7/06/2017

5 rzeczy, które mogą Cię zaskoczyć w amerykańskiej restauracji

     Sama już nie wiem, ile razy na tym blogu dziwiłam się, jak Stany Zjednoczone różnią się od Polski, czy w ogóle- od Europy. Dziś na tapet biorę kolejne róznice, tym razem związane z restauracjami. Oczywiście, sytuacja w Polsce zmienia się bardzo szybko, biznes restauracyjny zaczyna rozumieć zasady konkurencji, wolnego rynku i walki o konsumenta, a w związku z tym na pewno pojawią się komentarze, że niektóre z poruszonych przeze mnie elementów można znaleźć także nad Wisłą. I wcale nie przeczę! Jednak to, co w Polsce dopiero raczkuje, w Ameryce dawno temu zagościło się już na dobre. Zapraszam Was więc na krótką opowieść o kilku różnicach, które przykuły moją uwagę już na samym początku mojej amerykańskiej przygody.

wnętrze jednej z restauracji Longhorn Steakhouse

Woda za darmo. Zacznijmy od samego początku restauracyjnego doświadczenia. Siadamy przy stoliku, najczęściej doprowadzeni tam przez kogoś z obsługi, przychodzi kelner i daje gościom karty. Często zdarza się, że jeszcze przed złożeniem zamówienia zostaniemy poczęstowani szklanką wody. W innych restauracjach woda nie jest oferowana bez zamówienia, ale jeśli zechcemy zamówić wodę, to nie zostanie ona doliczona do rachunku. Ale uwaga- najczęściej jest to zwykła kranówka, ewentualnie przefiltrowana. Co za tym idzie- często jej smak pozostawia wiele do życzenia. Jeśli natomiast zamówimy wodę butelkowaną, zazwyczaj kosztuje ona przysłowiowe "grosze", czyli w okolicach dolara. Pamiętam, że był to dla mnie szok po doświadczeniach z Polski, gdzie woda w restauracji niejednokrotnie kosztuje tyle, co piwo czy sok.

Czekadełko. Przyznaję bez bicia- gdyby nie Magda Gessler, nie znałabym tej uroczej nazwy. A nie jest to nic innego, jak przekąska podawana do skosztowania w oczekiwaniu na zamówione danie. Nie wszystkie restauracje oferują takie darmowe przysmaki, ale jeśli już oferują, to zazwyczaj są to różnego rodzaju chlebki, bułeczki, ciasteczka i tym podobne smakołyki. Zazwyczaj bardzo smaczne i... niestety sycące. Na zdjęciu poniżej jedne z moich ulubionych- serowe bułeczki podawane w restauracjach Red Lobster.


Wielkie porcje. Rozmiar porcji w amerykańskich restauracjach był dla mnie na początku przerażający. Napoje podawane w półlitrowych szklankach, w dodatku często obejmujące darmową dolewkę; obiady serwowane w takiej ilości, że nie sposób połowy nie zapakować na wynos. Z czasem się przyzwyczaiłam i teraz... śmiesznie małe wydają się dla mnie porcje serwowane w Polsce! Sok w szklance 0,2l? I co ja mam z tym niby zrobić? Ale tak mówiąc serio, to wielkie porcje, które mogą wydawać się plusem, związane są też ze sporym minusem- ogromem marnowanego każdego dnia jedzenia. Ale to już temat na oddzielny post. Natomiast pozostając w temacie dzisiejszego posta- jesli pójdziecie do amerykańskiej restauracji, to chyba nie ma opcji, żebyście wyszli stamtąd głodni.

Obsługa na najwyższym poziomie. I nawet nie mam na myśli ślicznych, skąpo ubranych kelnerek, które są wizytówką barów Hooters. Myślę tu o tych wszystkich szeroko uśmiechniętych, profesjonalnych kelnerkach i kelnerach, którzy potrafią doradzić, dbają przez cały czas, by na stole niczego nie brakowało, a na paragonie potrafią narysować serduszka, palmy, czy co tam im podpowie wyobraźnia. Niby małe gesty, a jednak dzięki nim wyjście do restauracji potrafi dodać uśmiechu. Pamiętam, jak kiedyś odwiedzili nas znajomi z Polski. Był to ich pierwszy raz w Ameryce, a my na śniadanie postanowiliśmy zabrać ich do znanej śniadaniówki IHOP. Trafiła nam się jeszcze sympatyczniejsza kelnerka niż zazwyczaj, a nasi znajomi długo pozostali pod wrażeniem obsługi i bardzo miło wspominali zarówno jedzenie, jak i kelnerkę.


Wliczony napiwek. No i na koniec czas na element, którego szczerze nie lubię- wliczone do rachunku napiwki. Nie zrozumcie mnie źle- nie mam nic przeciwko napiwkom samym w sobie! Jeśli obsługa była nienaganna, a tak najczęściej jest w Ameryce, to moim zdaniem napiwek się należy. Problem w tym, że w niektórych restauracjach obowiązuje zasada, że napiwek automatycznie doliczany jest do rachunku. I to wcale nie 5 czy 10 procent, ale nawet 18. Taka sytuacja zdarzyła mi się jednak jedynie kilkukrotnie, więc nie obawiajcie się tego zbytnio przylatując do USA. Ale uwaga! W większości restauracji panuje zasada, że jeśli przychodzi grupa co najmniej 6 znajomych (niekiedy próg wynosi 8 osób), to napiwek w wysokości 16-18% również doliczany jest automatycznie do rachunku. Zazwyczaj informacja o takiej regulacji znajduje się zapisana małym druczkiem gdzieś na dole menu.


I co myślicie o tych wszystkich odmiennościach restauracyjnych? 
A może i w Polsce są to już zjawiska, które występują na porządku dziennym? 
Mieszkańcy USA- co jeszcze Was zaskoczyło w amerykańskich restauracjach?


_________________________________________________________________________________________

Lubisz tematy gastronomiczne? TUTAJ znajdziesz ich więcej!

___________________________________________


38 komentarzy:

  1. Odwiedzałem restauracje w USA i miałem podobne spostrzeżenia, chociaż nie pamiętam żeby dowoli coś darmowego na przeczekanie - może tylko w droższych restauracjach.
    Napiwki - byłem świadkiem jak kelner gonił klienta, który zostawił na stoliku należność ale bez napiwku.
    Tłumaczono mi, że istnieją lokale gdzie kelnerzy nie dostają żadnej pensji - ich jedyny zarobek to napiwek.
    Niestety te napiswki to nie tylko restauracje. To samo spotkało mnie w autobusie wycieczkowym. Kierowca bardzo ładnie opowiadał o mijanych miejscach. Na koniec podróży postawił przy wyjściu puszkę - jeśli podobała mi się moja opowieść to pokażcie jak ją doceniacie.
    Gigantyczne porcje - zgadza się. W podrzędniejszych lokalach można było dostać "doggy bag" czyli zapakuja w torbę to co zostało.
    Porównanie z Australia:
    - darmowa woda na stole - absolutnie tak. Alternatywa to francuska lub włoska woda mineralna - dość droga.
    - bardzo kompetentna i sympatyczna obsługa.
    - napiwki - bez jakiegokolwiek nacisku. Najczęściej jest to słoik przy kasie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Lech! Pierwszy raz Cię tu widzę, więc tym bardziej witam :) Nie wiem, kiedy byłeś w USA, może coś się pozmieniało od tego czasu jeśli chodzi o czekadełka, bo ja spotykam się z nimi dość często i to w dość regularnych cenowo restauracjach. Ale przyznaję- nie wszystkich. Co do napiwków to w USA są one na porządku dziennym w całym sektorze usługowym, także u przewodników wszelakich wycieczek. Ale żeby kelner gonił klienta, bo ten nie zostawił napiwku, to się jeszcze nie spotkałam :D chciałabym to widzieć :D

      Usuń
  2. Jeśli chodzi o restauracje w Polsce to się nie będę wypowiadać, bo różnie to bywa, a zresztą więcej chodzę do restauracji we Francji.
    -Po pierwsze woda darmowa. To mi się bardzo podoba, bo nie każdy ma ochotę na alkohol, albo słodzone soki.
    -Czekadelko nie jest popularne. Najczęściej przynoszą bagietkę do przystawki, a w niektórych japońskich restauracjach były to chipsy krewetkowe.
    -Wielkie porcje - we Francji są one raczej normalne, dla Amerykanina pewnie wydają się minimalne :)
    -obsługa - pewnie wszystko zależy od lokalu, ale francuscy kelnerzy to już legenda
    -wliczony napiwek - tego we Francji nie ma i bardzo dobrze, nie podobało mi się to w Londynie. W innych krajach europejskich się z tym nie spotkałam.
    W Polsce powoli zaczyna być lepiej pod tym względem i widzę, że ludzie częściej jadają na mieście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że podzieliłaś się doświadczeniami z Francji :) Wybieramy się na Lazurowe już w tym miesiącu, więc fajnie wiedzieć, czego mniej więcej się spodziewać. O francuskich kelnerach faktycznie krążą legendy. Aż się boję, jak zniosę te spotkania, tak bardzo rozpieszczona przez amerykańską obsługę :D

      Usuń
  3. :) Wszystko brzmi fantastycznie!
    Pomysł z "czekadełkiem" i wodą jest godzien powielania.
    Zaskoczyła mnie pomysłowość obsługi. :)
    Serduszka i palmy na paragonie zapewne pomogą "osłodzić" wysokość zapłaconej kwoty:)
    Gdy idę do restauracji, liczę się z zostawieniem napiwka, ale
    wolę, gdy kwota ta nie jest zawarta w paragonie. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bardzo lubię te rysunki na paragonach :) Zawsze to tak jakoś milej!

      Usuń
  4. Napiwki sa bardzo powszechne w Ameryce i to nie tylko w restauracjach, ale tez we wszystkich zawodach tzw. "uslugowych" jak taksowka, fryzjer czy kosmetyczka. Ja zostawiam rowniez napiwek w pralni i wcale mi to nie przeszkadza, ktos nie tylko pral moje brudy ale tez poskladal je w idealna kostke. Nie, nie mam pralki w domu, bo po prostu nie chce sama prac, pewnie to zwykle lenistwo:) Ale jak wiem, ze moge za niewielka kwote oszczedzic sobie czas to dlaczego nie?
    Zostawiam zwykle napiwki w wysokosci 20% kwoty, a wiec te 16-18 procent wcale mnie nie przeraza, bo jesli jest z gory doliczone, to juz nie musze liczyc sama. Chyba juz wspomnialam, ze jestem leniwa;)
    Czekadelko dostaje sie w kazdej nowojorskiej restauracji, w meksykanskiej sa to zazwyczaj czipsy i salsa, w hinduskiej chleb Naan i jakis sos do niego, w greckiej czy wloskiej podgrzany chleb z maslem, w polskich chleb i smalec itd.
    Do ciekawostek i roznic dodalabym jeszcze kawe.
    W Ameryce jak konsument zamawia zwykla kawe to dostaje do niej darmowe dolewki tak dlugo jak dlugo siedzi przy stoliku.
    W Polsce bylam co prawda 9 lat temu, ale nie bylo nigdzie kawy tak na wynos, zeby sobie czlowiek mogl isc ulica i popijac, a my z mezem kawosze wiec przystankow na kawe bylo po 7-8 dziennie a czasem i wiecej.
    No i taki przystanek, kawa owszem ladnie podana w miniaturowej filizance, ktora pochlonelam przy trzecim lyku i na tym koniec. Cena? cos ok. 7-8zl.
    Tym sposobem kawa byla najdrozszym punktem naszej podrozy:))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do obslugi dodalabym jeszcze jedno w Ameryce bez wzgledu na ilosc osob przy stole i roznorodnosc idnywidualnych zamowien wszyscy dostaja jedzenie w tym samym czasie.
      W Polsce bywalo z tym bardzo bylejako. Raz bylismy w restauracji w cztery osoby, ja dostalam moje danie pierwsza, wiec grzecznie czekalam zeby zaczac jesc z moim towarzystwem. Po 20 minutach zaczelam jesc, bo juz i tak bylo zimne. Reszta towarzystwa dostala swoje dania jak ja juz zjadlam.
      Oczywiscie bylam wkurzona, najbardziej bylo mi wstyd, ze to byla pierwsza podroz mojego meza do Polski, wiec wychodzac "na papierosa" podeszlam do panienki, zeby porozmawiac. Najpierw grzecznie pochwalilam wystroj lokalu, smaczne jedzenie a potem zapytalam dlaczego nie dostalismy jedzenia razem, w koncu skoro przyszlismy razem to chyba logiczne, ze chcemy jesc rowniez razem. Pani spojrzala na mnie zdziwiona i powiedziala "ale tamte osoby zamowily inne dania wymagajace wiecej pracy".
      Zwatpilam, bo to przeciez praca kucharza i obslugi zeby tak zorganizowac czasowo, zeby gralo, no ale widocznie za duzo wymagalam. A restaruacja wcale nie byla tania, wrecz przeciwnie wysokosc cen powodowala chyba, ze w porze obiadowej swiecila raczej pustkami. I mimo to nie da sie... no coz.
      Jeszcze gorzej bylo w Lodzi. Super restauracja, menu takie, ze samo wybieranie roznych dan, tak zeby wszyscy mogli chociaz po kesie sprobowac tego co oferuja zajelo nam sporo czasu.
      Byly tam nie tylko kaczka, ale i bazant, dzik, sarna itp. No cuda, panie cuda.
      Zamowienie zlozone dostalismy zamowione piwo i czekamy saczac sline na sama mysl tych smakolykow ktore wkrotce zostana doniesione.
      Po 15 minutach przyniesli jedno danie, rzucilismy sie na nie probujac a i glodni juz bylismy solidnie, ach zapomnialam, bylo nas 8 osob.
      Danie zjedzone i.... cisza....
      Po godzinie, naprawde tak bardzo bylismy cierpliwi... nasz gospodarz grupy zapytal co sie dzieje.
      Kelnerka ofiarowala sie zapytac.
      Po 10 minutach przyszla z odpowiedzia "bazanta dzis nie ma, dzik jeszcze w lesie... itd." Czy nie mozna bylo tego powiedziec jak przyjmowala zamowienie? Widocznie NIE.
      I teraz juz wszyscy wkurzeni do granic ostatecznosci postanowilismy wyjsc poszukac innego miejsca na zaspokojenie glodu.
      I co?
      Pani przynosi rachunek za te piwa i jedno danie (!!!!!) a nasza gospodyni placi. Ja na to "Jadziu, ale dlaczego placisz? przy takim traktowaniu konsumenta to ONI nam powinni zaplacic".
      Bo tak wlasnie byloby w Ameryce, klient niezadowolony czy tez obsluzony zle lub jak w tym wypadku tylko w 10% na pewno nie dostalby rachunku tylko przeprosiny.
      Niestety Jadzia zaplacila.
      Nie zapomne tego do konca zycia. Jak by ktos byl ciekawy to restauracja nazywa sie Quo Vadis i jest (jesli jeszcze przetrwala) w samym centrum Lodzi przy Piotrkowskiej.
      Amerykanskie porcje jedzenia sa nie wielkie, one sa przeogromne:)) Jak idziemy to zawsze zamawiamy jedna porcje na dwie osoby i jeszcze zostaje.
      Dlatego tez zostawiamy duze napiwki, zeby kelner/ka wiedzieli, ze nie oszczedzamy pieniedzy a jedynie zdrowie:)) Zreszta jak sie ma czekadelko do tego zamowi jeszcze jakas przystawke czy dwie (te akruat sa niewielkie) to jedno danie jest naprawde w sam raz.
      Ups odnosnie czekadelka.
      Jeszcze kilka lat temu byla w NYC francuska restauracja w ktorej jako czekadelko dostwalo sie duzy wieszak z roznymi kielbasami, koszyk warzywno-owocowy z dipem, pasztet robiony na miejscu i do tego bulke.
      Obsluga nigdy nie pospieszala klientow, mozna bylo siedziec i opychac sie tym czekadelkiem do wypeku. Dopiero jak widzieli, ze juz ludzie maja dosc, to pytali czy sa gotowi na dania glowne.
      Oczywiscie bylo to prix fixe czyli w koszt dania juz wliczony koszt czekadelka. Ale tez ceny wcale nie byly wysokie no i mozna tam bylo przyniesc wlasna butelke wina, mimo, ze restauracja serwowala wina i inne alkohole. Uwielbialam tam chodzic, ale niestety juz ich nie ma:((((

      Usuń
    2. Zgadzam się z kawą! Pamiętam jak gdy przyleciałam pierwszy raz do USA, wybraliśmy się na road trip z Chicago do Myrtle Beach. Nasz pierwszy road trip w ogóle, a także nasze pierwsze spotkanie ze Stanami. Zatrzymaliśmy się gdzieś na trasie w Waffle House, do którego do tej pory pałam sympatią i sentymentem, i właśnie tam spotkałam się pierwsze raz z dolewką kawy. "Jak na amerykańskich filmach" śmialiśmy się wtedy. Bo faktycznie, klimat Waffle House jest typowo amerykański- typowe amerykańskie śniadania (jajka z bekonem, gofry, penkejki, grits), pełno tirowców zajeżdzających na przerwę i te uśmiechnięte Amerykanki chodzące pośród stolików z dzbankiem kawy :) Ach, fajnie tak powspominać :)

      Usuń
    3. Bylam w tym Roku w Polsce I wlasnie brakowalo mi dolewek kawy i jej dostepnosci. Zeby sie napic, trzeba sie na ogol rozsiadac gdzies i zanim sie czlowiek obejrzal, pol dnia zeszlo na niczym podczas gdy w USA z kawa w reku zrobilabym juz mase innych rzeczy Cena byla 7-9 zl zazwyczaj za mala filizanke. Poza tym, irytowalo mnie wspomniane wyze podawanie jedzenia na raty. No rany Julek, jak tak mozna? Czesc gosci juz zjadla, czesc wciaz czekala! W USA nigdy mi sie to nie trafilo. Jakos tak to robia, ze nawet duze grupy dostaja jedzenie w tym samym czasie. Widac wiec mozna to opanowac, jak sie chce he he!

      Usuń
  5. Pracowałam kiedyś w Stanach w sali bankietowej i na początku szokiem była dla mnie ta woda. U nas laliśmy ją z kranu. Mam głęboko zakorzenioną zasadę, że nieprzegotowanej wody się nie pije i pamiętam moje myśli z tamtego czasu :) oczami wyobraźni widziałam wszystkich klientów chorych, a szefa uważałam za skąpca :P No i tam dostałam największy w życiu napiwek :) 50 dolców :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam opory przed piciem kranówki, a już w szczególności nieprzefiltrowanej kranówki... To chyba takie nasz polskie zwyczaje, bo w Ameryce nie raz się spotkałam, że nawet będąc u kogoś gościem w domu i prosząc o wodę, dostawałam po prostu szklankę kranówki.

      Usuń
  6. hej, bardzo fajne. Ja amerykańskie restauracje znam tylko z np. "Mistery diners", jeśli wiesz co to za program, a tam często się akurat zdarza, że kelnerzy są nieuprzejmi :) Bardzo fajny i przydatny wpis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mistery dinners póki co znam tylko ze słyszenia, więc akurat nie mogę się wypowiedzieć. Ale chyba czas najwyższy nadrobić :)

      Usuń
  7. Od dluzszego czasu, znaczy od kilku- nastu lat, preferuje jedzenie w restauracjach w formie bufetów. Sezonalnie i narodowo, czyli rózne kuchnie, szparagowe, gesine itd. Tak wiec o wielkosci porcji decyduje sam konsument. Dla mnie optymalne rozwiazanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, przynajmniej jesz tyle ile dokładnie chcesz :) Ale ja jakoś nie mam szczęścia do bufetów, nie znalazłam jeszcze takiego, w którym by mi smakowało.

      Usuń
  8. Ciekawe ;) w Polsce się to nie zmieniło i pewnie jeszcze długo nie zmieni, za to w Anglii też jest woda za darmo i miła obsługa - jednak nie ma np. przystawek :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to nie ma przystawek? W kazdej restauracji są tzw. 'starters'

      Usuń
    2. Hm może Magdzie chodziło o te czekadełka?

      Usuń
  9. W Polszy:
    - tak! Woda w knajpie, w której miałam okazję pracować była droższa nawet od wina...
    - napiwki - szkoda, że w Pl to kuleje. Głównie chodzi o obsługę grup powyżej iluś tam osób... człowiek się utyra, nalata, nauśmiecha, obskoczy.. pracując w gastro, serio się wraca z wywieszonym językiem do ziemii, a niestety płace są jakie są i ten tip jest istotny...
    - czekadełka - w Pl to też nieczęste, prawda, ale w większych miastach już spokojnie można spotkać poczęstunek przed jedzeniem :)
    - porcje - może dobrze, że nie są aż tak wielkie u Nas :) Polacy lubią zjeść, ale zostawmy może obżarstwo na święta, a na codzień w tym naszym fit świecie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z napiwkami to faktycznie w Polsce bywa biednie. Ale chyba to się zmienia na lepsze :)

      Usuń
  10. W Wiedniu jeszcze niedawno woda też była gratis. Dopiero od jakiegoś czasu płaci się za nią, choćby 30 centów za 250ml, ale jeszcze nie wszedzie. Tutejsza woda z kranu jest jakości butelkowej.
    Kiedyś kelnerka w las Vegas zwróciła nam uwagę, żebyśmy nie zapomnieli o napiwki. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 30 centów do jeszcze do zniesienia, szczególnie jeśli woda jest dobrej jakości. Ale te ceny w Polsce... nie mam pojęcia skąd są wzięte.

      Usuń
  11. O poziomie żywienia,jakości serwowanych potraw najlepiej świadczy wygląd obywateli.Bez wchodzenia w szczegóły - jeszcze,na szczęście, nam daleko do otyłości Amerykanów.I niech tak zostanie.Dużo nie zawsze znaczy dobrze, a już na pewno nie znaczy zdrowo:)Pomijam fakt,że w Polsce jedzenie w restauracjach jest mniej popularne niż w Ameryce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj ta otyłość Amerykanów to szeroki temat! Dopiero niedawno dotarło do mnie, że Ameryka to tak specyficzny kraj, że tu otyłość może narodzić się równie dobrze z biedy- wcale nie trzeba jeść ogromnych porcji w restauracjach, czasem wystarczy tylko kupować to syfne, przetworzone jedzenie, które wliczane jest w Food Stamps. Ale fakt, to bardzo dobrze, że Polacy jeszcze daleko mają do amerykańskiej otyłości- wszystko jedno czy tej z biedy, czy z bogactwa. Też mi się wydaje, że jedzenie w restauracjach jest w Polsce dużo mniej popularne. Pewnie po części wynika to z mentalności, ale moim zdaniem też w dużej mierze z cen, jakie obowiązują w restauracjach.

      Usuń
    2. Gdyby tak było,to strasznie dużo musiałoby być tej biedy..,a przecież to taki bogaty kraj:)
      Bardzo dobrze piszesz,rzetelnie,obiektywnie.Pozdrawiam i czekam na kolejną porcję Ameryki:)
      Aga

      Usuń
    3. Bogaty kraj? Aga byłaś kiedyś w Ameryce? Tak się składa, że tam jest ogromna przepaść pomiędzy ludźmi bogatymi i biednymi. Bezdomni, ludzie chorzy psychicznie, którzy błąkają się po ulicach. Wystarczy poważniejsza choroba czy wypadek z kombinajcją braku dobrego ubezpieczenia/sporych oszczędności i można skończyć na ulicy. Widziałam bezdomnych na Słowacji, w Czechach, Portugalii, Hiszpanii czy Anglii, ale tylko w Ameryce tak to mną wstrząsnęło, że stałam na środku chodnika i płakałam.

      Usuń
  12. Naprawdę super! Chciałabym porównać kiedyś porcję USA z europejskimi- ostatnio tyle jem, że myślę że byłaby to porcja akurat dla mnie! hihi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie umniejszając Twoim aktualnym zdolnościom jedzenia- nie wiem Kochana, nie wiem czy byś dała radę :D

      Usuń
  13. Uwielbiam amerykańskie restauracje. Dużo jedzenia i obsługa faktycznie fachowa, jednak napiwki mnie bolą, zwłaszcza na Florydzie, gdzie z automatu doliczają 18% nawet za nalanie piwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, te automatycznie naliczane napiwki też mi się nie podobają :/ I chyba póki co spotkałam się z tym tylko na Florydzie właśnie.

      Usuń
  14. Bardzo ciekawe spostrzeżenia :)
    Mnie na poczatku zaskoczyla.. lista oczekujacych ! Wchodzimy do restauracji, na oko 100 stolikow, moze wiecej, wiekszosc pustych a my i tak otrzymalismy bipera i polecenie poczekania grzecznie z 15 minut.
    Wytlumaczono mi, ze jeden kelner ma okreslona ilosc stolikow do obsluzenia i aby jakosc obslugi nie spadla, kiedy akurat nie ma pelnej obslugi - nie otwieraja calej restauracji. Nawet im sie to spodobalo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odświeżyłam sobie pamięć :) w Chicago mialam okazje jeść w The Gage, i bardzo mile wspominam te wizyte, wlasnie ze wzgledu na dyskrecję kelnerów :)

      Usuń
    2. Masz rację! Całkowicie zapomniałam o bzyczku! Chyba nigdy nie spotkałam się z nim w Polsce, a w USA jest dość częsty. W The Gage nie byłam, ale na pewno sprawdzę co tam mają ciekawego :)

      Usuń
  15. Zgadzam się z większością, w sumie sama niedawno miałam pisać na podobny temat :)
    A jako, że jestem świeżo po pierwszej wizycie teściow w Europie to zdecydowanie potwierdzam dysproporcje na talerzu między starym lądem a Stanami! Moi goście stwierdzili na temat jedzenia w knajpach "ale tu super, jedzenie ekstra, a porcje na tyle małe, że akurat na jedną osobę" ;) W Stanach jedza prawie wszystko na pół, a w PL próbowali naprawdę sporo :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Jest jeszcze jedna rzecz, która wyróżnia amerykańskie restauracje. Mianowicie "ambona" przy wejściu i funkcja "sadzacza". W Polsce niejednokrotnie po wejściu do restauracji jesteśmy zdani sami na siebie, nawet w lokalach wcale nie z najniższej półki. Siadamy gdzie nam się podoba i dopiero po chwili przychodzi do nas kelner z menu. W Stanach praktycznie w każdym miejscu, które aspiruje do czegoś więcej niż sieciówka z fast foodem, przy wejściu witają nas dwie osoby. Jedna pyta o ewentualną rezerwacje i liczbę osób, a druga prowadzi nas do odpowiedniego stolika. W sumie miły zwyczaj i człowiek faktycznie od razu, na wejściu czuje, że jest traktowany podmiotowo.

    OdpowiedzUsuń
  17. Świetna relacja i zdjęcia. :) Z przyjemnością przeczytałam. :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger