Od kilku dni internety naśmiewają się z nowej polskiej przypadłości, nazwanej uroczo "parawaningiem". Dla tych, których jakimś cudem ominęła ta, nomen omen, fala informacji o nadbałtyckiej modzie, spieszę z wyjaśnieniem. Otóż niektórzy polscy "janusze" postanowili pójść o krok dalej ze swoim nieszczęsnym cebulactwem i dążeniem do prywatności i uznali, że nie ma nic złego czy dziwnego w tym, aby o 5 rano pomykać z naręczem parawanów pod pachami i z młotkiem w dłoni, tylko po to, by zająć miejsce na plaży, a następnie spokojnie ruszyć na śniadanie i potem wrócić na swoje zaklepane miejsce. Pisząc "zająć miejsce na plaży", mam na myśli mniej więcej to:
Owa nieszczęsna moda skłoniła mnie do krótkiej refleksji na temat różnic w wyglądzie polskich i amerykańskich (głównie chicagowskich) plaż i zwyczajów na nich panujących.
Po pierwsze, uzmysłowiłam sobie, że nigdy na żadnej plaży w USA, którą miałam okazję odwiedzać, nie widziałam parawanu. Ani jednego. Owszem, spotkać można parasole, ostatnio na przykład coraz popularniejsze są "sportbrelle", nota bene bardzo praktyczne, ale parawany zdecydowanie nie występują w amerykańskiej przestrzeni plażowej.
Po drugie, plaże w Ameryce są na ogół zdecydowanie czystsze. I nie mówię nawet o plażach w parkach stanowych, które są wyjątkowe pod tym względem, ale nawet o zwykłych plażach miejskich. Pamiętam jak jeżdżąc nad Bałtyk, szczególnie pod koniec lata, kiedy przez plaże zdążyły już przewinąć się miliony turystów, zawsze raził mnie stan piasku, w szczególności występujące w zatrważającej ilości pety oraz kapsle i zawleczki. Z tego co wiem, plaże były czyszczone, ale nie za wiele to dawało. Ponadto, trzeba było uważać wchodząc do wody, by nie nadepnąć na przykład na kawałek szkła. (Nie mogę wymazać z pamięci na przykład takiej sytuacji, kiedy pewnego dnia, jakoś z 13 lat temu, wybrałyśmy się z koleżankami na jedną ze szczecińskich "plaż"- Dziewoklicz, będący kąpieliskiem utworzonym przy odnodze Odry. Pływałyśmy, grałyśmy w jakieś wodne gry, kiedy nagle któraś z dziewczyn wyjęła z wody... tłuczek do mięsa!). Tutaj piasek, zarówno na brzegu, jak i w wodzie, jest naprawdę czysty i to jest ogromny plus. Jeśli sytuacja w Polsce wygląda lepiej niż zapamiętana przeze mnie- proszę dajcie znać, bo niestety w tym roku nie dałam rady zawitać nad nasze piękne polskie morze.
Po trzecie, uwielbiam tutejszą infrastrukturę plażową. Przy większych plażach na ogół znajdują się mini-bary, całkiem czyste toalety, a także natryski, pod którymi można spłukać resztki piasku. Niby nic, a tak ułatwia życie!
Po czwarte, w USA dość powszechne są wydzielone i ogrodzone plaże dla psów, na które można przyjść ze swoimi pupilami, by mogły pobiegać po piasku i socjalizować się z innymi czworonogami. Jak dla mnie pomysł świetny, choć jest jeden spory minus- najczęściej miejsca te usytuowane są bezpośrednio przy zwykłych plażach, co może rodzić pewne wątpliwości na temat jakości wody...
![]() |
| źródło |
Po piąte, panowie powinni uważać, w co przyodziewają swoje zgrabne pośladki, bowiem tradycyjne kąpielówki są tutaj bardzo źle widziane. Owszem, jeśli ktoś idzie na plażę jedynie w celu pływania (pływania, nie chlapania się w wodzie), nie powinien się tą zasadą przejmować, ale w każdym innym wypadku musi liczyć się z tym, ze zostanie zlustrowany wzrokiem i obgadany przez otaczających go plażowiczów. Jeśli ktoś nie chce znaleźć się w takim niewygodnym centrum zainteresowania- polecam bermudy. Tak, nawet do opalania. Przyznaję, nie rozumiem tego zwyczaju, ale nie ma co zapominać, że jesteśmy przecież w purytańskiej Ameryce...
Po szóste, na plaży, podobnie jak w Polsce, można kupić lody. Tyle że tutaj sprzedawcom nawet przez myśl nie przyjdzie dźwiganie przenośnych lodówek- lody sprzedają z wózków rowerowych, którymi poruszają się po plażach. Z pewnością nie uraczy nas natomiast angielskojęzyczna wersja wierszyków reklamowych układanych i wygłaszanych przez kreatywnych sprzedawców, a do naszych uszu dobiegnie jedynie dźwięk dzwonka przyczepionego do wózka. Nie zostaniemy również uraczeni gorącymi kolbami kukurydzy, pierogami ani niczym, co aktualnie sprzedaje się na polskich plażach. A co najbardziej bolesne dla mnie- zawsze wychodząc z plaży mam ogromną ochotę na naszego polskiego, pysznego szaszłyka! Tutaj szaszłyki są bardzo mało popularne, a w przyplażowych barach najczęściej można dostać frytki i hot dogi. Cóż, nikt nie powiedział, że życie w Ameryce jest lekkie :P
Na koniec kilka zdjęć z jednej chicagowskich plaż- Foster Beach. Odkryłam tę plażę niedawno i bardzo polubiłam z kilku powodów, między innymi dlatego, że jest duży, darmowy parking, z plaży rozciągają się całkiem przyjemne widoki, a w ciągu tygodnia kąpielisko nie jest przepełnione. Jedyny minus- ratownicy są nieco nadgorliwi i wypływając łódkami mniej więcej do głębokości 1,5 m tworzą tam linię, której nie można przekraczać. O ile w dni, kiedy nie ma fali nie jest to wielki problem, bo pływać można wzdłuż plaży, o tyle w dni wietrzne fala potrafi doszczętnie zrujnować plany kształtowania sylwetki i relaksu w wodzie.
A już całkiem na koniec, jeśli macie ochotę zerknąć okiem na kilka bardziej południowych plaż, to zapraszam do dość starego posta "Cho na plażę".























