5/21/2012

Ślubno-weselnych przygotowań część pierwsza

   W ciągu ostatnich tygodni sporo czasu poświęciłam na zgłębianie wiedzy o branży ślubno-weselnej. Muszę przyznać, że organizacja ślubu i wesela w USA zdecydowanie różni się od realiów polskich! Dziś więc kilka informacji o tym, jak wyglądają przygotowania do najważniejszego dla wielu osób dnia w życiu. Od razu uprzedzam, że to nie koniec mojego zaangażowania w poznawanie tej dziedziny, więc ciąg dalszy może nastąpić :)

   Etap pierwszy- ustalenie daty ślubu. Okazuje się, że nie jest to wcale najmniej kłopotliwa część przygotowań. Owszem, wybór dnia zależy tylko od Pary Młodej, ale "zaklepać" go w urzędzie można maksymalnie 60 dni wcześniej! (tak przynajmniej jest w Illinois). Najpierw wykupuje się licencję, ważną właśnie 60 dni, a potem dopiero jedzie się do urzędu dopełniać formalności. Jeżeli w ciągu tego terminu nie weźmie się ślubu, licencja wygasa i trzeba wykupić nową. Tak krótki termin rodzi pewne komplikacje, chociażby w kwestii zamawiania przyjęcia weselnego, którego z oczywistych względów trzeba dokonać wcześniej niż jedyne 2 miesiące przed ślubem. Trzeba zatem rezerwować salę nieco na oślep, licząc, że w urzędzie nie będzie żadnych komplikacji. Komplikacji jednak raczej nie powinno być, gdyż ślub cywilny trwa jakieś 5 minut! Wszyscy chętni powinni więc zostać bez problemu obsłużeni :) W urzędzie nie trzeba nawet mieć świadków, a całość wygląda raczej jak zwykłe podpisanie kontraktu niż uroczysta, romantyczna chwila.

   Etap drugi- wybór i rezerwacja sali. Wybór sal weselnych w Chicago jest przeogromny! Większość z nich jest bardzo ładna, udekorowana, samemu można wybrać kolorystykę dodatków. Różnica na ogół pojawia się w cenie. Zdecydowanie tańsze są sale na południe od Chicago. Ogólnie można stwierdzić, że ceny za przyjęcie z obiadem i otwartym barem wahają się od $35 do $60 za osobę (wliczając w to podatek oraz koszty obsługi). Do tego dochodzą koszta za dodatkowe elementy, jak zimne przekąski, słodki stół, czy gorący posiłek około północy, bądź np. przedłużenie przyjęcia. I nie mówię tu o przedłużeniu w rozumieniu poprawin! Większość restauracji w Chicago oferuje przyjęcie trwające 5-6h, za każdą dodatkową godzinę trzeba zapłacić. Ale o zabawie do białego rana i tak można zapomnieć, bo restauracje mają licencje tylko do 2 w nocy...

   Etap trzeci- wybór zaproszeń. Nie zdziwię zapewne nikogo mówiąc, że wybór zaproszeń ślubnych jest w USA ogromny. Można kupić zaproszenia wraz z tekstem, bądź do samodzielnego wypisania; wybrać ze sklepowej czy internetowej półki bądź zlecić wykonanie zaproszenia według naszego pomysłu. Właściwie takie same możliwości dostępne są w Polsce. Warto tylko dodać, że w USA panuje zwyczaj, że to rodzice zapraszają na ślub Pary Młodej, więc większość gotowych zaproszeń ma właśnie taką formułkę. Jeśli chodzi o ceny, to są bardzo zróżnicowane. Jeżeli nie zależy nam na unikatowych czy nie wiadomo jak ozdobnych, a po prostu ładnych zaproszeniach, najlepiej jest wybrać się do sklepu typu Michaels czy Party City i tam dokonać zakupu, a następnie samemu wydrukować tekst zaproszenie.

Tyle na dzisiaj w temacie ślubu i wesela. Ciąg dalszy nastąpi zapewne za kilka tygodni :)

5/20/2012

Mozaikowy tunel

Mozaikowy tunel
   Ostatnio wracając z Montrose Beach natknęłyśmy się z Beatą na tunel ozdobiony mozaiką. Wygląda to przepięknie! Ponoć jest takich miejsc więcej w Chicago, więc będziemy szukać!:)
   Zdjęcia niestety robione z samochodu.






5/16/2012

Imię dla malucha

Imię dla malucha
   Dziś krótki post dla tych, którzy lubią trochę statystyki :)
   W miniony poniedziałek the Social Security Administration ogłosiła listę najczęściej nadawanych dzieciom imion w 2011 r. Oto one:

źródło: http://www.socialsecurity.gov/OACT/babynames/
Co mnie zaskoczyło- imiona na liście są całkiem "normalne", a nie wybrane pod wpływem postaci z kreskówki, filmu czy świata muzyki.

Gdyby więc ktoś szukał inspiracji, można skorzystać :D

5/13/2012

Amerykańskie akcenty 2

Amerykańskie akcenty 2
   Od ostatniego posta ze zbieraniną różnych zdjęć ukazujących specyfikę USA minęły niespełna 3 tygodnie, a już uzbierała się partia na kolejną notkę:)

   Zacznijmy od tego, co związane z dzisiejszym dniem. Otóż dzisiaj, w drugą niedzielę maja, Amerykanie obchodzą Dzień Matki. Jak to w USA, każde święto jest dobre do zorganizowania przecen i specjalnych okazji w różnych sklepach. Tak samo jest i dzisiaj. Ci, którzy nie chcą aż tak komercyjnie podchodzić do tego dnia, mogą sprezentować mamie uroczy torcik :)

 
   Jednak centra handlowe nie tylko z konkretnej okazji czy święta organizują atrakcje dla klientów. Czasami można trafić zupełnie przypadkiem na ciekawe wydarzenia- jak na przykład w Woodfield Mall w Schaumburgu.
 Pewnego dnia wychodząc z jednego ze sklepów w tej galerii handlowej kątem oka zauważyłam telebim, na którym pokazane były pingwiny. Pomyślałam sobie, że pewnie przywieźli zwierzaki z Zoo albo Shedd Aquarium, więc z ciekawości podeszłam bliżej. Jednak gdy przedarłam się przez tłum okazało się, że żadnych zwierząt nie ma!

 Tzn. były, ale wirtualne. Nie mam pojęcia, jaką technologią było to zrobione, ale wyglądało to tak, że na ekranie wyświetlani byli ludzie stojący przed nim oraz dodane komputerowo wodne zwierzęta, jak orki, pingwiny czy niedźwiedzie polarne!
Uroku dodawały też odpowiednio dobrane dźwięki oraz unoszący się zapach morskiej wody. Dzieci były zachwycone!


   Alternatywą dla popołudnia w centrum handlowym, jest spędzenie czasu na plaży. Ostatnio znów padło na Montrose Beach, której już kiedyś poświęciłam kilka słów. Można tam nie tylko podziwiać piękną linię miasta, bawiące się na specjalnie wydzielonej plaży psiaki, ale także posłuchać gitarowego występu :) W zeszłym tygodniu miałyśmy z koleżanką okazję spotkać przeuroczego pana dającego popis swoich umiejętności gitarowo-wokalnych, a może po prostu ćwiczącego na łonie natury. Jak sam stwierdził: "Któż może pochwalić się występowaniem na tak dużej scenie?". Co ciekawe, po krótkiej rozmowie okazało się, że ów pan ma dziewczynę Polkę, a przy okazji mógł się pochwalić znajomością całkiem sporej ilości żeńskich imion polskich:)


   A oto, na jakie mądrości życiowe można natknąć się czekając na autobus: "Life is a comedy for those who feel And a tragedy for those who think" (pisownia oryginalna).

   
   I na koniec, może będzie to już tradycja, kolejny amerykański absurd (właściwie to stanowy, nie wiem jak jest poza Illinois)- Rowerzysto!  Pamiętaj, aby założyć kask!, Motocyklisto! Nic się nie martw, możesz pozwolić swoim włosom szaleć na wietrze, kask nie będzie Ci potrzebny!

5/11/2012

Koniec języka za przewodnika

Koniec języka za przewodnika
   Plan na dzisiejsze popołudnie wydawał się prosty- dostać się z punktu A (mieszczącego się w miasteczku Des Plaines) do punktu B (w Chicago). Przed wyjściem poradziłam się wujka google co do najlepszej trasy, nawet rozrysowałam sobie mały schemat, który można podziwiać na fotografii obok. Ale jak przyszło co do czego, kolejne problemy pojawiały się jak grzyby po deszczu! Dziś więc o tym, jakie trudności może napotkać ktoś, kto w poruszaniu się po amerykańskich miastach drogą komunikacji miejskiej do końca "obcykany" nie jest....
   Etap pierwszy przewidywał dojście z punktu A do stacji metra, co miało zająć około 20-25 minut. Droga upłynęła mi dosyć przyjemnie głównie dlatego, że pogoda dziś była wyjątkowo piękna. Stojąc na światłach miałam też okazję zbratać się z amerykańską młodzieżą, która to nie mogła powstrzymać się od pokazania mi na telefonie komórkowym zrobionych parę chwil wcześniej zdjęć przy pobliskiej fontannie...
   Problem zaczął się dopiero, kiedy po 20 minutach marszu po drugiej stronie ulicy zobaczyłam coś, co wyglądało na pętlę autobusową oraz kawałek dalej coś, co wyglądało na stację metra. Jaki więc problem? Ano taki, że od mojego celu dzieliła mnie sześciopasmowa, wyjątkowo ruchliwa ulica, na której nie zostało przewidziane przejście dla pieszych! Na domiar złego, zaraz obok był posterunek policji, więc kompletnie zabrakło mi odwagi do przechodzenia "na dziko"... Postałam tak sobie więc chwilę zastanawiając się, co by tu zrobić, żeby ani nie narazić się policji, ani nie zaryzykować życia, a jednak na drugiej stronie ulicy się znaleźć. I jak tak sobie stałam i myślałam, obok przechodził jakiś młody chłopak. Zapytałam go, czy po drugiej stronie aby na pewno jest stacja metra w kierunku Chicago i czy wie, gdzie tu jest jakieś przejście dla pieszych. O ile pierwsze pytanie nie wywarło na nim wrażenia, o tyle drugie spowodowało dość znaczne poszerzenie jego gałek ocznych. "Możesz przejść, gdzie chcesz"- powiedział, jakby to było zupełnie oczywiste. Szczęśliwie od razu wyczuł moją dezorientację i wspaniałomyślnie zaproponował, że przeprowadzi mnie na drugą stronę. "Nie ma za to mandatów?"- spytałam. W odpowiedzi usłyszałam tylko śmiech. Czyli nie ma. Zdecydowanie muszę odłożyć na bok moje polskie przyzwyczajenia, bo inaczej długo tu nie pożyję....
   Znalazłam się na stacji metra. I znów problem- czy aby na pewno mój bilet tygodniowy CTA jest ważny także na metro? Miły pan z obsługi powiedział, że tak. Przeszłam przez bramki i znalazłam się na peronie. Problem kolejny- w którą stronę mam jechać, żeby dojechać tam, gdzie chcę? Tym razem pomogła mi uprzejma Pani.
   Ok, pociąg przyjechał, 4 przystanki i byłam na miejscu. No, prawie na miejscu, bo jeszcze przeprawa autobusem. Ze stacji metra były dwa wyjścia: jedno kierowało na południe, drugie na północ. Zgłupiałam, bo to ulica Montrose, która biegnie ze wschodu na zachód. No więc skąd ta północ i południe?! Na szczęście była tam kolejna miła pani, która wskazała mi odpowiedni przystanek.
   I tak oto, po całym szeregu wątpliwości i problemów oraz gronie przypadkowo spotkanych, miłych ludzi, bezpiecznie dotarłam do punktu B.

   Pomimo tych wszystkich trudności uznałam, że chyba czas najwyższy zacząć więcej poruszać się po mieście komunikacją miejską. Wsiąść sobie w autobus czy metro, pojechać gdziekolwiek, pochodzić, pozwiedzać, zgubić się, wrócić. To chyba najlepsza metoda na poznanie miasta... A przy okazji może trafi się jakiś temat na kolejnego posta?:)

schemat linii metra

5/07/2012

Wstyd mi

     Pisałam ostatnio, że mam aktualnie okres wzmożonego korzystania z komunikacji miejskiej. Wiąże się to siłą rzeczy ze wzmożonymi kontaktami ze społeczeństwem oraz tymi jego elementami, z którymi kontaktów wcale mieć nie chcę.
    Czekałam dziś po południu na autobus, ale że długo nie przyjeżdżał, a odległości między przystankami są tutaj bardzo krótkie, postanowiłam się trochę przejść. Na którymś kolejnym przystanku stał pijany, zataczający się mężczyzna, a że nie lubię pijanych ludzi, postanowiłam jak najszybciej go minąć. Ów osobnik okazał się być Polakiem. "Ty na pewno mówisz po polsku!"- wykrzyknął wskazując na mnie palcem' "weź zadzwoń na taksówkę..."- minęłam go szybkim krokiem udając, że jednak nie mówię po polsku, zanim zdążył dokończyć zdanie. Co nie znaczy, że nie zaczął kolejnego- usłyszałam za sobą całą wiązankę obelg i na mnie, i na otaczający świat. Zdążyłam przejść jeszcze kilka przystanków, zanim nadjechał autobus. Był w nim też ten człowiek- na chwiejących się nogach, drżącymi dłońmi próbował włożyć bilet do kasownika. Kiedy w końcu mu się udało, zajął jedno z wolnych miejsc w środkowej części autobusu, zahaczając po drodze chyba o wszystkich pasażerów. Oczywiście miał bardzo wiele do powiedzenia. Powyzywał rząd, ustrój, a także ludzi w autobusie. Mam nadzieję, że żaden ze współpasażerów nie rozumiał po polsku, bo mężczyzna nie mówił ani nic mądrego, ani tym bardziej kulturalnie.
      Dlaczego o tym piszę? Przecież takie sytuacje zdarzają się także w Polsce i raczej dla nikogo nie są niczym nowym! Piszę o tym dlatego, że tak jak mieszkam tu już tych kilka miesięcy, tak jeszcze nigdy nie widziałam zachowującego się w tak obrzydliwy i ordynarny sposób kogoś, kto nie byłby Polakiem. Nie mówię, że rodowici Amerykanie, Meksykanie, Afroamerykanie, Azjaci czy jacykolwiek inni nie upijają się w tak żałosny sposób, mówię tylko, że nigdy ich w takim stanie nie widziałam na ulicy, a Polaków już jednak trochę było. I wcale nie mieszkam w polskiej dzielnicy.
     W takich chwilach bardzo mi wstyd za naszych rodaków. Kiedy mężczyzna wysiadł z autobusu, autentycznie miałam ochotę przeprosić wszystkich pasażerów za to, że byli świadkami tak żenującej sceny. Oburzamy się, że stereotypy o Polakach są jakie są. Niestety, stereotypy dotyczące społeczeństw czy narodów choć często są krzywdzące dla jednostek, to nie biorą się jednak znikąd...

5/03/2012

Autobusowe i około-autobusowe opowieści

    O tym, jak funkcjonuje komunikacja autobusowa w Chicago pisałam już kilkakrotnie (tutaj i tutaj), więc nie będę się powtarzać. Jednak jako że ostatnimi czasy znów przyszło mi korzystać z tego przybytku, miałam okazję być świadkiem kilku sytuacji związanych bardziej lub mniej ściśle z transportem miejskim, a także obrazujących nieco mentalność Chicagowian.

Sytuacja 1.

   Piątek, godzina 8-9 rano. Wsiadam do autobusu  nieudolnie starając się powstrzymać ziewanie, a tu wita mnie szeroki uśmiech kierowcy oraz radosny okrzyk: "Good morning! Have a happy Friday!". I jak tu nie kochać Amerykanów? :)

Sytuacja 2.

    Ano można. Tłok w autobusie. Na jednym z siedzeń siedzi staruszka, przy siedzeniu obok tak postawiła swój balkonik, że skutecznie zablokowała możliwość skorzystania z krzesełka. Pech chciał, że stałam akurat obok niej. Jędza zaczęła wymachiwać nogami w ten sposób, że lekko mnie kopała. Użyłam najbardziej pogardliwego ze swoich spojrzeń i odsunęłam się nieco, ale stwierdziłam, że nie będę wdawać się w dyskusję. Po chwili zwolniło się miejsce w dalszej części autobusu i poszłam usiąść. Z dwa przystanki dalej moim miejscu stanął młody czarnoskóry chłopak. Nie postał tam jednak długo, bo jędza bezczelnie go odepchnęła i kazała się przesunąć!


Sytuacja 3.

   Zauważyłam, że dobre 90% kierowców autobusów to Afroamerykanie. I dobre 40% to kobiety. Jednak, jak dobrze wiemy, charakter człowieka niewiele ma wspólnego z płcią, a jeszcze mniej z rasą. Także wśród kierowców autobusów trafiają się różni ludzie.
   Pewnego razu jechałam autobusem kierowanym przez czarnoskórego mężczyznę. Tłok w autobusie nieziemski (jak na tutejsze warunki). Kierowca najwyraźniej nie w humorze, co chwila pokrzykuje tylko do pasażerów: "Hold on! Hold on!". Ruszamy z kolejnego przystanku, a tu przed autobus wybiega mężczyzna obładowany torbami z zakupami i robiąc minę kota ze "Shreka" prosi o zatrzymanie się i zabranie go. Kierowca robi niechętną minę, ale zatrzymuje autobus. Mężczyzna wsiada, ale rąk mu brakuje na złapanie się czegokolwiek, co nie byłoby torbą z zakupami.Kierowca wywraca oczami i krzyczy "Hold on! Hold on!". Mężczyzna chyba nie mówił po angielsku (może nawet był Polakiem), bo mam wrażenie, że nie wiedział kompletnie, o co kierowcy chodzi. W końcu udało mu się usiąść, i dopiero wtedy autobus ruszył. W kraju, gdzie pozwać można za wszystko, wydaje się to dosyć sensowne.

Sytuacja 4. 

   Niektórzy ludzie oczywiście mieliby swoją teorię na wytłumaczenie zachowania kierowcy.
   Stoję sobie któregoś dnia na przystanku na Jackowie i czekam na spóźniający się już sporo autobus do domu. Poza mną na przystanku stoją dwie kobiety- na oko 70 i 45 lat. Polki. Rozmawiają między sobą, a ja nie przyznaję się, że również mówię po polsku. Fragment rozmowy:
70: Się już tyle spóźnia, ale żeby kogoś zabrać po drodze, to się nie zatrzyma!
45: A żeby pani wiedziała!
70: Bo ci czarni to tylko swoich biorą, a jak widzą że Polak biegnie to się nawet nie zatrzymają!
45: Prawda! Ile razy ja biegłam, prosiłam żeby się zatrzymał, to nigdy! Bo oni tak złośliwie, że biała, że Polka, to się nie zatrzymają! Na złość robią. Oni tylko swoich zabierają.
(btw- cały czas nie mogę dojść do tego, jak rozpoznać po biegnącym człowieku, że to Polak...)
Podjeżdża autobus, kierowany przez Afroamerykanina.
70: O, przyjechał w końcu małpiszon!

Bez komentarza.



   Swoją drogą byłabym bardzo wdzięczna, gdyby ktoś wytłumaczył mi jedną kwestię: przez większość życia na czarnoskórych ludzi mówiłam "Murzyni" będąc przekonana, że jest to określenie o neutralnym wydźwięku. Aż tu nagle ktoś kiedyś uświadomił mnie, że jest to określenie pejoratywne i trzeba mówić "Afroamerykanie". Ale czemu? Czy w takim razie na nas powinno mówić się "Euroamerykanie"? Kwestie pseudorasizmu są dla mnie kompletnie niezrozumiałe...
Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger