4/18/2017

Palcem po mapie, czyli planujemy wakacyjny wypad- Lazurowe Wybrzeże

Palcem po mapie, czyli planujemy wakacyjny wypad- Lazurowe Wybrzeże
     Kilkukrotnie dzieliłam się z Wami moimi wakacyjnymi planami i rozważałam różne opcje- było tak przed jednym z wypadów na Florydę oraz przed wyjazdem do Nowego Orleanu. Dziś po raz kolejny zdradzę Wam moje luźne jeszcze plany i poproszę o poradę. Tym razem europejską, bo dotyczącą Lazurowego Wybrzeża.

Villefranche-sur-Mer, fot.lifeinriviera.com/
      Kto mnie dobrze zna ten wie, że Lazurowe Wybrzeże od zawsze było moim marzeniem. Pamiętam, że jako dziecko oglądałam serial "St. Tropez" i dokładnie wtedy zakochałam się w tym miejscu. Kompletnie nie mogę przypomnieć sobie fabuły tej produkcji, ale słoneczne plaże wybitnie utkwiły mi w pamięci. Zresztą, Lazurowe Wybrzeże umieściłam także na liście moich światowych podróżniczych marzeń. Tego lata obchodzę okrągłe urodziny (18. oczywiście) i stwierdziłam, że już za długo się zbieram- czas w końcu działać i spełnić marzenie. I stało się- bilety kupione, nocleg zamówiony, w drugiej połowie lipca lecimy do Nicei! 

     To teraz konkrety. Na Lazurowym Wybrzeżu spędzimy dokładnie 3,5 dnia, więc musimy się solidnie sprężyć, żeby zobaczyć jak najwięcej. Naszą bazą wypadową będzie Nicea, skąd planujemy przemieszczać się do innych miejscowości, najlepiej korzystając z transportu publicznego (prawdopodobnie pociągów). Odrobiłam swoją lekcję, przeczytałam Internet (ekstremalnie pomocny okazał się Lazurowy Przewodnik) i ułożyłam taki oto wstępny plan zwiedzania:

Dzień 1.
Pierwszy dzień chciałabym zacząć od prawdziwego, francuskiego śniadania. Croissant albo naleśnik w pobliskiej knajpie byłby dobrą opcją. Tuż po śniadaniu ruszamy do Eze, zwiedzamy miasto, a następnie Ścieżką Nietzche'go schodzimy do Eze-sur-Mer. Wracamy do Nicei, odświeżamy się, jemy obiad i ruszamy na zwiedzanie Nicei. W samej Nicei zależy mi przede wszystkim na powłóczeniu się po Starym Mieście, podziwianiu widoków ze Wzgórza Zamkowego i spacerze po Promenadzie Anglików.

Eze, fot. Trover.com

Dzień 2.
Po raz kolejny- francuskiego śniadania nie odpuszczę! Najedzeni jedziemy do Monaco i poświęcamy kilka godzin na zwiedzanie miasta. Następnie ruszamy w drogę powrotną, ale wysiadamy w Villefranche-sur-Mer. Ponoć jest tam przyjemna plaża (zdjęcie na początku posta), więc pewnie spędzimy na niej popołudnie. Jeśli starczy sił, chciałabym do Nicei wrócić na piechotę. Jest to spacer na około 45 minut, ale tuż nad brzegiem morza, przez co widoki są przepiękne. Wieczór spędzamy na delektowaniu się nocnym życiem Nicei.

Monaco, fot. getyourguide.com
Dzień 3.
Dzień trzeci jest takim dniem awaryjnym. Mam na niego jeden plan prawdopodobny, drugi plan zachciankowy, a w razie jeśli dowiem się o jeszcze jakichś fajnych atrakcjach, to tu własnie będzie na nie miejsce.
Plan prawdopodobny: Rano ruszamy do Cannes. Przyznam, że jestem lekko zawiedziona, bo okazuje się, że samo Cannes nie ma żadnych atrakcji, które by mnie zainteresowały. Ale za to można stamtąd popłynąć na Wyspy Leryńskie. Prawdopodobnie postawilibyśmy na Wyspę Świętej Małgorzaty, gdzie znajduje się fort, w którym według historii więziony był Człowiek w Żelaznej Masce. Z Cannes ruszamy do pobliskiego Antibes, gdzie z chęcią odwiedziłabym Muzeum Picasso. Być może spędzimy też trochę czasu na plaży, ale to zależy od tego, ile czasu nam zostanie. Wieczór spędzamy w Nicei.
Plan zachciankowy: pola lawendy. Uwielbiam lawendę, a lawendowe pola to symbol Prowansji. Będziemy na Lazurowym w idealnym momencie, by trafić na kwitnienie, ale problem jest taki, że z Nicei nie da się dojechać na żadne lawendowe pole komunikacją miejską, a jednak wynajem samochodu trochę nam nie leży. Jesli znacie jakiś magiczny sposób na dostanie się na lawendowe pola- piszcie.

fot. Pinterest

Dzień 4.
Rano kończymy zwiedzać Niceę, może też będzie to czas na jakieś małe zakupy. Macie jakieś sugestie, jakie pamiątki warto przywieźć z Nicei? O 11 musimy się wykwaterować, więc pewnie z bagażami ruszymy na jakiś porządny obiad, a po południu będziemy już jechać na lotnisko i wracać do Polski.

Nicea, fot. thesavvybackpacker.com

I na koniec pytanie, a jednocześnie gorąca prośba do Was. Jeśli mieliście okazję być w którymś z tych miejsc i chcecie podzielić się jakimiś radami bądź sugestiami- piszcie śmiało. Jeśli chcecie polecić jakieś inne miejsce lub atrakcję w pobliżu Nicei- jestem otwarta na wszelkie zmiany planu. A jak jesteście w stanie polecić jakieś fajne knajpki, szczególnie śniadaniówki, to już w ogóle spadniecie mi z nieba :)

4/04/2017

Wielkanoc po amerykańsku

Wielkanoc po amerykańsku
     Stany Zjednoczone w swej idei są państwem laickim. Wielkanoc jest tu wprawdzie obchodzona, ale na wiele mniejszą skalę niż w Polsce. Amerykanie raczej nie poszczą, nie mają rekolekcji, nie przygotowują specjalnych potraw, ani tym bardziej nie wiedzą nic o święconce czy Lanym Poniedziałku. Mimo wszystko, jest tu kilka ciekawych tradycji, w większości o europejskim podłożu (głównie niemieckim), które dało się skomercjalizować (a jakże!) i dostosować do jankeskich warunków. Zapraszam Was na krótkie zestawienie owych amerykańskich, wielkanocnych zwyczajów.


Egg hunt

Zazwyczaj w ciągu dwóch tygodni poprzedzajądzych Wielkanoc, w szkołach, parafiach, parkach czy centrach handlowych organizowane są dla najmłodszych tzw. Egg hunts, czyli poszukiwania jajek. Zabawa ta polega na tym, że na wyznaczonej przestrzeni poukrywane są kolorowe jajka, zwykle plastikowe bądź czekoladowe, a dzieci mają za zadanie odszukać je i zebrać do swoich koszyków. Zazwyczaj wygrywa dziecko, które uzbiera najwięcej jajek albo które znajdzie największe bądź najmniejsze jajo. Czasami polem do zabawy jest całe miasteczko! Na przykład w 1985 roku miasto Homer w stanie Georgia trafiło do Księgi Rekordów Guinessa, gdy w tej 950-osobowej społeczności ukryto 80 tysięcy jajek!

fot.
Jeśli mieszkacie w Chicago bądź okolicach, listę Egg hunts w okolicy znajdziecie TUTAJ.


Easter Egg Roll

Easter Egg Roll to coroczne wydarzenie organizowane przez Biały Dom w wielkanocny poniedziałek. Zabawa polega na tym, że dzieci przy pomocy łyżek toczą kolorowe jajka wzdłuż ogrodu prezydenckiego. Które pierwsze dotrze do mety- wygrywa. W wydarzeniu bierze udział także prezydent Stanów Zjednoczonych, a całą zabawę często uświetniają koncerty zaproszonych artystów. Tradycja kultywowana jest od 1878 roku i przyznam, że badzo podoba mi się takie bratanie się prezydenta ze "zwykłymi" dziećmi. Jak dostać się na imprezę? Trzeba wziąć udział w internetowej loterii! 

fot.
Więcej o tegorocznym Easter Egg Roll TUTAJ.


Easter Tree

Wielkanocne drzewka przybyły do Ameryki z Niemiec, a wiem że i w Polsce stają się powoli coraz bardziej popularne. Jest to rodzaj dekoracji, który może obejmować zarówno drzewa czy krzewy w ogrodzie, jak i domowe stroiki wykonane ze świeżych gałązek czy też ze sztucznych elementów. Ważne, żeby wisiały na nich kolorowe jajka! Co ciekawe, Amerykanie dekorują drzewka nie tylko na Boże Narodzenie czy Wielkanoc, ale także na inne święta, na przykład... Halloween!

fot.1 fot.2 fot.3

Peeps

Peeps to tradycyjne, wielkanocne słodycze zazwyczaj w kształcie kurczaków lub królików, wykonane z popularnych amerykańskich pianek marshmallows. Dla mnie zazwyczaj za słodkie, ale jak widzę takie w kształcie jajek, oblane czekoladą i zapakowane w tradycyjne wytłoczki do jajek, to nie mogę się oprzeć pokusie. Jeśli wierzyć internetowi, każdego roku produkowane są 2 miliardy tych łakoci, z czego 75% specjalnie na Wielkanoc. Co również ciekawe w temacie słodyczy- Wielkanoc jest drugim (zaraz po Halloween) świętem pod względem liczby sprzedawanych słodkości.

fot.

Easter Parade

Jak już niejednokrotnie stwierdzałam na blogu, parady to specjalność Amerykanów- organizują je dosłownie na każdą możliwą okazję! Nie mogłoby się więc obyć także bez parady wielkanocnej. Największa i najbardziej znana odbywa się w Nowym Jorku (w tym roku 16 kwietnia) i przechodzi przez 5th Avenue. Parada nie ma znaczenia religijnego, jest raczej pretekstem do zabawy i... założenia gustownego bądź zabawnego nakrycia głowy!

fot.1 fot.2 fot.3 fot.4

Jak widzicie, amerykańskie tradycje wielkanocne niewiele mają wspólnego z religią, a raczej z zabawą i wspólnym spędzaniem czasu. Jak dla mnie ogólnie super, choć i tak żadne 'peepsy' nie zastąpią prawdziwego, babcinego żurku, a żadna parada Lanego Poniedziałku. I czasem nachodzi mnie, Polkę, taka refleksja, ze to niesamowicie dziwne, że większość świąt, uroczystości i zwyczajów pozbawiona jest w Ameryce jakiejś takiej głębi i większego znaczenia. Bo wiadomo, w Polsce każde święto to czas refleksji, a symbolika jest tak bogata, że mało kto ją całą ogarnia. W Ameryce liczy się zabawa. I sama nie wiem, czy któraś opcja jest lepsza od drugiej, może właśnie ta inność i różnorodność jest fajna i potrzebna?

A jak Wam się podobają amerykańskie zwyczaje wielkanocne?

Jesteś ciekaw, jak wygląda oryginalny obraz? Pisałam o nim TUTAJ. (fot.)

4/01/2017

Marcowe migawki

Marcowe migawki
     Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale ostatnio każdy miesiąc mija mi tak szybko, że ledwo nadążam zmieniać kartki w kalendarzu. Wciąż przybywa mi różnych obowiązków, co mnie właściwie cieszy, bo wiele się dzieje, ale jednocześnie wypatruję połowy maja, kiedy skończy się semestr i w końcu będę mogła na kilka miesięcy zapomnieć o szkole!

Szczęśliwie nastał kwiecień (który mam nadzieję przyniesie jak najwięcej słońca), a to oznacza, że czas na podsumowanie marca. Nie przedłużając- zapraszam.

fot.
-> Pod koniec lutego, rzutem na taśmę napisałam post o gali rozdania Oscarów. Wspomniałam tam między innymi o Garym z Chicago, przypadkowym turyście w Los Angeles, który zrobił furorę na uroczystości i o którym huczał internet. Jak się okazało kilka dni później, ów Gary raptem 3 dni przed rozdaniem Oscarów wyszedł z więzięnia po 20-letnim wyroku pozbawienia wolności, ponoć za kradzież perfum i próbę gwałtu. Coś mi nie gra w tej historii, ale internet miał pożywkę na kolejnych kilka dni.


-> 4 marca Chicago obchodziło swoje 180. urodziny! Przy europejskich miastach nie robi to wrażenia, ale jak na amerykańskie warunki jest to całkiem zacny wynik.

-> Na czasową wystawę do Art Institute prosto z Paryża przybył obraz "Matka Whistlera". Tytuł może niewiele Wam mówi, ale pewnie kojarzycie go z filmu "Jaś Fasola. Nadciąga totalny kataklizm". Nie mogłam sobie odmówić wizyty na wystawie, jak i na prelekcji poświęconej obrazowi i jego autorowi. Co mnie najbardziej urzekło, to fakt, że James Whistler był nie lada lekkoduchem i kobieciarzem, a jednocześnie tyle uwagi poświęcał swojej matce!


-> 17 marca przypada Dzień Świętego Patryka, który w Chicago, ze względu na ogromną mniejszość irlandzką, jest bardzo hucznie obchodzony. Jak co roku odbyło się farbowanie rzeki, ulicami przeszła parada, a w barach przez cały tydzień litrami lało się zielone piwo. Do farbowania rzeki na zielono z okazji Dnia Św. Patryka chicagowianie już zdążyli przywyknąć, inne kolory i okazje są wciąż rzadkością. Ostatnia okazja była w listopadzie, kiedy Chicago Cubs zdobyli mistrzostwo World Series po trwającej ponad 100 lat fatalnej passie. Wówczas rzeka przybrała barwę klubu, tzw. "Cubbie Blue". A Wam, który kolor bardziej przypadł do gustu? 


-> Miniony miesiąc przyniósł nam prawdziwą pogodową karuzelę. Już myśleliśmy, że lada dzień będziemy jeździć na plażę, gdy pewnego dnia zastał nas taki widok:

Mam nadzieję, że była to już ostatnia zimowa czkawka... Nie wiem tylko dlaczego to zdjęcie dostało tak wiele polubień na FB, czyżbyście lubili moją udrękę? :D

-> Owy powrót zimy nie był jedynym powodem mojego złamanego serca w ostatnich tygodniach. Okazało się bowiem, że mój ukochany HIM kończy karierę i rusza w pożegnalną trasę koncertową. 

-> Wybrałam się na koncert Kings of Leon. I jakoś tak... obyło się bez emocji. Koncert poprawny, zagrane zostało wszystko co powinno zostać zagrane i chyba tyle mam na ten temat do powiedzenia. Czuję się lekko rozczarowana.

-> Willis Tower, najwyższy budynek w Chicago ze słynnymi szklanymi balkonami, doczeka się prawdopodobnie kolejnej atrakcji- szklanych, zewnętrznych schodów. To będzie coś!


-> W marcu na blogu pojawiły się cztery posty, w tym na przykład post o najciekawszych obrazach w Art Institute czy wspomnienie mojego pierwszego dnia na emigracji. Jednak największym zainteresowaniem cieszył się quiz o Chicago, który specjalnie dla Was przygotowałam. Nie chciałabym zbyt wiele analizować owego quizu, żeby nie psuć zabawy osobom, które dopiero do niego dołączą. Zdradzę tylko, że na chwilę obecną średni wynik to 71%, a najtrudniejszymi pytaniami okazały się te o linie metra, turystów i rzeźbę Magdy Abakanowicz. Za to najmniej problemów sprawiły pytania o stan, jezioro i przydomek Chicago. Żadne pytanie nie uzyskało 100% poprawnych odpowiedzi! Mam wrażenie, że quiz przypadł Wam do gustu. Co powiecie na podobne zabawy na blogu raz na jakiś czas? :)

http://za-oceanem.blogspot.com/2017/03/jak-dobrze-znasz-chicago-szybki-quiz.html

I tak mniej więcej minął mój marzec w Chicago. A co tam u Was słychać?

3/26/2017

Jak dobrze znasz Chicago? Szybki quiz!

Jak dobrze znasz Chicago? Szybki quiz!
    Dziś przygotowałam dla Was krótki quiz o Chicago. Bez zbędnego pisania, zapraszam do zabawy, wystarczy kliknąć w zdjęcie! Myślę, że stałych Czytelników żadne pytanie nie powinno zaskoczyć choć przyznaję, że pytania są na bardzo zróżnicowanym poziomie :)

https://www.qzzr.com/c/quiz/388005/jak-dobrze-znasz-chicago

Dajcie znać, jak Wam poszło! 


3/24/2017

Mój pierwszy dzień na emigracji

Mój pierwszy dzień na emigracji
     Kiedy myślę o moim pierwszym dniu na emigracji, to tak naprawdę myślę o dwóch dniach na przestrzeni kilku lat. Jeden to mój pierwszy dzień na amerykańskiej ziemi, a drugi to pierwszy dzień rzeczywistej emigracji. Opowiem Wam dziś trochę o moich wspomnieniach z tamtych czasów, a na dokładkę pokażę kilka zdjęć z mojego "pierwszego razu" z Ameryką, kiedy byłam 8 lat młodsza i dobrych kilka kilo mniejsza.

Wyspa Muzeów, w tle panorama Chicago i Shedd Aquarium

     Pierwszy z dni mojej emigracji to gorący dzień z początku lipca 2009 roku. To wtedy nie tylko po raz pierwszy w życiu leciałam samolotem, ale także po raz pierwszy przyleciałam do Stanów Zjednoczonych. Do Wietrznego Miasta- Chicago. Moja wiedza o Chicago była w tamtym czasie bardzo znikoma- miasto kojarzyło mi się z szarością, brudnymi ulicami i dużą Polonią. Leciałam tu absolutnie bez żadnych oczekiwań co do kraju, jedynie na wakacje do mojego ówczesnego chłopaka (obecnie męża), który wyemigrował tu kilka miesięcy wcześniej. 
     Kiedy myślę o tamtym dniu, na myśl przychodzą mi trzy momenty. Po pierwsze- rozmowa z urzędnikiem emigracyjnym na lotnisku. Pamiętam, że miałam przeczucie, że jest on Polakiem, ale mimo wszystko rozmawialiśmy po angielsku. Ok, muszę doprecyzować: "rozmawialiśmy" to powiedzenie bardzo na wyrost, gdyż w tamtym czasie mój angielski był bardzo, hmm, umowny. Nasza rozmowa była więc częściowo po angielsku, częściowo po francusku, a częściowo na migi. Kiedy teraz o tym myślę, nie mogę powstrzymać uśmiechu. I od razu na myśl przychodzi mi inna sytuacja, z któregoś z moich kolejnych lądowań w Chicago. W kolejce przede mną stał mężczyzna w średnim wieku i mniej więcej słyszałam jego rozmowę z urzędnikiem. Pamiętam, że ów mężczyzna został zapytany po angielsku o to, do kogo przyleciał. Pytanie zrozumiał, ale najwyraźniej nie wiedział jak na nie odpowiedzieć po angielsku, więc bardzo wyraźnie i głośno odpowiedział po polsku: "Do zięcia. ZIĘĆ. Mąż córki- ZIĘĆ". O tak, teraz na pewno urzędnik zrozumiał ;)

Downtown

      Drugie wspomnienie z tamtego dnia to moment kiedy wyszłam z lotniska i pierwsze co mnie uderzyło to fala gorąca. Lata w Chicago potrafią być niesamowicie upalne i duszne i tamten dzień taki właśnie był. Dla mnie rewelacja.
     I w końcu ostatnie wspomnienie z tamtego dnia, o którym już kiedyś tu wspominałam. Jechaliśmy z Danielem do polonijnego biura podróży Rek Travel, żeby dowiedzieć się o ich ofertę wycieczkową. I kiedy staliśmy na światłach, naszą drogę przeciął starszy mężczyzna na rowerze, który tuż przed naszym autem zatrzymał się, by odharknąć i splunąć na ziemię. Nie był to widok pasujący do wyobrażenia o wielkiej, potężnej Ameryce.

Wyspa Muzeów, tuż przy Adler Planetarium

     Mimo że nie był to technicznie mój pierwszy dzień emigracji, to chyba jednak on wykuł się najbardziej w mojej pamięci. To wtedy zaczęło się moje poznawanie kraju, w którym kilka lat później przyszło mi zamieszkać. To własnie wtedy, latem 2009 roku, po raz pierwszy przyszło mi skonfrontować moje mgliste wyobrażenia o Ameryce z rzeczywistością. 

     Z mojego prawdziwego pierwszego dnia na emigracji niewiele pamiętam, chyba byłam w zbyt dużym szoku, że to "już-TEN-dzień". Najmocniejsze wspomnienie- znów to uderzenie gorąca, kiedy wyszłam z lotniska. Wprawdzie był to koniec sierpnia, ale letnia aura wciąż pozostawała bardzo silna. Pamiętam też, że byłam wtedy całkowicie rozdarta emocjonalnie. O ile przy wsześniejszych pobytach w Chicago cieszyłam się z tego, że mogę poznawać nowy kraj czy spędzać czas z Danielem, o tyle mojego pierwszego dnia prawdziwej emigracji poczułam się w emocjonalnym rozkroku. Od tamtego dnia przez kilka kolejnych miesięcy biłam się z myślami czy powinnam zostać w USA, czy może wrócić do Polski, do mojej rodziny, przyjaciół i dotychczasowego życia. Stany Zjednoczone nigdy w pełni nie były krajem mojego wyboru, raczej wyborem losu, z którym ja zdecydowałam się żyć. 

Plaża przy Montrose. Super miejsce na letni spacer.

    Pomimo moich początkowych rozterek, które pomimo kolejnych lat emigracji wciąż się pojawiają, nie żałuję decyzji o przeprowadzce do USA. Miałam cały ocean trudnych chwil, wątpliwości i załamań, ale mimo wszystko bardziej pamiętam te dobre momenty- przede wszystkim podróże i spotkanych na mojej drodze ludzi, ale także pierwsze kontakty z amerykańską kulturą, kuchnią i rzeczywistością, które często przyprawiały mnie o zdziwienie i uśmiech. A czy za kolejnych pięć lat będę pisała ze Stanów, Polski, czy jeszcze innego zakątka? Czas pokaże.

     Emigranci, a jak Wy wspominacie swoje pierwsze dni w nowym kraju?

--- Dzisiejszy post powstał w ramach wiosennego projketu Klubu Polki na Obczyźnie. Wrażenia innych klubowiczek z ich pierwszych dni na emigracji możecie przeczytać TUTAJ. ---



3/07/2017

Art Institute na skróty. 10 najciekawszych obrazów.

Art Institute na skróty. 10 najciekawszych obrazów.
     Jednym z ogromnych plusów Chicago jest liczba miejskich muzeów i obiektów, które gromadzą niesamowicie interesujące zbiory. Jest na przykład Field Museum, w którym podziwiać można szkielety dinozaurów. Jest Adler Planetarium, z którego patrzeć można na Drogę Mleczną. Jest Shedd Aquarium, w którego zbiornikach znajdują się stworzenia z wód całego świata. I jest w końcu moje ulubione muzeum- Art Institute, które uwielbiam odwiedzać i o którym właśnie dziś Wam opowiem.


     Chicagowskie muzeum sztuki powstało w 1879 roku i obecnie jest drugim co do wielkości muzeum sztuki w Stanach Zjednoczonych (po nowojorskim Metropolitam Museum of Art) oraz dziesiątym na świecie. Znane jest przede wszystkim ze zbiorów sztuki amerykańskiej oraz ogromnych zbiorów sztuki europejskiej, w tym największego poza Francją zbioru prac impresjonistycznych i postimpresjonistycznych. Tak naprawdę, chyba każdy może znaleźć tutaj coś dla siebie- jest zarówno sztuka starożytna, jak i nowoczesna; azjatycka, jak i afrykańska; jest zarówno malarstwo, jak i rzeźba i elementy architektury. 260 tysięcy eksponatów- robi wrażenie!


     Jeśli mieszkasz w Chicago, to zachęcam poznawać Art Institute systematycznie- nie rzucać się od razu na całość, gdyż może przytłoczyć, ale wybrać się tam kilka razy za każdą wizytą wybierając inną wystawę. Dobrze jest czasem usiąść na ławce w którymś z pokoi i zwyczajnie pogapić się na spokojnie w obraz przed sobą. Nawet jeśli nie znasz się jakoś specjalnie na historii sztuki, to zapewne całkiem swojsko poczujesz się wśród takich twórców jak Rembrandt, Caravaggio, Degas, Monet, Picasso, czy Dali.
Jeśli natomiast jesteś turystą, to doskonale wiem, jak ograniczać potrafi czas. I to właśnie głównie z tą myślą przygotowałam poniższe subiektywno-obiektywne zestawienie 10 obrazów "must-see" w Art Institute. Wybrałam takie pozycje, które najbardziej kojarzą się z chicagowskim muzeum sztuki lub są wyjątkowe dla mnie. Jeśli masz tylko godzinkę na zwiedzenie muzeum albo nie interesuje Cię specjalnie sztuka, ale przecież selfiaczek i "check-in" na fejsie musi być, żeby zwiedzanie się liczyło, to poniższe propozycje zdecydowanie powinny dać namiastkę tego, co kryje się w galeriach i krętych pokojach Art Institute. 
A być może wcale nie wybierasz się do Chicago. Tym bardziej zostań tu jeszcze chwilę i chodź na krótki spacer po Art Institute.

Grant Wood American Gothic, 1930

Obraz ten to jeden z symboli zbiorów Art Institute i jednocześnie ikona malarstwa amerykańskiego. Przedstawia farmera i prawdopodobnie jego żonę bądź córkę. Ciekawostka- dom w tle istnieje naprawdę i można go oglądać (niestety tylko z zewnątrz) w miasteczku Eldon w stanie Iowa. Ponoć w tamtejszej informacji turystycznej można nawet nabyć akcesoria, by odpowiednio pozować do zdjęcia przed domem.  Obraz doczekał się tak wielu odniesień w pop-kulturze, że jestem przekonana, że nawet jeśli ktoś nie kojarzy oryginału, to od razu skojarzył sobie jakąś z prac nim zainspirowanych.
(Obecnie- do lata 2017- obraz jest wypożyczony do Royal Academy w Londynie i nie można go podziwiać w Art Institute)


Edward Hopper Nighthawks, 1942

Niesamowicie smutny i melancholijny moim zdaniem obraz, przedstawiający samotność w wielkim mieście. Powstał krótko po ataku na Pearl Harbor i według niektórych ukazuje emocje, jakie towarzyszyły Amerykanom po tym właśnie wydarzeniu. Ciekawostka- został nabyty przez Art Institute za 3 tysiące dolarów. W tamtych czasach na pewno znaczyło to więcej niż dzisiaj, ale i tak była to dobra cena za kolejny symbol sztuki amerykańskiej XX wieku.



Georges Seurat A Sunday on La Grande Jatte, 1884

Jeden z najbardziej znanych obrazów francuskiego impresjonizmu i kolejny, który doczekał się wielu odniesień w kulturze. Oto przenosimy się w spokojny klimat niedzieli na francuskiej wysepce. Jest to również jeden z obrazów najlepiej prezentujących technikę pointylizmu, tak ukochaną przez francuskich neoimpresjonistów. Co mnie zaskoczyło gdy zobaczyłam to dzieło po raz pierwszy, to jego rozmiar. Wiecie, jak przegląda się reprodukcje obrazów w albumach, niekoniecznie zwraca się uwagę na wymiary. A kiedy potem wchodzi się do muzeum i okazuje się, że obraz zajmuje pół ściany, to naprawdę można się zdziwić.




Gustave Caillebotte Paris Street; Rainy Day, 1877

Deszczowa ulica Paryża to chyba najbardziej znany obraz Caillebotte'a. Mimo że autor żył bardzo blisko z impresjonistami, to jego obraz bardziej uśmiecha się do realistów. Spójrzcie na te mokre kamienie i czarną woalkę!



Vincent Van Gogh The Bedroom, 1889

Chicagowska Sypialnia to druga z trzech wersji obrazu przedstawiającego sypialnię Van Gogha w prowansalskim Arles. W zeszłym roku Art Institute przygotowało bardzo interesującą wystawę, na której podziwiać można było wszystkie 3 wersje: poza chicagowską, także holenderską i francuską. Wystawa trwała kilka miesięcy i przez cały ten czas cieszyła się niesłabnącym zainteresowaniem chicagowian! Niestety, skoro wcześniej Chicago wypożyczyło dwa obrazy, to teraz samo musiało wysłać Sypialnię i przez kilka miesięcy nie nie była ona dostępna dla zwiedzających Art Institute (wraca prawdopodobnie już w przyszłym miesiącu!).


Wszystkie 3 wersje Sypialni na wystawie w 2016 roku
Nie chcę, aby połowę tego zestawienia zajmował Van Gogh (choć śmiało by mógł!), dlatego już tylko szybciutko zwrócę uwagę jeszcze na dwa jego obrazy w zbiorach Art Institute: Autoportret i The Drinkers. Szczególnie ten drugi jest interesujący, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie, jak w tamtych czasach popularny był absynt :)


Claude Monet Water Lily Pond, 1900

Zaryzykuję stwierdzenie, że Claude Monet jest jednym z najbardziej znanych impresjonistów. A akurat ten obraz kojarzy mi się bardzo dobrze i pamiętam go jeszcze z lekcji plastyki w podstawówce. Lubię jego sielski klimat, a jak widać na zdjęciu poniżej, chyba całkiem miło jest przy nim odpocząć.



Kazimierz Malewicz Painterly Realism of a Football Player - Color Masses in the 4th Dimension, 1915

Nie dajcie się zmylić opisowi obrazu w muzeum! Sugeruje on, że Malewicz był urodzonym na Ukrainie Rosjaninem, a przecież my doskonale wiemy, że to był Polak! Nie mam pewności, ale możliwe, że to jedyny polski akcent, a napewno jeden z niewielu, w Art Institute. Malewicz znany jest głównie jako twórca suprematyzmu, czyli nurtu dążącego do oderwania sztuki od rzeczywistości i uproszczenia form. Poniższy piłkarz to idealny przykład.


Jackson Pollock Greyed Rainbow, 1953

Może wyjdę na ignorantkę, ale nie jestem fanką sztuki abstrakcyjnej- zwyczajnie nie przekonuje mnie "twórczość" typu zielony kwadrat na zielonym tle czy przypadkowo skomponowane linie. Ale skoro ktoś jest autorem jednego z najdroższych obrazów świata, to warto zobaczyć jego inne prace.


El Greco The Assumption of the Virgin, 1577-79

Lubię El Greco. Tworzył w epoce manieryzmu, czyli pomiędzy renesansem a barokiem, ale mam wrażenie, że w spojrzeniu na kolory daleko wyprzedzał swoje czasy. W Art Institute znajduje się kilka jego obrazów, ale Wniebowzięcie Marii jest zdecydowanie najbardziej imponującym, także ze względu na rozmiary- 228x401 cm!



William Turner Fishing Boats with Hucksters Bargaining for Fish, 1837-38

I na koniec jeden z moich absolutnie ulubionych obrazów w Art Institute- dynamiczny i pełen niepokoju. Z pewnością mogłabym powiesić go w swoim domu, gdybym tylko znalazła miejsce ;) Swoją drogą, William Turner był dość monotematycznym twórcą (ogromna część jego dzieł to mariny), a przy okazji niesamowicie płodnym artystą- zostawił po sobie prawie 30 tysięcy prac! Okej, większość to "tylko" szkice, ale mimo wszystko robi wrażenie.





Jak Wam się podobał ten wirtualny spacer? A może sami mieliście okazję odwiedzić Art Institute i coś szczególnie przykuło Waszą uwagę?


3/03/2017

Styczniowo-lutowe migawki

Styczniowo-lutowe migawki
    Ponieważ styczeń i luty były u mnie bardzo intensywne i zarówno opisanie wszystkiego, jak i potem przeczytanie, byłoby czasochłonne, to postanowiłam lekko zmienić formułę migawek. Zamiast tradycyjnej opowiastki, ostatnie dwa miesiące mojego życia przedstawiłam Wam w kilkunastu fotografiach z krótkimi opisami. Miłego oglądania!

Migawki zacznę od chyba najbardziej lubianego zdjęcia na FB w ostatnich 2 miesiącach- spojrzenie na Chicago z Marina Tower. Miasto szkła i mostów- tak podpisałam to zdjęcie. Zwróćcie uwagę, jak spokojna jest rzeka! Taki widok tylko zimą, latem na wodzie panuje niesamowity ruch- łódki, statki wyczieczkowe, kajaki... dzieje się! Już niedługo :)

W styczniu ruszyłam z cotygodniowymi felietonami dla Radia Deon. Moich krótkich opowieści o Chicago możecie posłuchać w cyklu Chicago na Skróty w każdy czwartek o 9.20 rano albo na stronie Radia.

Na początku stycznia zaczęłam eksperymentować z naturalnymi, domowymi kosmetykami. W ruch poszły przede wszystkim soda oczyszczona, olej kokosowy i olejki eteryczne. Na plus zdecydowanie antyperspirant i pasta do zębów, pozostałe trochę gorzej. Jeśli macie jakieś swoje sprawdzone przepisy na dowolne domowe kosmetyki- dajcie znać!
Na FB informowałam, że zaczął mi się wyjątkowo ciężki semestr i do połowy maja nie wiem jak będzie z moją blogową aktywnością. Okazało się, że pomimo nawału obowiązków, nie było tak źle z postami. Powyższe zdjęcie to przykład tego, jak ostatnio wygląda mniej więcej mój każdy tydzień szkolny. Dobra organizacja to podstawa przy 19 godzinach kredytowych...
Na początku stycznia podzieliłam się z Wami takim oto zdjęciem. Faktycznie, przez kilka dni mieliśmy trochę mrozów, co widać po stanie rzeki (imponujące ujęcie!), ale mimo wszystko zima była wyjątkowo łagodna- Chicago pobiło 146-letni rekord w ilości śniegu, jaka spadła w styczniu i lutym- wskaźniki były niemal zerowe! Jak pamiętacie moje relacje z innych zim, to zdecydowanie mogłoby być duuużo gorzej! Spójrzcie chociażby TUTAJ.

Pozostając w temacie pogody i wyjątkowo ciepłej zimy, to spójrzcie tylko jak ciepłe dni mieliśmy w połowie lutego! Czasem można było nawet usiąść w krótkim rękawku na ogrodzie i złapać trochę słońca. Cudownie! Niestety, zaczął się marzec i... wróciła (przyszła?) zima!
Mieliśmy okazję uczestniczyć w chrzcinach. W USA wszelkie uroczystości skupiają się przede wszystkim na imprezach, a nie na samych spotkaniach w kościele. A ponieważ były to polskie chrzciny, to mogliśmy skosztować takich oto specjałów prosto od Górali!
Kontynuując temat jedzenia- takie cuda językowe tylko w polskich sklepach w Chicago :) #polskitakitrudny #ponglish
Do polskich sklepów przyszły już dekoracje wielkanocne. Urzekły mnie te kolorowe pisanki. Polski folklor zdecydowanie jest tym, co bardzo lubię! A pisanki w lutym- kto by się tam przejmował, że za wcześnie!
Styl wiktoriański w dzielnicy Logan Square. Deszczowa aura, więc zdjęcie trochę smutne, ale domy mimo wszystko przepiękne. Jeśli jesteście ciekawi wnętrz, to znalazłam zdjęcia z tego różowego domu TUTAJ.
Na początku lutego nad Chicago spadł meteoryt! Zupełnie niespodziewanie, bo nikt go wcześniej nie wyłapał. Szczęśliwie, najprawdopodobniej wpadł do jeziora, bo nie odnotowano żadnych strat. Więcej informacji i nagrania spadającego meteorytu TUTAJ.
Miałam okazję wybrac się do chicagowskiej biblioteki prawniczej. Niesamowite zbiory! Kiedy patrzyłam na te wysokie regały uginające się od starych woluminów, czułam się trochę... jak w świecie Harry'ego Pottera!
W minionym miesiącu wypadło 10 lat, odkąd jesteśmy razem z moim mężem. Z tej okazji Daniel postanowił, że przez 10 tygodni będzie mnie obsypywał kwiatami. No to mam! Cudowne uczucie! Szkoda, że tylko co dziesięć lat ;)
Wybraliśmy się w końcu do Qulinarni, o której słyszałam już wiele dobrego. I nie zawiodłam się! Nowoczesna kuchnia polska- tego można spodziewać się po menu. Jest naprawdę przepysznie! Fotografowanie jedzenia raczej nie jest moją mocną stroną, ale wierzcie mi- dania były również bardzo pięknie podane! Na zdjęciach- sałatka z łososiem, jesiotr z dodatkami (puree z pasternaka wymiata!), policzki cielęce i na deser mus czekoladowy z bezą i owocami. Polecam!
I na koniec interesująca grafika- jaki język jest najpopularniejszy w każdym stanie poza angielskim i hiszpańskim. Illinois nie zaskakuje!

W lutym wrzuciłam film na YouTube- relację z chicagowskiego Auto Show. Jakie będzie moje następne auto? O tym poniżej!


I to tyle na dzisiaj. A jak Wam minęły ostatnie tygodnie?

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger