwierzęcia w domu zwykle nie zależy jedynie od dobrej woli właściciela mieszkania,  ale od polityki całego budynku. Warto więc zapytać o to wcześniej. Może się bowiem zdarzyć tak, że zarząd budynku zezwala jedynie na posiadanie kotów albo psów, ale tylko poniżej pewnej wagi.

Z jakimi cenami wynajmu trzeba liczyć się w Chicago?

    To pytanie celowo zostawiłam na koniec. Jak bowiem zapewne nietrudno się domyślić, wszystkie powyższe aspekty mogą w mniejszym lub większym stopniu wpłynąć na cenę wynajmu. Co za tym idzie, pytanie jest bardzo skomplikowane i wręcz niemożliwe do jednoznacznej odpowiedzi. Poniżej, w celach poglądowych, zamieszczam więc kilka przykładowych ofert znalezionych na Trulii:

$550 - pokój do wynajęcia w dwusypialniowym mieszkaniu w modnej, nieco hipsterskiej dzielnicy Wicker Park. Wspólna łazienka, parking na ulicy, dodatkowo płatne użyteczności.
$910 - odremontowane, dwusypialniowe mieszkanie, najemca płaci dodatkowo za prąd i gaz. Dzielnica Garfield Park, czyli za oknem strzelaniny i narkotyki.
$1700 - dwusypialniowe, świeżo odremontowane mieszkanie w dzielnicy Jefferson Park (aktualnie jedno ze skupisk Polonii). W budynku jest 6 mieszkań, wspólna pralnia na monety, dostępny parking.
$2000 - kawalerka w ścisłym centrum, zaraz przy Millenium Park. Ekskluzywny apartamentowiec, mieszkanie z pralnią. Do użytku mieszkańców pozostaje siłownia, a także odkryty basen i strefa grillowa umiejscowione na dachu budynku.
$3000 - trzysypialniowe mieszkanie w dzielnicy Lincoln Park. Blisko do zoo i plaży.
$12500 - luksusowe, trzysypialniowe i dwułazienkowe mieszkanie w ekskluzywnej dzielnicy Gold Coast. Mieszkanie przy Lake Shore Drive, z widokiem na Jezioro Michigan.


                                          To co, kto się przeprowadza do Chicago?

Jeśli spodobał się Tobie ten post, mogą Cię również zainteresować:

Popularne posty

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger