czwartek, 1 grudnia 2016

W oczekiwaniu na Victoria's Secret Fashion Show

     Przyznam szczerze, że kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce, nazwa Victoria's Secret niewiele mi mówiła. Prawdopodobnie wiedziałam jedynie, że jest to "jakaś" firma bieliźniarska i poza tym nie miałam żadnych konotacji. Sytuacja zmieniła się, gdy zamieszkałam w USA. Nie tylko dlatego, że co druga nastolatka na ulicy chodzi w bluzie PINK lub legginsach VS, czego nie da się przeoczyć, nie tylko dlatego, że co pół roku VS organizuje ogromne wyprzedaże, z których chętnie korzystam, ale przede wszystkim dlatego, że raz w roku odbywa się pokaz mody, o którym mówi cała Ameryka, a ja oglądam go z wypiekami na policzkach: Victoria's Secret Fashion Show. Tegoroczny pokaz właśnie zakończył się w Paryżu, a do telewizyjnej transmisji przyjdzie nam poczekać jeszcze kilka dni, więc dzisiaj postanowiłam opowiedzieć Wam kilka ciekawostek o pokazach mody VS, jak i o samej marce, które to fakty mogą okazać się nieznane szczególnie dla osób spoza USA. Zapraszam!


1.  Firma Victoria's Secret powstała w 1977 roku. Ponoć jej założyciel, Roy Raymond, uważał, że kupowanie bielizny dla kobiet w centrach handlowych może być kłopotliwe i wstydliwe dla mężczyzn i tak właśnie narodził się pomysł na biznes. Tak właśnie, żeby pomóc mężczyznom. To trochę mnie bawi, szczególnie gdy przypomnę sobie linię biednych mężów czekających zawsze przy wejściu do sklepu, podczas gdy ich żony buszują po szufladach i wieszakach w poszukiwaniu idealnej bielizny :)

2. Pokazy mody Victoria's Secret rozpoczęły się w latach '90, jednak dopiero po roku 2000 zaczęły być transmitowane w ogólnokrajowych mediach. Aktualnie, VS Fashion Show każdego roku zbiera przed telewizorami miliony widzów i zaryzykuję stwierdzenie, że jest to chyba najchętniej oglądany pokaz mody na świecie.

3. Podczas Victoria's Secret Fashiow Show prezentowana jest przede wszystkim bielizna z najnowszej kolekcji, która wkrótce potem ma trafić do sklepów. Jednak modelki nie występują w samej bieliźnie- ozdobione są również kolorowymi i pomysłowymi dodatkami, a często także skrzydłami, z których chyba najbardziej słyną owe pokazy.  Jednak element, który każdego roku wzbudza chyba największe zainteresowanie to "Fantasy Bra", czyli biustonosz przygotowany specjalnie na tę okazję, wysadzany drogimi kamieniami i warty wiele milionów. To zawsze ogromny zaszczyt dla modelki, która zostanie wybrana do zaprezentowania owego dzieła sztuki. Najdroższy jak dotąd Fantasy Bra zaprezentowany został przez Gisele Bundchen w 2000 roku, wysadzany był rubinami i diamentami, wart był (wraz z majtkami)... 15 milionów dolarów! Zestaw ten pobił również Rekord Guinessa w kategorii najdroższej bielizny.


 4.  W 2014 roku wyjątkowo przygotowano dwa ekskluzywne biustonosze, przede wszystkim by uhonorować dwie z najbardziej rozpoznawalnych i zasłużonych dla marki modelek: Alessandrę Ambrosio i Adrianę Limę. Co ciekawe, modelki pochodzą z tego samego kraju (Brazylii) i przyjaźnią się również w życiu prywatnym. Ich biustonosze były przepiękne, choć warte "jedynie" 2 miliony dolarów każdy.


 5. W tym roku, po raz pierwszy od kilku lat, w pokazie nie poszła żadna polska modelka. No, chyba żeby liczyć Alessandrę Ambrosio, która ma polskie korzenie ;) W poprzednich latach na wybiegu VS można było podziwiać między innymi Magdalenę Frąckowiak, Monikę Jagaciak, czy Kasię Struss. 

6. Od kilku lat pokazy mody uświetniane są występami gwiazd muzyki. Jest to zorganizowane w bardzo ciekawej konwencji, ponieważ modelki przechadzają się tuż obok muzyków i często wchodzą z nimi w interakcje. W tym roku podczas pokazu będziemy mogli zobaczyć Bruno Marsa, The Weekend i Lady Gagę. Natomiast jeden z moich ulubionych występów to ten z 2015 roku, kiedy to na wybiegu zaprezentował się Maroon 5. Zobaczcie sami:



 7. Bilety na Fashion Show najczęściej uzyskuje się w drodze zaproszenia. Część biletów można również kupić, ale zdecydowanie nie jest to rozrywka dla wszystkich, bowiem ich cena oscyluje w granicach kilkunastu tysięcy dolarów...

8. Na szczęście, produkty VS są stworzone już dla zwykłych śmiertelników. Regularna cena może nie jest najprzystępniejsza, ale dwa razy w roku, w styczniu i czerwcu, organizowane są tzw. "semi-annual sale", czyli naprawdę solidne wyprzedaże w sklepach VS. Wyprzedaże trwają około 2 tygodni i teraz uważajcie, bo dam Wam dobrą radę, jak skorzystać z nich najlepiej i zaoszczędzić jak najwięcej, jeśli mieszkacie bądź akurat przebywacie w USA. Po pierwsze, idźcie na zakupy zaraz po rozpoczęciu wyprzedaży, ponieważ wtedy towaru jest najwięcej i jest najmniej przebrany. Po drugie, koniecznie zachowajcie paragon. Po trzecie, w ciągu 14 dni od daty zakupu udajcie się z paragonem do sklepu (nie musicie mieć przy sobie zakupionych ubrań) i powiedzcie, że chcecie zrobić "Price Adjustment". O co chodzi? W trakcie trwania wyprzedaży, VS zawsze obniża ceny o kolejne pułapy. Na samym końcu produkty są najtańsze, ale jest ich oczywiście najmniej. Gdy robicie Price Adjustment, sklep zwraca Wam różnicę w cenie pomiędzy tym, co zapłaciłyście, a aktualnymi cenami danych produktów. Przy dobrych wiatrach, do Waszej kieszeni może wrócić nawet jedna trzecia pierwotnej sumy. Nie ma za co.



Na Internecie można już obejrzeć zdjęcia z tegorocznego pokazu (np. TUTAJ), ale na transmisję telewizyjną musimy poczekać do najbliższego poniedziałku, 5 grudnia. VS Fashion Show obejrzeć można będzie na stacji CBS o godzinie 9/10 wieczorem. Kto czeka tak jak ja? :)






niedziela, 27 listopada 2016

Atlantic City- miasto, które umiera

     Kiedy planowałam naszą sierpniową wycieczkę, której docelowymi punktami miały być Washington DC i Philadelphia, bardzo szybko zorientowałam się, że z moim planem jest coś nie tak... no bo przepraszam bardzo, ale gdzie jest plaża?! Jak doskonale wiecie, w moim przypadku wakacje bez plaży to w ogóle nie wakacje, więc musiałam dodać jeszcze jeden punkt. Padło na Atlantic City w stanie New Jersey.
       Atlantic City to miasto położone nad Oceanem Atlantyckim, najbardziej znane ze swoich licznych kasyn, nazywane wręcz Las Vegas wschodniego wybrzeża. Kiedy szukałam noclegu, początkowo chciałam zrobić tak jak zazwyczaj, czyli znaleźć gospodarza przez Couchsurfing lub Airbnb, ale w centrum miasta Couchsurfingu nie było praktycznie wcale, a taniej niż Airbnb było... zostać w hotelu. Wybór padł na Trump Taj Mahal, czyli hotel, który niegdyś był własnością Prezydenta-Elekta Donalda Trumpa, a w czasie naszego pobytu nazwisko pozostawało jedynie w nazwie. Teraz natomiast, od około półtora miesiąca, hotel jest już zamknięty. Jak się bowiem okazało, Atlantic City umiera. Z zasłyszanych opowieści o przepełnionej promenadzie i tętniących życiem kasynach już nic nie zostało. I szczerze mówiąc wcale się nie dziwię- hotele w AC są bardzo drogie, szczególnie w porównaniu do Las Vegas, dla miłośników hazardu nie jest to więc żadna interesująca oferta. Miasto mogłoby jedynie ratować położenie nad oceanem, ale... takich miast są tysiące! Zapraszam Was więc na małą wycieczkę po Atlantic City, bo być może niedługo niewiele już z tego wszystkiego zostanie.
        W Atlantic City spędziliśmy jedynie jeden wieczór, noc i poranek, ale szczerze mówiąc uważam, że był to czas wystarczający. Do miasta przyjechaliśmy jeszcze przed godziną meldowania w hotelu, postanowiliśmy więc wykorzystać ten czas i piękną pogodę na delikatne plażowanie. 



Promenada na początku sierpnia. Tłumów nie ma.
 Prosto z plaży udaliśmy się na obiad do jednej z pobliskich restauracji- Harry's Oyster Bar. Ucieszyła mnie obecność świeżych ryb i owoców morza w karcie. Skusiłam się na flądrę, bo bardzo rzadko widuję ją w USA. I powiem Wam, że była to najlepiej podana ryba, jaką kiedykolwiek jadłam w Ameryce! (to drugie danie na zdjęciu to tacos z rybą mahi mahi)


     Muśnięci słońcem i najedzeni udaliśmy się w końcu do hotelu. Już widząc drogowskazy i główny wjazd do hotelu, nie można nie było nie zauważyć, że Trump poleciał z fantazją dekorując Taj Mahal. Pokoje hotelowe- nic specjalnego. Ale bałagan w dokumentach i ofertach- to zasługiwałoby na medal. Ale skoro hotel już nie funkcjonuje, to nie będę kopać leżącego i pokażę Wam tylko kilka zdjęć z tego przybytku.




Żyrandole w głównym holu
Widok z naszego pokoju
W hotelu znajdowało się kilka sklepów. W jednym z nich rzuciły mi się w oczy takie kolore torebki ;) Nie, nie są one dla małych dziewczynek.

     Zostawiliśmy bagaże i udaliśmy się na rejs statkiem. Prawdopodobnie nawet byśym nie skusili się na tę atrakcję, ale kiedy rezerwowałam nocleg okazało się, że po dopłaceniu jedynie kilkunastu dolarów, otrzymuje się trzy dodatkowe  "prezenty"- rzeczony rejs, 2 drinki w hotelowym barze oraz wstęp do hotelowego SPA. Szkoda było nie skorzystać. Jak się później okazało, rejs odbywał się jedynie po marinie, nie było więc w tej atrakcji nic zapierającego dech w piersiach, jednak mimo wszystko było to całkiem przyjemne popołudnie.

Marina przy miejskim Akwarium obfituje w urocze sklepiki




Podczas rejsu mogliśmy głównie podziwiać... luksusowe rezydencje z dostępem do zatoki i własnymi łodziami



Plaża, chyba głównie dla wędkarzy, z wjazdem dla aut


Pełno było luksusowych jachtów...
... jak i mniej luksusowych kutrów

     Po powrocie z rejsu udaliśmy się do hotelowego kasyna, które nota bene było praktycznie puste. Przy okazji  moja rada- kiedy wybieracie się do kasyna zaopatrzcie się w bankoty, a nie bilon. Ja naoglądałam się filmów, gdzie starsze panie wrzucają do maszyn przez całą noc jednocentówki, więc stwierdziłam, że jak zbiorę wszystkie dwudziestopięciocentówki z domu, to będę dobrze przygotowana. Na miejscu okazało się, że maszyny przyjmują jedynie banknoty, a w kasynowej kasie nikt nie miał "czasu", by wymienić monety na banknoty. Bo przecież kawa sama się nie wypije.
      Tak czy inaczej, w kasynie spędziliśmy kilka godzin i szczerze mówiąc, w ogóle nie wciągnęliśmy się w hazard. Wyszliśmy na pobliskie molo i pospacerowaliśmy po tamtejszym wesołym miasteczku.

     Następnego dnia rano udaliśmy się na śniadanie na promenadę, a następnie na spacer po plaży.

Kiedy je się śniadanie na promenadzie, można liczyć na wielu gości ;)






Pod hotelem przez kilka miesięcy, w tym w czasie naszego pobytu, odbywały się protesty pracowników. Rozmawiałam z jednym z nich, bo byłam ciekawa, o co tak naprawdę chodzi. Jak się okazało, cała rzecz rozgrywała się o zaległe ubezpieczenia dla pracowników, ale z tego co powiedział mi mój rozmówca, nikt już chyba nie liczył, że uda się coś osiągnąć.





      I tak mniej więcej wyglądało naszych kilkanaście godzin w Atlantic City. Plaża zaliczona, więc mój cel został osiągnięty, ale szczerze mówiąc raczej nie mogę polecić tego miejsca na wypoczynek. Jak już wspomniałam, miasto, a przynajmniej jego turystyczyna część, wyraźnie umiera. Dodatkowo ceny zdecydowanie nie zachęcają turystów. Za jedną dobę dla 2 osób zapłaciłam około 170 dolarów, co w tamtmtym czasie było jedną z lepszych ofert jakie udało mi się znaleźć. Takich cen nie ma nawet na Key West, które jest o wiele bardziej klimatyczne i interesujące, oraz ogólnie uznawane za dosyć drogie. Jeśli jesteście przejazdem- zdecydowanie polecam zatrzymać się na kilka godzin, choćby po to, by zjeść pyszną rybę w Harry's Oyster Bar. Całego urlopu jednak nie planowałabym w Atlantic City.

sobota, 19 listopada 2016

Zapraszam na premierę mojego kanału!

     W ostatnim, rocznicowym poście wspomniałam, że szykuję dla Was niespodziankę. I oto ona- mój świeżutki kanał na YouTube!

    O założeniu kanału myślałam już jakiś czas, głównie dlatego, że coraz więcej osób zaczynało mnie pytać, czemu taki kanał jeszcze nie istnieje. I faktycznie, ileż razy myślałam, że zdjęcia nie oddają wszystkiego! Ileż razy denerwowałam się, że coś może lepiej byłoby opowiedzieć, niż opisać! Pomyślałam więc, że może faktycznie warto by było postawić przed sobą nowe wyzwanie, porzucić mniej lub bardziej racjonalne lęki i spróbować czegoś nowego. Tak więc stało się- dziś oficjalna premiera kanału Chicagowianka!

    Oczywiście zachęcam Was do subskrybowania i zaglądania na kanał. Na chwilę obecną nie jestem w stanie powiedzieć, z jaką częstotliwością będą ukazywały się filmy, ale mam nadzieję, że nie będziecie musieli się o nie upominać ;)

    Zapraszam!


poniedziałek, 14 listopada 2016

Dziękuję!

     Dziś mija 5 lat, odkąd na blogu pojawił się pierwszy wpis. Wydaje się, że to nie tak znowu długo, a jednak, jeśli spojrzeć na to z innej strony, to dłużej niż trwały moje studia magisterskie, dłużej niż jestem mężatką i dłużej, niż wykonywałam jakąkolwiek pracę w swoim życiu. Jeśli spojrzeć na to w ten sposób, to trochę czasu jednak się już tutaj spotykamy :)
     5 lat to również całkiem niezły wynik, jeśli przypomnieć sobie, jak bardzo spontanicznie powstał ten blog, całkowicie bez planu i jakiejś większej wizji. Na początku liczyłam się z tym, że powstanie kilka postów i stracę zapał, jak to często u mnie bywa. Tymczasem, przez te 5 lat, na blogu pojawiło się 350 postów, które w sumie wyświetlone były ponad 700 tysięcy razy oraz skomentowane ponad 4750 razy. To niby tylko liczby, ale kiedy pomyślę sobie, że stoją za nimi prawdziwi ludzie, Wy przecież, to czuję ogromną radość i rozpierającą dumę.
     Cieszę się, że przez te kilka lat udało nam się tutaj stworzyć bardzo sympatyczną społeczność, że macie chęć komentować moje posty, a także nie boicie się wchodzić w konwersacje między sobą. Że wzajemnie sobie pomagacie i doradzacie. Cieszę się również, że nie ma tu miejsca dla hejterów i ich negatywnych emocji, a nawet jeśli dochodzi do jakiejkolwiek dyskusji, to zawsze jest rzeczowo, kulturalnie i z szacunkiem. Dziękuję Wam za to!

fot.

      Muszę przyznać, że przez te lata blog dał mi bardzo wiele. Na samym początku, pomógł uporać się z ogromną tęsknotą za Polską i nieco odnaleźć się w Stanach. Z czasem poznałam dzięki niemu mnóstwo interesujących ludzi. Nie tylko wirtualnie, ale również w świecie "rzeczywistym". Ba, dzięki blogowi udało mi się nawet nawiązać kilka przyjaźni! Blog stał się również moją wizytówką i umożliwił nawiązanie współpracy z różnymi polonijnymi mediami, co pozwoliło mi otworzyć się na nowe możliwości i rozwinąć horyzonty. Moje artykuły mogliście swego czasu czytać zarówno w Magazynie Polonia, jak i Dzienniku Związkowym. W końcu przyszedł także czas na wywiad w lokalnym Radiu Deon (możecie go odsłuchać TUTAJ, po wejściu w link zjedźcie do ostatniego suwaka, tego na 8 minut), w którym opowiadałam o moich początkach w Chicago i o samym blogu. Przyjemnie też było dowiedzieć się, że mój blog stał się inspiracją do pracy maturalnej. Jak patrzę teraz na te wszystkie wydarzenia to nie mam wątpliwości, że założenie Pamiętnika Emigrantki było jedną z moich najlepszych decyzji.

     Z okazji urodzin bloga szykuję dla Was pewną niespodziankę, która wymaga jeszcze chwili dopracowania, ale mam nadzieję, że wkrótce będę już mogła ją Wam ujawnić. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu :)
      
     A na koniec chciałabym Wam serdecznie podziękować za każde miłe słowo, za to że jesteście, że macie chęć tutaj zaglądać i komentować moje wpisy. Naprawdę, to super uczucie wiedzieć, że nie pisze się tylko dla siebie i że zawsze można się z kimś podzielić swoimi amerykańskimi wrażeniami! Dziękuję!

sobota, 12 listopada 2016

Ameryka na kilka dni po wyborach prezydenckich. Czy ten kraj zwariował?

    Jak pewnie nikomu nie umknęło, kilka dni temu w Stanach Zjednoczonych odbyły się wybory prezydenckie. Wbrew chyba wszystkim wcześniejszym szacunkom i przewidywaniom, wybory wygrał kontrowersyjny kandydat Partii Republikańskiej, businessman i milioner Donald Trump. Dla jednych to ogromna radość, dla innych największa tragedia. Ale to, co zaczęło się dziać w Ameryce dnia następnego... to jest dopiero prawdziwy dramat.


      Na początku, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości- nie lubię ani Hillary, ani Donalda. W moim odczuciu oboje są warci dokładnie tyle samo, a jedyne co ich różni to maski, które zakładają. Właściwie to Trump nie zakłada żadnych masek, jest po prostu nieprzefiltrowanym, nieobytym w polityce człowiekiem, który absoultnie nie dba o poprawność polityczną, którą to cechę akurat bardzo lubię. Hillary natomiast to osoba, która całe życie spędziła w polityce, potrafi pięknie się wysławiać i mówić dokładnie to, czego od niej oczekują. Maski zupełnie różne, ale wnętrze bardzo podobne. Tak czy inaczej, po raz pierwszy odkąd mieszkam w Ameryce odczułam prawdziwą ulgę, że nie mogę jeszcze głosować i brać na siebie tej odpowiedzialności, by ostatecznie opowiedzieć się po którejś ze stron. Z tym większym zainteresowaniem obserwowałam kampanię i same wybory.

     O innych kandydatach trudno się wypowiadać, ponieważ w Ameryce panuje system dwupartyjny, Sprowadza się to do tego, że owszem, na urząd prezydenta mogą kandydować także inne osoby niż przedstawiciele Partii Republikańskiej i Partii Demokratycznej, ale w praktyce nie mają one żadnych szans na wygraną, chociażby dlatego, że media nie poświęcają im absolutnie żadnej uwagi, przez co przeciętny wyborca nie zna nawet ich poglądów, systemu wartości i programu. Ba, wiele osób nie potrafi nawet wymienić nazwisk chociaż kilku innych kandydatów.

     Poza systemem dwupartyjnym, jest jeszcze jeden poważny problem, czy wręcz zarzut dotyczący wyborów prezydenckich- głosy elektorskie. Wszyscy na pewno o nich słyszeli w kontekście wtorkowych wyborów, ale wiele osób pewnie zupełnie nie orientuje się w idei tego kontrowersyjnego politycznego wynalazku, gdyż na gruncie polskim nie mamy czegoś podobnego. O co więc chodzi z tymi głosami elektorskimi? Głosy elektorskie to wymysł pochodzący jeszcze z czasów, gdy w Ameryce panowało niewolnictwo. Mówiąc w wielkim skrócie chodzi o to, że do każdego stanu przyporządkowana jest pewna liczba elektorów, w sumie 538. Ich liczba zależy od ludności danego stanu, i tak na przykład Illinois posiada 20 głosów elektorskich, największy stan, Teksas- 38, najbardziej zaludniony, Kalifornia-55, natomiast taka sobie Alaksa- zaledwie 3. Kiedy przychodzi do wyborów, obywatele oddają swoje głosy, a kandydat, który zdobędzie więcej głosów wyborców, co do zasady zbiera całość głosów elektorskich z danego stanu. Co do zasady, ponieważ elektorzy mogą zagłosować inaczej niż wyborcy, ale to się raczej nie zdarza. Aby wygrać wybory, kandydat musi uzyskać minimum 270 głosów elektorskich w skali kraju. 
     Jaki jest największy zarzut do tego systemu? Dość oczywisty- rzeczywista różnica w głosach między kandydatami może być niewielka, ale różnica w głosach elektorskich może już przeważyć całe wybory. Spójrzmy na przykład na taki Teksas- w ostatnich wyborach Hillary uzyskała tam 43% głosów, a Donald 53%, co oznacza, że Trump zgarnął całe 38 głosów elektorskich. Gdyby głosy elektorskie były przydzielane proporcjonalnie, Hillary uzyskałaby 16 głosów elektorskich, a Donald 20. Przeliczając tak głosy w całym kraju, możnaby uzyskać inny wynik wyborów. 

      Nie zmienia to jednak faktu, że system jest jaki jest i wszelkie zarzuty w stosunku do niego powinny być podnoszone przed wyborami, a nie tuż po ich rozstrzygnięciu. Naprawdę rozumiem, że duża część społeczeństwa może nie być zadowolona z faktu, że nie wygrał ich kandydat. Wiele ludzi jest przerażonych, że jak to mówią, rasista, szowinista i mizogin będzie teraz prezydentem. Naprawdę, rozumiem rozgoryczenie i niezadowolenie. Ale nie rozumiem tego, co dzieję się teraz w Ameryce! A co dokładnie się dzieje? Jeśli macie słabe nerwy nie czytajcie dalej.

     Po pierwsze, przez kraj przetaczają się protesty. Mają one miejsce przede wszystkim w miastach i stanach, które w wyborach opowiedziały się za Hillary, w tym w Chicago. W większości ludzie wychodzą na ulice, by pokazać swoje niezadowolenie z wyborów i zaznaczyć, że Trump nie jest ich prezydentem. O ile nie widzę sensu w takich działaniach, bo przecież wyniku wyborów to nie zmieni, o tyle powiedzmy że mogę zrozumieć, że jest to jakaś forma oswojenia się z niekorzystną sytuacją. O ile są to protesty pokojowe, to nie jest jeszcze najgorzej. Prawdziwy problem pojawia się w miastach takich jak np. Portland, gdzie ludzie totalnie stracili rozum! Niszczą miasto, atakują policję... nie jestem w stanie tego pojąć. Co najciekawsze i najbardziej absurdalne w tej całej sytuacji to fakt, że po pierwsze, te osoby protestują przeciwko nienawiści Trumpa, sami eskalując nienawiść, a po drugie- przypomnijcie sobie, jaki raban podnieśli przeciwnicy Donalda, gdy ten w którejś z debat powiedział, że nie wie czy zaakceptuje wynik wyborów jeśli wygra Hillary. Jak widać, standardy w życiu są bardzo podwójne.
Poniższe zdjęcia pochodzą ze strony CNN, więcej zdjęć i cały artykuł odnoszący się do protestów w Portland TUTAJ.




     Niewykluczone, że o powyborczych protestach będziecie jeszcze mieli okazję usłyszeć, gdyż póki co trwają one codziennie od wtorku i na weekend zapowiedzianych jest kilka kolejnych. Jaki przybiorą obrót- trudno przewidzieć.

     Po drugie, w ludziach budzi się nienawiść i nietolerancja. Pomijając protesty, które są bardziej zorganizowanym przejawem niezadowolenia z wyników wyborów, w kraju dochodzi też do indywidualnych przejawów agresji. Zwolennicy Trumpa znajdują się czasem w bardzo niebezpiecznej sytuacji przyznając się do swoich poglądów. Mówiąc krótko- dochodzi do pobić, czasem bardzo brutalnych. Poniżej jeden z przykładów, który nota bene miał miejsce w Chicago (uwaga- drastyczne sceny).


    Oczywiście, nie oznacza to, że jedynie zwolennicy Trumpa stali się ofiarami ataków. Wybory wywołały ogromne pokładay agresjii u wielu ludzi, bez względu na opcje polityczne. To jest zarówno przykre, jak i przerażające, szczególnie że dzieje się to w kraju, który uznaje się za przykład demokracji i tolerancji dla innych poglądów.

     Po trzecie, nie znam się, to się wypowiem. Wydaje mi się, że często ignorancja i brak świadomości jest przyczyną napędzającej się agresji, działającej w obie strony. Mam wrażenie, że wiele osób nigdy poważnie nie zainteresowało się programami wyborczymi czy poglądami kandydatów, a jedynie powtarzają frazesy zasłyszane w mediach czy od znajomych. Trzyma się jednej myśli, wypowiedzi czy poglądu i nie weryfikuje całości. Nie analizuje, czy to, czego nie lubią inni, to też to, czego nie lubią oni sami. Bezwiednie podąża za tłumem i napędza spiralę nienawiści. Sąsiedzi ze sobą nie rozmawiają, znajomi kończą znajomości, rodzina nie spotyka się na niedzielnym obiedzie, nastolatki inspirują się twitterem, a rodzice zapominają o tym, że dzieci nie powinno uczyć się mowy nienawiści.


    
    Ktoś z moich amerykańskich znajomych napisał niedawno na Facebook'u, że czuje się oszukany przez Amerykę, że nie rozumie jak wybory mógł wygrać Trump. Ja też czuję się oszukana przez Amerykę, ale z innego powodu. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest tu tyle agresji, nienawiści, braku zrozumienia i nietolerancji. 


Ciąg dalszy niewykluczony.



sobota, 5 listopada 2016

Październikowe migawki

    Skończył się październik, czas więc na krótkie  podsumowanie ostatnich kilku tygodni. W Ameryce dużo się działo i wciąż się dzieje, więc listopadowe migawki też pewnie będą ciekawe: będzie o wygranej Cubsów, wyborach prezydenckich, które odbędą się już w najbliższy wtorek, oraz o kilku innych wydarzeniach. Ale póki co nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość. Wróćmy na chwilę do października!

     Tegoroczna jesień jest niesamowicie łaskawa- temperatury często oscylują w okolicach 20 stopni Celsjusza, a drzewa pięknie mienią się kolorami w jesiennym słońcu. Taka pogoda zdecydowanie zachęca do jesiennych spacerów, zarówno po mieście, jak i po parku. Skusiłam się więc zarówno na spokojne popołudnie w Millenium Park, jak i przechadzkę po Cantigny Park.

Millenium Park, Chicago:









Cantigny Park, Wheaton: 








     Takie miejskie, jesienne przechadzki pozwalają niekiedy trafić na ciekawe wydarzenia. Raz na przykład, kiedy przechodziłam koło Daley Plaza, trafiłam na Food Truck Festival. Początkowo chciałam zrobić tylko kilka zdjęć, ale kiedy zauważyłam, że w jednej z przyczep sprzedawane są nowoorleańskie przysmaki, nie mogłam odmówić sobie zupy gumbo! 



     Jeśli chodzi o wydarzenia w Ameryce, to październik upłynął pod znakiem debat prezydenckich i zmierzającej do finiszu kampanii. Powiem szczerze, że jestem już tym tematem bardzo zmęczona i zniesmaczona. Najbardziej razi fakt, że główni kandydaci, Hillary Clinton i Donald Trump, bardziej niż na rzeczowej dyskusji skupiają się na wyciaganiu wzajemnych oskarżeń i brudów z przeszłości. Niby nic nowego w polityce, a jednak wciąż odrażające. Kto ma ochotę poczytać, to jeszcze we wrześniu napisałam krótki komentarz do pierwszej debaty (tutaj), drugą skomentowałam jedynie na Facebook'u, ponieważ nie wniosła zbyt wiele nowego, natomiast trzecią odpuściłam całkowicie. Wydaje mi się, że jeszcze bardziej zmęczeni całym tym szumem są Amerykanie. Nie przeszkadza to jednak im śmiać się z całej tej kuriozalnej sytuacji. Szczególnie, że kampania wyborcza jest idealnym tematem do wykorzystania podczas Halloween- i śmiesznie, i przerażająco.

Maski kandydatów w sklepie z kostiumami

Moim zdaniem najlepszy pomysł na kostium w tym roku :D Hillary w więziennym uniformie i zadowolony Donald. Kto nie śledzi amerykańskiej polityki, to już wyjaśniam kontekst- podczas jednej z debat Trump zapowiedział, że jeśli zostanie prezydentem, to będzie wszczynał postępowanie karne przeciwko Hillary, które ma zakończyć się osadzeniem jej w więzieniu.

     W temacie chicagowskiej Polonii natomiast chciałabym wspomnieć o bardzo imponującym wydarzeniu. Otóż, nasz rodak Krystain Herba, pobił rekord Guinnessa pokonując na rowerze 3461 stopni schodów w 3 godziny w wieżowcu Willis Tower. Ogromne brawa! (Zdjęcia pochodzą se strony Polskiego Radia 1030, cała galeria tutaj)



    

     Interesujące linki z października:
A o czym ja pisałam w październiku?




                                       A co u Was ciekawego?



Zapraszam Was do śledzenia moich kont na portalach społecznościowych:
 facebooku (Pamiętnik Emigrantki) i Instagramie (Chicagowianka),
a na pewno będziecie na bieżąco z amerykańskimi opowieściami ;)