1/17/2014

Pierwsze dni w college

    Jak pisałam w listopadzie, zdecydowałam się w końcu iść do college. Jaki wybrałam kierunek i jak wyglądały początki początków możecie przeczytać we wspomnianym poście, natomiast dziś chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami po pierwszym tygodniu kolejnej odsłony studiowania, tym razem w Ameryce.


    W mojej klasie na English 101 Composition jest ok. 25-30 osób. W różnym wieku- są zarówno studenci zaraz po liceum, jak i osoby starsze ode mnie. W USA nie ma w tym nic dziwnego. W Polsce na ogół na studia idzie się zaraz po maturze. Tutaj, z racji tego, że studia są dość kosztowne- większość osób, nawet rodowitych Amerykanów, woli najpierw znaleźć sobie pracę, a potem kontynuować edukację. Różnej narodowości- oprócz mnie jest jeszcze jedna Polka, a poza tym także przedstawiciele Ukrainy, Serbii, Ekwadoru czy Kolumbii. Taka mieszanka wiekowo-kulturowa jest całkiem przyjemnym zjawiskiem, na pewno bardzo otwierającym, ale są też minusy. To co w jednym środowisku jest bowiem dopuszczalne, w innym bywa źle odbierane. Na przykład, czy wyobrażacie sobie, żeby w Polsce ktoś siedział sobie na zajęciach w czapce? Dla mnie jest to brak wychowania i kultury, a tutaj nikt nie ma nic przeciwko.

    Nauczyciel to Polak w wieku ok. 60 lat. Wprawdzie w żadnym momencie nie przyznał się do swojej narodowości, ale zdradziło go nazwisko, a poza tym w epoce internetowego szpiegostwa raczej nietrudno dowiedzieć się o kimś podstawowych rzeczy :P Tak czy inaczej, mężczyzna wydaje się być bardzo przyjemny, otwarty, wesoły i mądry w taki życiowy sposób. Podoba mi się również to, co w USA jest ponoć normą- nauczyciel odnosi się do studentów z ogromnym szacunkiem. Ciekawy jest również sposób postrzegania samego siebie i swojej pracy przez Pana K. Jak sam mówi, jest dla nas lekarzem- ma poznać nasze słabości i dać nam na nie lekarstwo. Jest także trenerem- daje nam wskazówki, w jaki sposób dalej się rozwijać. Czy trafiłam na dobrego lekarza i trenera- okaże się.

    -Chcecie dziś napisać test?- zapytał nauczyciel w ramach rozpoczęcia pierwszych zajęć, o godzinie ósmej rano. Oczywiście wszyscy w klasie spojrzeli na niego z lekka dziwnie. Ja to nawet pomyślałam z przerażeniem, że chyba mój angielski płata mi jakieś figle i na pewno coś źle zrozumiałam. Zrozumiałam dobrze, ale rzecz jasna, żadnego testu nie było. Pytanie jednak nie zostało zadane bez powodu. Służyło bowiem temu, by po pierwsze wyjaśnić, że nie powinniśmy traktować testów jako przeszkód czy problemów, ale jako możliwości. Przyznam, że podoba mi się taka definicja :) Po drugie- przecież Pan K. nie może oceniać czegoś, czego nas nie nauczył.  



    Ale nie żeby było tak pięknie- wprawdzie ten tydzień minął na omawianiu spraw organizacyjnych, wyjaśnianiu na czym polega ten przedmiot, poznawaniu kolegów i koleżanek z klasy oraz ustalaniu, jak wymawiać wszystkie, niekiedy egzotyczne, imiona; jednak już na przyszły tydzień trzeba napisać esej, w celach diagnostycznych rzecz jasna. I żeby było trudniej, przynajmniej dla mnie, jest 8 tematów do wyboru. Jak nieludzkim trzeba być, by dać tak duży wybór? :P

    Spodobała mi się jeszcze jedna rzecz. Po ostatnich zajęciach do Pana K. podeszło kilka osób z różnymi pytaniami. Nauczyciel do każdego odnosił się życzliwie, nie miał problemu z poświęceniem swojego czasu, by rozwiać wątpliwości studentów, a na koniec każdemu "przybijał żółwika" :) Nie był to jednak tylko wyraz koleżeństwa ze studentami, ale także, a może nawet przede wszystkim, symboliczne ukazanie, że na sukces składa się w 50% jego praca, i w 50% nasza. Naprawdę podoba mi się takie otwarte usposobienie i podejście.

    Jeszcze dwa zdania o jednej rzeczy, której nie zaznałam na studiach w Polsce. Mianowicie, ciekawym zjawiskiem w amerykańskiej szkole jest tzw. "blackboard", czyli indywidualne konto internetowe studenta, gdzie może sprawdzić swoje oceny oraz gdzie nauczyciele zamieszczają różne informacje i materiały dla swoich studentów. Naprawdę bardzo pomocne narzędzie.



   I tak oto powróciłam do studenckiego życia. I jak przystało, pomimo wcześniejszego zapału, teraz jestem w stanie zrobić wszystko, zanim zacznę się uczyć. W Polsce podczas sesji egzaminacyjnej za każdym razem miałam nieodpartą pokusę pieczenia ciasteczek. A tutaj... no przecież nie mogłam nie napisać posta, prawda? Co z tego, że esej do napisania czeka :P



Pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne. Zobaczymy, co będę pisać, gdy przyjdzie do zaliczenia przedmiotu :)

33 komentarze:

  1. Oho, zapowiada się ciekawie :) Też bardzo podoba mi się to porównanie do lekarza i trenera. Trzymam kciuki za naukę i ten esej! A propos blackboard, w Holandii też jest równie popularny. Korzystałam z niego nawet podczas nauki języka na kursie (może dlatego, że kurs był na uniwersytecie :D). Świetna sprawa. Można też zakładać tam fora i rozmawiać z innymi studentami i nauczycielami z Twojej klasy :) My tak robiliśmy nawet w ramach zadań domowych :D

    Trzymam kciuki i ściskam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawdziłam- u mnie też jest taka opcja :) Zobaczymy, na ile będzie używana :)

      Usuń
  2. Bardzo czekalam na ten post ! Bardzo sie ciesze, ze twoje wrazenia sa tak pozytywne!!!
    Ile razy w tygodniu masz zajecia?

    Bardzo sie ciesze, ze wreszcie napisalas tegoppsta!!

    Powodzenia! Chociaz wiem, ze dasz sobie rade!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzięłam jeden przedmiot, zajęcia mam 2 razy w tygodniu po 80 minut. Zobaczymy jak minie ten semestr- mam nadzieję, że w przyszłym wezmę więcej przedmiotów:)

      Usuń
  3. Ja, po moich doświadczeniach w PL, absolutnie kocham amerykańskich profesorów bez względu na to jak bardzo są wymagający :) Mam pozytywne wspomnienia z poprzedniego semestru i już nie mogę się doczekać następnego :D

    A co do ociągania się przy nauce, to wierz mi lub nie... mam podobnie. Zawsze przed nauką muszę zadbać o porządek w domu, więc wypucowany jest na błysk ;) robię przepyszne obiadki, ubrania w garderobie mam poukładane rodzajem i kolorami ;) znajdzie sie tez czas na zabawe z kotem ;) no i tez czas dla mnie - piłowanie paznokci, malowanie ich, maseczki na twarz, peelingi do ciała itp ;) az w koncu musze usiąsc, wziac ksiazke w rece i czytac ;) a i tak przypomni mi sie po chwili, ze jak juz czytam to bardzo bylo by mi milo robic to przy jakiejs pysznej herbatce :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahaha, widzę, że syndrom "Tyle rzeczy jest do zrobienia wokoło, kiedy się trzeba uczyć", pojawia się wszędzie, bez względu na kontynent;). Pozdrawiam i życzę przyjemnej nauki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Cieszę sie, ze college w USA jest tak pozytywnie odbierany. Czytając twój post jeszcze bardziej nie mogę sie doczekać kiedy pójdę do szkoły tutaj :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Pochwal sie, jakie tematy, cos wybierzemy :)) I powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasia, fragmenty tematów są na zdjęciu w poście :) Jak chcesz się poćwiczyć w pisaniu, to mogę przesłać Ci całość :D

      Usuń
  7. To się nazywa syndrom studenta :) Ja jak mam coś do przeczytania lub do napisania na zajęcia to najpierw sprzątam mieszkanie na błysk, mam ochotę iść na siłownię, upiec ciasto, malować paznokcie itd.

    OdpowiedzUsuń
  8. Fajnie, że osoba ucząca ma takie podejście i można z nią łatwo nawiązać kontakt :)
    Po raz kolejny powiem, że akurat ten fakt bardzo mi się podoba w porównaniu do Polski.

    A obrazek genialny :D

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Polak w Stanach uczy angielskiego? Fajno;-) U mnie się właśnie sesja zaczyna, a jest tyyyle seriali do obejrzenia:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha przecież to Chicago! Polacy rulezzz :D

      Ale tak serio, muszę przyznać, że gdybym nie wiedziała, to po jego wypowiedziach w życiu bym nie powiedziała, że nie jest rodowitym Amerykaninem!

      Usuń
  10. Baaaardzo mi się podoba system edukacji w Stanach! A największe wrażenie robi kontakt na linii nauczyciel-uczeń. Mam wrażenie, że taka życzliwa relacja to u nas jeszcze rzadkość...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj nie zgodzę się z Tobą Paulino :)
      Moi nauczyciele byli życzliwie tak jak i uczniowie w stosunku do nich.

      Usuń
  11. Ciesze sie ze Twoje wrazenia z pierwszych zajec sa jak najbardziej pozytywne:)Powodzenia z esejem.Moj semestr zaczyna sie za kilka dni i juz nie moge sie doczekac:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak mi wychodzi, że przydałyby mi się takie studia - od razu mieszkanie byłoby na błysk :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ucz sie pilnie Paulina, żebyśmy się później na wywiadowce nie musieli za CiEbie wstydzić..:-D

    OdpowiedzUsuń
  14. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  15. Hej :) W Polsce na studiach istnieje odpowiednik blackboard. Nazywa się USOS (Uczelniany System Obsługi Studenta) :) A do umieszczania materiałów używa się systemu Moodle :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Mój mąż wykłada obecnie na 3 uczelniach, każda ma inny system, do którego wprowadza się oceny itp. i, szczerze mówiąc, ja, jako żona, ich strasznie nie lubię. Zawsze coś idzie nie tak, zawsze trzeba pierwszy tydzień czy dwa spędzić na telefonach czy mailach do osób, które wiedzą jak coś naprawić. A to oznacza, że mój mąż jest zalewany toną emaili od sfrustrowanych studentów (typu "dlaczego jeszcze nic nie ma?"), dwa tygodnie spędzam praktycznie bez męża, który jest cały czas przyklejony do komputera, a dodatkowo mój mąż przepłaca to zdrowiem, bo wie, że musi coś zrobić, a nie może. A jak już wszystko działa w miarę ok, to ktoś postanawia coś "ulepszyć" przed kolejnym semestrem ;-) Mam nadzieję, że u Ciebie system działa lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo fajna decyzja ze szkola. Ciekawa jestem dalszych wrazen. xo

    OdpowiedzUsuń
  18. super blog :-)
    zapraszam również do mnie :-)

    www.kuchniaipodroze.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  19. piszesz o blackboard tak jakbyśmy w pl nie mieli moodle Oo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za moich czasów nie było, ale dobrze wiedzieć, że to się zmieniło :)

      Usuń
  20. super! Powodzenia!:)
    ja też zawsze w trakcie sesji w Polsce, zanim zasiadłam do nauki- miałam 1000 spraw absolutnie ważnych do zrobienia!:)

    OdpowiedzUsuń
  21. A to ciekawe, studiuję w Polsce od 2012 roku i na naszej uczelni od przeszło 5 lat indeks jest tylko elektroniczny, bardzo podobny do tego, który opisałaś. Świetny blog, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Jaki kierunek studiujesz?

    OdpowiedzUsuń
  23. witam!:)
    czy mogę zapytać czy Pan K. uczy również w PL?:>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wydaje mi się :) Być może kiedyś uczył, nie wiem, ale aktualnie mieszka na stałe w USA :)

      Usuń
  24. Hejka!
    Super blog!

    Zapraszam do siebie na bloga :)
    Mam na imię Kinia i mam 20 lat.
    Piszę trochę o sobie, swoim życiu, studiach, zainteresowaniach jak i umieszczam ciekawe zdjęcia.
    Ostatnie notki dotyczą mojej pracy i studiów oraz "Quillingu".
    Poproszę o opinię czy komentarz! :)

    -> http://drobnostek-swiat.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger