10/10/2019

Kroniki Policyjne: Zaginięcie Marlen Ochoa

Kroniki Policyjne: Zaginięcie Marlen Ochoa
     Chicago to istne miasto grzechu. Każdego dnia dochodzi tu do setek przestępstw: kradzieży, rozbojów, pobić, gwałtów, porwań, zabójstw... Z jednej strony nie dziwi to, patrząc na wielkość miasta. Ale z drugiej strony niektóre z tych przestępstw są albo tak zatrważające, albo tak kuriozalne, albo też tak zaskakujące, że aż proszą się, by poświęcić im więcej uwagi. Stąd też pomysł na serię "Kroniki Policyjne".

     Dziś opowiem Wam trochę o przerażającej historii zaginięcia Marlen Ochoa-Lopez i o jeszcze bardziej wstrząsających faktach, które wyszły na jaw niedługo później. Uważajcie na ludzi poznanych w internecie, serio.


Marlen

    Marlen w dniu swojego zaginięcia miała 19 lat i była w dziewiątym miesiącu ciąży. 23 kwietnia 2019 roku wyszła z liceum, do którego uczęszczała i jeszcze przed odebraniem swojego 3-letniego synka z przedszkola, miała plan udać się do dzielnicy Scottsdale położonej w południowo-zachodniej części Chicago. Chciała tam odwiedzić kobietę poznaną na jednej z fejsbukowych grup dla mam, która obiecała oddać Marlen podwójny wózek i trochę dziecięcych ubranek. To wtedy Marlen była widziana po raz ostatni.

Policyjna notatka o zaginięciu Marlen

Yovanny

     Tego samego dnia, przed godziną 19, straż pożarna otrzymała zgłoszenie o narodzonym w warunkach domowych chłopcu, który wymaga natychmiastowej opieki lekarskiej, gdyż jest "blady i siny". Na miejsce została wysłana grupa ratowników medycznych. Dziecko było w stanie krytycznym. Ratownicy udzielili natychmiastowej pomocy i zabrali niemowlę do szpitala. Obecna przy noworodku kobieta potwierdziła, że sama czuje się dobrze i nie wymaga opieki. W szpitalu niemowlę zostało umieszczone na oddziale intensywnej opieki, podłączone do aparatury podtrzymującej życie i zdiagnozowane z uszkodzeniem funkcji mózgowych spowodowanych brakiem dopływu tlenu. Krótko po tym, osoby uznawane za rodziców dziecka, Piotr i Clarisa, zorganizowały zbiórkę pieniędzy na rzecz noworodka. Zbiórka została szybko zablokowana, ale do tego czasu udało się zebrać ponad 9 tysięcy dolarów.
      Yovanny, jak później nazwany został chłpoiec, przebywał w szpitalu do połowy czerwca, kiedy to zmarł na skutek uszkodzeń mózgu.




Clarisa, Piotr i Desiree

       Jeszcze na przełomie jesieni 2018 roku i zimy 2019 roku, 46-letnia Clarisa Figueroa i jej 40-letni chłopak Piotr Bobak zaczęli chwalić się znajomym, że spodziewają się dziecka. Piotr na swój profil na fejsbuku dodał zdjęcie płodu wykonane podczas badania USG, a Clarisa na jednej z grup dodała zdjęcie łóżeczka z opisem, że oczekuje narodzin Xandera. Sąsiedzi pary przyznali później, że byli zaskoczeni, gdy Clarisa opowiadała im o swojej ciąży paląc papierosa i tym bardziej, że wcześniej mówiła im, że nie może zajść w ciążę z powodu podwiązanych jajowodów. W tamtym momencie jednak jeszcze nic nie zwiastowało tragedii, która miała wydarzyć się kilka miesięcy później w domu przy 4100 W.77th Place.



      23 kwietnia 2019 roku Clarisa i jej 24-letnia córka Desiree oczekiwały na swojego gościa. Według ustaleń prokuratury, Clarisa zwabiła Marlen do swojego domu obietnicą oddania jej wózka i ubranek dziecięcych. Kiedy Marlen weszła do domu Clarisy, Desiree odwróciła jej uwagę pokazując rodzinny album, a Clarisa skrępowała, a następnie udusiła kablem Marlen. Gdy nastolatka była martwa, Clarisa kuchennym nożem z jej brzucha wycięła dziecko. Po chwili zadzwoniła po pomoc medyczną informując dyspozytora, że właśnie urodziła, a jej dziecko nie oddycha.




 Czarna Honda i odnalezienie Marlen

     Marlen pozostawała zaginiona przez kilka tygodni. Przełom nastąpił, gdy odnalezione zostało jej auto- czarna Honda Civic. Uwagę sąsiadów przykuł fakt zaparkowanego od kilku tygodni auta, na którym zebrało się już kilka mandatów za parkowanie. Stamtąd już tylko jeden krok dzielił policjantów od rozwiązania tajemnicy. Ciało Marlen zostało odnalezione 15. maja 2019 roku w śmietniku na tyłach domu przy 4100 W.77th Place. Jeszcze tego samego dnia śledczy stwierdzili, że doszło do zabójstwa.

Miejsce odnalezienia ciała Marlen

 
Przed sądem

     Clarisie i Desiree Figueroa zostały postawione liczne zarzuty, z których najpoważniejsze to zabójstwo Marlen i jej nienarodzonego dziecka. Piotr Bobak został oskarżony o pomoc w ukrywaniu zbrodni. Na chwilę obecną nikt z tej trójki nie przyznał się do zarzucanych im czynów. Wszystkim podejrzanym zostało odmówione prawo do wyjścia z aresztu za kaucją. Sędzia odrzucił również wniosek o wyłączenie jawności procesu.
      Sprawa jest wciąż w toku, a kolejna rozprawa sądowa ma odbyć się 19 listopada.

Desiree, Piotr i Clarisa- zdjęcia policyjne
Pytania bez odpowiedzi

      W niektórych przekazach prasowych znalazłam informacje (mniej lub bardziej potwierdzone), które rodzą kilka pytań odnośnie tej potwornej zbrodni. 
      Po pierwsze, ponoć w 2017 roku zmarł 26-letni syn Clarisy, Xavier (według innych źródeł- w 2018 roku, 20-letni Xander). Czy ta rodzinna tragedia mogła pchnąć Clarisę do tak potwornej zbrodni? Ponoć już na kilka tygodni przez morderstwem Marlen kobieta miała powiedzieć do Desiree, że "potrzebuje pomocy przy zabiciu kobiety, by zdobyć dziecko." Czy Desiree miała szansę zapobiec zbrodni? A co z Piotrem? Czy faktycznie o niczym nie wiedział?
      Po drugie, rodzina Marlen twierdzi, że już na samym początku poszukiwań zaginionej nastolatki przekazała policji informację o planach spotkania z Clarisą. Jeśli to prawda, to dlaczego policja zignorowała tak istotny trop?

Prawo Marlen
      
     Jednym z oczywistych pytań nasuwających się niemal od razu po zapoznaniu się z historią śmierci Marlen jest: Dlaczego nikt nie przeprowadził już na samym początku badań DNA mogących potwierdzić, że noworodek jest synem Clarisy? Przecież było wiele tropów wskazujących na nieścisłości- chociażby fakt, że kobieta urodziła w domu, ale zaraz po porodzie czuła się na tyle dobrze, żeby zadzwonić po pogotowie i wynieść dziecko przed dom; czy też że krew znajdowała się jedynie na jej bluzce, ale nie na spodniach. Odpowiedź jest prosta: Nikt tego nie sprawdził, bo nikt nie miał takiego obowiązku.
    W związku z tym rodzina zamordowanej nastolatki wystąpiła z propozycją ustanowienia nowego prawa, "Marlen's Law", które miałoby nakładać na szpitale obowiązek legitymowania kobiet po porodzie domowym oraz przeprowadzania testów genetycznych, mających potwierdzić rzeczywiste macierzyństwo owych kobiet. Jedna z reguł prawa rodzinnego "Matka jest zawsze pewna" miałaby więc szansę odejść do lamusa. Na chwilę obecną nie mam jednak informacji na temat etapu prac legislaycjnych nad tą propozycją regulacji.



     Historia Marlen wstrząsnęła nie tylko mieszkańcami Chicago, ale też Amerykanami ze wszystkich Stanów. Sama przez długi czas nie mogłam uwierzyć, że do tak bestialskiego, niczym nieusprawiedliwionego mordu, mogło dojść w "moim" mieście. Sprawa jest rozwojowa i myślę, że będę jeszcze do niej wracać.

10/08/2019

Zwiedzanie Chicago
(część 1- wersja jednodniowa)

Zwiedzanie Chicago <br> (część 1- wersja jednodniowa)
     Lato wprawdzie dobiegło już końca, ale każdy czas jest dobry, by przyjechać do Chicago. Tym bardziej teraz, kiedy po pierwsze, wszystko wskazuje na to, że Polska dołączy do ruchu bezwizowego, a po drugie, Chicago po raz kolejny zostało okrzyknięte przez czytelników Conde Nast Traveler najlepszym turystycznie dużym miastem w Stanach, wyprzedzając takie potęgi jak Nowy Jork, Boston czy Nowy Orlean. Wiedzieliście, że tylko w 2018 roku, Chicago odwiedziło aż 58 milionów turystów?!
     Niektórzy są tu tylko przejazdem i w mieście spędzają raptem jeden dzień czy nawet kilka godzin, inni w Chicago planują cały urlop. Żeby wyjść na przeciw jednym i drugim, przygotowałam dla Was dwa posty- dziś zapraszam na moją wersję idealnego, jednodniowego zwiedzania (uprzedzam, że będzie intensywnie!), natomiast w kolejnym poście przedstawię pokrótce całą listę propozycji, co jeszcze polecam robić w Chicago, z których to propozycji można ułożyć sobie plan zwiedzania na kolejne dni. Jako że temat jest obszerny, to będzie sporo odnośników do innych moich postów lub oficjalnych stron atrakcji, ale mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się stworzyć w miarę skondensowaną wersję miniprzewodnika po Chicago. Oczywiście, nie jest to lista zamknięta, więc jeśli macie jakieś swoje ulubione atrakcje, których nie powinno się ominąć, to piszcie śmiało! A teraz już do meritum- zapraszam na bardzo intensywny dzień w Wietrznym Mieście!

photo credit
Dobre śniadanie to podstawa

     Intensywne, całodniowe zwiedzanie polecam zacząć od porządnego, treściwego posiłku w lokalnej śniadaniówce. Częściowo, żeby nabrać energii na cały dzień, a częściowo... żeby poczuć klimat amerykańskich śniadaniówek, który zdecydowanie jest bardzo specyficzny. Szeroko uśmiechnięte kelnerki dolewające co chwilę kawy i ogólny rozgradiasz- to moim zdaniem kwintesencja takich miejsc. Celowo nie polecam żadnej konkretnej sieciówki (choć mam słabość do Waffle House i Cracker Barrel), natomiast sugeruję wyszukać sobie jakąć lokalną restaurację czy kawiarnię. Takie miejsca zwykle mają najlepszy klimat i pyszne jedzenie. Co wybrać z menu? Można postawić na tradycyjne amerykańskie śniadania, czyli np. jajecznicę z bekonem i hash browns, pancakes z syropem klonowym, bądź gofry, albo też pozostać przy bardziej "polskich" kanapkach. Ja zwykle decyduję się na jajka po benedyktyńsku, a jak są w wersji z łososiem to już w ogóle nie mam pytań! Do tego mimoza (szampan z sokiem pomarańczowym) i już można zaczynać dzień. Więcej o amerykańskich śniadaniach pisałam TUTAJ.

Poranny relaks na wodzie

     Najedzeni i pełni energii możemy ruszać na właściwie zwiedzanie miasta. Póki jeszcze słońce nie zacznie palić skóry, polecam wybrać się na rejs po Rzece Chicago i Jeziorze Michigan. Jest to sposób na zobaczenie architektury miasta w pigułce: z poziomu rzeki pięknie widać zróżnicowane zabudowania centrum miasta, w tym jedne z najbardziej ikonicznych budynków- na przykład Willis Tower, Trump Tower, Marina City, czy prawie już ukończony Vista Tower. Potem przeprawa przez śluzę i krótki rejs po jeziorze, skąd jest absolutnie najlepszy widok na panoramę miasta. Wszystko oczywiście w akompaniamencie opowieści przewodnika, który dzieli się interesującymi historiami i ciekawostkami. Uwaga praktyczna: w Chicago funkcjonuje kilka(naście) firm oferujących tego typu atrakcje i każda z tych firm ma kilka różnych opcji rejsu- są na przykład typowe rejsy architektoniczne, gdzie płynie się jedynie po rzece w głąb miasta (pisałam więcej TUTAJ), są rejsy jedynie po jeziorze "pirackim" statkiem, są też rejsy wieczorne, połączone z oglądaniem fajerwerków. Dla każdego coś według upodobań, ja natomiast z własnego doświadczenia, na okazję zwiedzania jednodniowego, polecam rejs "Lake & River Architecture Tour" z firmą Wendella (LINK). 

photo credit
Kultura, sztuka i edukacja

    Po rejsie polecam udać się do jednego z chicagowskich muzeów położonych w samym centrum miasta. Do wyboru jest tutaj kilka opcji, każda z nich moim zdaniem warta uwagi i w każdym z tych miejsc spokojnie można spędzić cały dzień, ale przy jednodniowej wersji zwiedzania przy dobrej organizacji można uwinąć się w kilka godzin. Jeśli ktoś ma więcej czasu na zwiedzanie miasta- polecam odwiedzić wszystkie te miejsca! Z czego można wybierać?
  • Art Institute- muzeum sztuki położone w Millenium Park. Największe skupisko malarstwa impresjonistycznego poza Francją i jedno z najbardziej docenianych muzeów sztuki na świecie. Moje absolutne must see w mieście. Jeśli nie chcecie chodzić po całym muzeum, a jedynie zobaczyć kilka najciekawszych eksponatów, to moją listę dziesięciu faworytów znajdziecie TUTAJ.
  • Field Museum- muzeum ziemi, podobnie jak wszystkie poniższe pozycje, znajduje się na "wyspie muzeów" tuż za Grant Parkiem. Warto się tam udać chociażby dlatego, że z wyspy rozpościera się cudowny widok na panoramę miasta. No i zaraz obok jest pomnik samego Tadeusza Kościuszki! Tuż przy muzeum mieści się także jeden z najpopularniejszych chicagowskich stadionów- Soldier Field. Samo Field Museum jest szalenie interesujące i mieści w sobie kilka ekspozycji. Jeśli czas nas goni i nie mamy czasu obejrzeć wszystkich, to polecam wystawę ze szkieletami dinozaurów (już w głównym holu muzeum wita nas Sue- najlepiej zachowany szkielet tyranozaura na świecie) lub wystawę z artefaktami starożytnego Egiptu. (LINK)
  • Shedd Aquarium- dość sporych rozmiarów oceanarium, w którym można podziwiać wodne i okołowodne stworzenia z całego świata. Świetna atrakcja zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. (LINK)
  • Adler Planetarium-  oczywista propozycja dla miłośników astronomii i gwieździstego nieba. Przy wejściu do planetarium znajduje się kolejny polski akcent- pomnik Mikołaja Kopernika  (LINK)
photo credit
Chicagowski obiad

        Po kilku godzinach zwiedzania pewnie da o sobie znać pusty żołądek. To idealny czas, by zjeść coś typowo chicagowskiego: polecam hot-doga lub deep-dish pizzę. Więcej o chicagowskiej kuchni pisałam TUTAJ. Natomiast w skrócie powiem, że typowo chicagowski hot-dog to jeden z absolutnie najlepszych hot-dogów, jakie przyjdzie Wam zjeść w życiu. Jego podstawą jest bułka z makiem oraz parówka, najlepiej frankfurterka, a jako dodatki służą: ogórek kiszony, pomidor, słodka cebula, ostra zielona papryczka (sport pepper), słynny jaskrawozielony relish, musztarda oraz szczypta soli selerowej. Ketchup na hot-dogu jest w Chicago kulinarną zbrodnią i trudno się dziwić, bo do tego zestawienia pasuje jak kwiatek do kożucha.
      Jeśli natomiast chodzi o pizzę, to jest kilka sieciówek oferujących deep-dish. Moim zdaniem wszystkie są na odpowiednim poziomie, ale najbardziej polecam Giordano's. Jeśli zdecydujecie się na tę opcję, to zarezerwujcie trochę czasu- na przygotowanie pizzy potrzeba ok. 40-50 minut. I weźcie również pod uwagę, że pizza jest niesamowicie sycąca- mała w zupełności wystarczy dla dwóch osób.

Spacer w sercu miasta

     Popołudnie warto poświęcić na spacer w samym sercu miasta- Millenium Park. To tam znajduje się swoisty symbol miasta- słynna "Fasolka",  a także piękny amfiteatr, w którym latem odbywają się darmowe koncerty muzyki klasycznej; Lurie Garden, który idealnie łączy naturę z miejską przestrzenią; oraz Crown Fountain, czyli dwie blokowe fontanny, w których cudownie się ochłodzić, gdy z chicagowskiego nieba leje się piekielny żar. (Więcej o Millenium Park, Grant Park i Wyspie Muzeów pisałam TUTAJ)

photo credit
Czasem warto spojrzeć z góry

     Zanim jeszcze zacznie się ściemniać, warto udać się do najwyższego budynku w mieście- Willis Tower, a konkretnie na jego szklany taras widokowy, który znajduje się na 103. piętrze! Rozpościera się stamtąd niesamowity widok nie tylko na miasto, ale także, gdy pogoda dopisze, na granice aż czterech stanów! Polecam wybrać się tam póki jest jeszcze widno (zarezerwujcie czas na ewentualne kolejki), i zostać aż do zmroku. Wierzcie mi, Chicago w wersji dziennej i nocnej to dwa różne światy! Wiem, dużo wykrzykników w tym akapicie, ale cóż poradzę, że Skydeck robi największe wrażenie nia większości moich gości spoza miasta... (Więcej o Skydeck pisałam TUTAJ)

photo credit
Kolory i muzyka

     Jeśli po wyjściu z Willis Tower wciąż macie jeszcze trochę siły, to polecam udać się na krótki spacer przez Grant Park do Fontanny Buckingham- to ta znana z czołówki "Świata według Bundych". Pięknie prezentuje się także za dnia, ale letnie wieczory są tam szczególnie urocze, gdyż w feerii kolorowych świateł fontanna tańczy w rytm muzyki. Dodatkowo można tam poczuć lekko festynowy klimat- pojawiają się uliczni grajkowie oraz mobilni sprzedawcy z neonowymi opaskami czy ulicznym jedzeniem. No i nie oszukujmy się- jest to kolejne miejsce do zrobienia pięknego zdjęcia z widokiem na Chicago. (Zimą fontanna jest wyłączona, ale wciąż warto się tam wybrać- chociażby dla pięknej panoramy miasta)


Chwila oddechu

    Po tak intensywnym dniu warto w końcu odetchnąć i po prostu popatrzeć na życie miasta. Można skorzystać z letniej pogody i usiąść z drinkiem na ogródku którejś z pobliskich knajp, bądź też udać się do jednego z bluesowych klubów, z których słynie Chicago (ponoć najlepszy to Kingston Mines).

photo credit
     Zdaję sobie sprawę, że powyższy plan zwiedzania jest bardzo intesywny. Jeśli nie chcecie się zbytnio męczyć albo podróżujecie z dziećmi, to polecam skupić się na rejsie, Millenium Park i tarasie widokowym. Jest to wersja dużo łagodniejsza, a również pozwalająca na poczucie klimatu miasta.

     Jak wspomniałam na wstępie, już w jednym z kolejnych postów czeka na Was dość obszerna lista pozostałych atrakcji w Chicago, które moim zdaniem warto wpisać na listę zwiedzania, gdy ma się więcej czasu niż jeden dzień. Zostańcie więc ze mną!




12/18/2018

Co zamiast Kevina, czyli co w Święta oglądają Amerykanie?

Co zamiast Kevina, czyli co w Święta oglądają Amerykanie?
     Boże Narodzenie za pasem, w Polsce znów wszyscy mają nieprzyzwoitą ilość wolnego, a w telewizorach z pewnością poleci, o ile już nie poleciał, swoisty symbol okresu świątecznego: "Kevin sam w domu". Tymczasem w Stanach Zjednoczonych oficjalnie wolnym dniem jest tylko 25. grudnia, a w amerykańkich telewizorach... najprawdopodobniej Kevina nie będzie. Bo o ile jest to produkcja amerykańska i oczywiście Amerykanom doskonale znana, to jednak jankeskie gusta są w tym temacie nieco odmienne od polskich.


     Znów zrobiłam małe badanie wśród Amerykanów i tym razem zapytałam, jaki film jest tradycyjnie oglądany w ich domach w okresie świątecznym. I powiem szczerze, że dość mocno się zdziwiłam! Była to tym samym inspiracja i baza do dzisiejszego posta: na podstawie owego badania przygotowałam dla Was bowiem zestawienie pięciu filmów świątecznych najczęściej wymienianych przez Amerykanów, które to zestawienie być może będzie dla Was inspiracją na świąteczny (mini)maraton filmowy. 

"It's a Wonderful Life" ("To wspaniałe życie")

      Jeśli nie macie oporów przed oglądaniem starych, czarno-białych filmów, to ta propozycja zdecydowanie warta jest sprawdzenia- wśród moich respondentów, produkcja "To wspaniałe życie" była niemalże bezkonkurencyjna! Jest to również film najwyżej oceniony w zestawieniu 50 najlepszych filmów świątecznych portalu Rotten Tomatoes. Film z 1946 roku opowiada historię Georga Bailey'a, który po wpadnięciu w tarapaty finansowe dostaje załamania nerwowego, wskutek którego postanawia targnąć się na własne życie. Z pomocą przychodzi mu anioł stróż, Clarence Odbody, który pokazuje George'owi, na jak wiele osób miał wpływ i jak wyglądałoby życie jego bliskich bez niego. Piękny, wzruszający, choć mało znany w Polsce film- w sam raz na Święta!


"A Christmas Carol" ("Opowieść wigilijna")

     Historia przedstawiona w "Opowieści wigilijnej" Charlesa Dickensa jest chyba wszystkim świetnie znana: skąpiec i samotnik Ebenezer Scrooge pod wpływem wigilijnej wizyty trzech duchów przechodzi imponującą przemianę w szczodrego i serdecznego człowieka. Opowiadanie doczekało się wielu adaptacji filmowych i teatralnych i na potrzebę tego posta wszystkie je wrzuciłam do jednego worka, choć warto nadmienić, że wśród szczególnie upodobanych przez Amerykańskich widzów znajduje się produkcja "A Christmas Carol", znana również jako "Scrooge" z 1951 roku, z bardzo docenionym Alstairem Simem w roli Ebenezera.


"Miracle on 34th Street" ("Cud na 34. ulicy")

     W czasach, kiedy w każdym centrum handlowym można spotkać co najmniej jednego Świętego Mikołaja pozującego do zdjęć z dziećmi w bajkowej scenerii, trudno uwierzyć w autentyczność owych mikołajów. A co jeśli jeden z nich faktycznie jest tym jedynym i prawdziwym Świętym Mikołajem, który pomaga odnaleźć magię w świętach? O tym właśnie opowiada "Cud na 34. ulicy". Kolejna ciepła opowieść, która doczekała się kilku wersji filmowych, przy czym kilka scen z tej chyba najpopularniejszej, z 1994 roku, kręconych było nie gdzie indziej jak w samym Chicago!


"White Christmas" ("Białe Boże Narodzenie")

     Kolejny dość wiekowy film, bo z 1954 roku. Opowiada historię czwórki muzyków rewiowych, którzy starają się ocalić przed upadkiem zapomniany hotel. Romans, musical i komedia w jednym. A do tego okraszony wieloma znanymi piosenkami, jak chociażby "White Christmas" w wykonaniu Binga Crosby'ego, która zadebiutowała w jeszcze starszym filmie świątecznym "Holiday Inn" z 1942 roku.


"A Christmas Story" ("Prezent pod choinkę")

     Klasyczna komedia świąteczna opowiadająca historię chłopca, który marzy o tym, by pod choinkę dostać karabinek marki Red Rider. Film jest tak wysoko ceniony w amerykańskiej kulturze, że w 2012 roku umieszczony został na liście amerykańskiego dziedzictwa filmowego jako produkcja ważna pod względem kulturalnym, historycznym i estetycznym. A i tak część Amerykanów pamięta go pewnie głównie dlatego, że dobitnie przedstawił, dlaczego nie należy lizać zmrożonych rurek.



     Przyznam szczerze, że zaskoczyło mnie aż tak duże uwielbienie Amerykanów do aż tak starych, klasycznych filmów. Poza tymi wymienionymi powyżej, chętnie wspominane były chociażby "The Bells of Saint Mary's" z 1945 czy "Heidi" z 1937 roku. Nie tylko żadnego z nich nie oglądałam, ale nawet do tej pory o nich nie słyszałam! Co również zaskakujące, niezbyt popularne były natomiast świąteczne komedie, tak chętnie oglądane w Polsce, jak choćby nieśmiertelny "Kevin sam w domu", "Bad Santa" czy "W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju" opowiadający o rodzinie Griswoldów. Co również ciekawe, jednym z najpopularniejszych filmów nieświątecznych oglądanych w Święta przez Amerykanów jest... "Szklana Pułapka"!

     I mówcie sobie co chcecie, ale dla mnie "Grinch: Świąt nie będzie" z 2000 roku i tak jest najlepszym filmem świątecznym 😊 A Wy, co będziecie oglądać w te Święta?


Jeśli interesuje Cię tematyka filmowa, to koniecznie zajrzyj do posta o filmach świątecznych kręconych w Chicago TUTAJ.


* Dzisiejszy post powstał we współpracy z portalem Polki na Obczyźnie.

11/18/2018

Świętodziękczynne przystawki

Świętodziękczynne przystawki
    Niejednokrotnie już wspominałam, że obecnie Święto Dziękczynienia jest moim zdecydowanie ulubionym dniem w amerykańskim kalendarzu. Zajęło mi trochę czasu, zanim polubiłam ten dzień, bo zywczajnie musiałam go najpierw lepiej poznać. Wiecie, to jest trochę tak, że dla wielu osób niezwiązanych z USA pierwszym, a może i jedynym, konkretnym skojarzeniem ze Świętem Dziękczynienia jest ogromny, pięknie wypieczony indyk. I o ile jest to skojarzenie jak najbardziej poprawne, to jednak w ogóle nie oddające idei i charakteru tego dnia! Pisałam już o historii i tradyjach związanych ze Świętem Dziękczynienia, pisałam też o tym, dlaczego jest to moje ulubione święto obchodzone w Stanach Zjednczonych. Dziś natomiast na tapet biorę świętodziękczynną kuchnię- o indyku jednak nie będzie ani słowa, bo o ile faktycznie jest to danie główne chyba na każdym stole, o tyle nie samym indykiem człowiek żyje.
 

      Z tą właśnie myślą postanowiłam kilka dni temu przeprowadzić małe badanie. Na jednej z zamkniętych, chicagowskich fejsbukowych grup poprosiłam o wymienienie 3-5 tradycyjnych świętodziękczynnych przystawek, które zawsze goszczą na stołach grupowiczów. Otrzymałam ponad 100 odpowiedzi, co wydaje mi się być dość reprezentatywną liczbą. I głównie na podstawie tych odpowiedzi wyselekcjonowałam dla Was 6 poniższych, najczęściej wymienianych przystawek. Już teraz zdradzę, że są to bardzo proste dania, które bardzo łatwo można odtworzyć w polskich warunkach.  Być może więc niektóre z nich staną się dla Was inspiracją i pojawią się także na polskich, niekoniecznie świątecznych stołach? Enjoy!

Ziemniaki

       Ziemniaki pojawiały się w niemal każdej odpowiedzi pod moim pytaniem. Na pozór może się to wydawać bardzo banalna przystawka, wręcz niegodna tak ważnego dnia, ale jak się okazuje, Amerykanie wykazują się dość dużą kreatywnością jeśli chodzi o ten prosty produkt.
      Przede wszystkim warto wspomnieć, że na amerykańskich stołach bardzo często pojawiają się dwa rodzaje ziemniaków: zwykłe białe oraz słodkie. Jeśli chodzi o ziemniaki białe, to najczęściej podawane są w formie tłuczonej czy nawet puree, a do tego w akompaniamencie ciemnego sosu powstałego na bazie soków z pieczonego mięsa (gravy). Niektórzy kuszą się nawet o "heart attack mashed potatoes", czyli ziemniaczane puree z dodatkiem śmietany, masła, białego sera i cebuli.
      Jeszcze więcej fantazji, przynajmniej w mojej ocenie, mają Amerykanie przy przyrządzaniu słodkich ziemniaków. Nie dość bowiem, że same ziemniaki są już słodkie, to zwykle podawane są pieczone, z masłem i brązowym cukrem. Jadłam i polecam, mimo że bomba cukrowa. Na co natomiast się jeszcze nigdy nie zdecydowałam, to pieczone słodkie ziemniaki podawane ze... słodkimi piankami marshmallows (to te pianki, które piecze się nad ogniskiem). Bardziej rozwinięta wersja tego połączenia smaków to pianki otaczane w gniecionych, słodkich ziemniakach, następnie w płatkach kukurydzianych i zapiekane w piecu.


Farsz
      
      Drugą chyba najczęściej wymienianą przystawką był, mogłoby się wydawać równie prozaiczny, farsz. W tym wypadku chodzi o farsz, którym nadziewa się indyka i który można podawać zarówno w tej "odindyczej" wersji, jak również przygotowywany jako osobne danie. Tradycyjny farsz robiony jest na bazie pieczywa, warzyw i ziół, jednak wariacji jest mnóswto: może być więc na przykład farsz z dodatkiem mięsa czy kiełbasy albo ziemniaków, a jakże. Co istotne, bardzo popularnym ziołem dodawanym nie tylko do świętodziękczynnego farszu, ale także innych potraw przygotowywanych na ten dzień, jest szałwia. Może i proste danie, ale Amerykanie się zajadają.


Zapiekanka

      Zapiekanka brzmi nieco bardziej skomplikowanie niż poprzednie przystawki, ale jeśli ma się świadomość, że Amerykanie rzadko kiedy powstrzymują się od używania półproduktów, to okazuje się, że jest to kolejne bardzo proste danie, niewymagające żadnych nadzwyczajnych zdolności kulinarnych. Wśród tradycyjnych, świętodziękczynnych zapiekanek wymieniane są zapiekanki brokułowo-serowe, kukurydziane, czy ziemniaczne (jeśli ze słodkich ziemniaków, to jak najbardziej z pierzynką ze słodkich pianek), jednak zdecydowany prym wiedzie tutaj zapiekanka z zielonej fasolki. W najprostszej wersji jest to po prostu fasolka z dodatkiem suszonej cebuli, przypraw i zupy grzybowej z puszki (wspominałam o półproduktach?) zapiekana w piecu. Proste i smaczne, czego chcieć więcej?


Żurawina

     Wydaje mi się, że żurawina jest niemal tak często kojarzona ze Świętem Dziękczynienia, co indyk. Osobiście uwielbiam żurawinę i cieszę się, że w Ameryce sezon na nią trwa przez całą jesień i zimę, dzięki czemu jest bardzo łatwo dostępna, tania i całkiem dobrej jakości. Aż żal byłoby nie skorzystać i nie zrobić z niej czegoś dobrego na świętodziękczynny stół. Zdecydowanie najpopularniejszym daniem z żurawiny są wszelkiego rodzaju sosy i konfitury do mięsa, często z dodatkiem jabłek lub pomarańczy. Najprostsza wersja- wystarczy udusić w rondelku żurawinę z dodatkiem (brązowego) cukru. Amerykanie lubią też używać żurawiny do robienia kompotów, galaretek i sałatek. Samo zdrowie!


Warzywa

       Na jakiejś z amerykańskich stron kulinarnych przeczytałam kiedyś, że owszem, warzywa mogą śmiało być podawane w ramach przystawki na świętodziękczynnym stole, ale nie ma co z nimi przesadzać, bo przecież można je zjeść każdego innego dnia w roku. Dość śmiała teza patrząc na większość poprzednich przystawek, które raczej też nie należą do specjalnie wyszukanych.
       Bez względu na wskazówki i porady kulinarnych ekspertów, wydaje się, że jednymi z najlpopularniejszych dań warzywnych na amerykańskich stołach są puree z kalafiora, pieczone lub grillowane kolby kukurydzy, zielona fasolka z kruszonym bekonem czy glazurowana marchewka w ziołach, jednak zdecydowany prym, ku mojemu całkowitemu niezrozumieniu, wiedzie... brukselka. Podawana w różnych wariacjach: z bekonem, serem, orzechami, czosnkiem, czy czymkolwiek jeszcze wyobraźnia podpowie.


 Makarony

       Nie wiem jak u Was, ale dla mnie makarony nie jawią się jako danie jakoś specjalnie wpisane w amerykańską kulturę. Jak się jednak okazuje, są dość chętnie podawane w formie przystawek. Szczególnie przyjaznym okiem Amerykanie spoglądają na lazanię i słynny mac n cheese, czyli makaron z roztopionym żółtym serem, który z jakiegoś powodu jest przysmakiem amerykańskich dzieci i w niemal każdej restauracji widnieje w dziecięcym menu. Przy okazji Święta Dziękczynienia zaleca się jednak, by ten prozaiczny mac n cheese został podany w nieco bardziej odświętnej formie, a więc z większą ilością dodatków lub zapieczony w piecu.


      Jak widzicie, amerykańskie przystawki, nawet te odświętne, nie należą do specjalnie skomplikowanych czy wymagających specjalnego przygotowania dań. Jednak wraz z zupami i ciastami pięknie dopełniają świętodziękczynny stół i sprawiają, że, jak to przy świętach, nikt nie odchodzi od stołu głodny. To jak, ktoś w ten weekend poszaleje trochę w kuchni z amerykańskimi smakami?

10/03/2018

Loteria wizowa 2020. Dziesięć najpopularniejszch pytań.

Loteria wizowa 2020. Dziesięć najpopularniejszch pytań.
     Początek jesieni to dla wielu osób na całym świecie kolejna szansa do spełnienia ich marzeń- wylosowania zielonej karty i ruszenia na podbój Stanów Zjednoczonych oraz realizacji swojego American Dream. Ruszyła właśnie kolejna edycja corocznej amerykańskiej loterii wizowej. Dziś więc czas na odświeżenie informacji o tym cudeńku. Zebrałam dla Was odpowiedzi na dziesięć chyba najpopularniejszych pytań w tym temacie. Będzie, mam nadzieję, zwięźle i rzeczowo. Zapraszam do lektury, a osoby bardziej zainteresowane loterią i emigracją na samym końcu znajdą zestaw linków, które zdecydowanie polecam odwiedzić.


1. Czym jest zielona karta?

Zielona karta to potoczna nazwa dla dokumentu jakim jest Karta Stałego Pobytu (Permanent Residence Card). Daje ona przede wszystkim prawo do legalnego mieszkania i pracowania w USA, a poprzez to także m.in. do korzystania z państwowych programów emerytalnych i socjalnych czy, w niektórych stanach, wyrobienia prawa jazdy (w niektórych stanach, choć jest ich coraz mniej, prawo jazdy można wyrobić nawet będąc nielegalnie). Aby utrzymać zieloną kartę, należy mieszkać w USA. Jest to dość istotne, ponieważ niektórzy żyją w przekonaniu, że ów dokument pozwoli im na swobodne odwiedzanie znajomych czy podróżowanie po USA, podczas gdy mieszkać będą w innym miejscu. Jest to błędne przekonanie- jeśli przebywa się poza USA dłużej niż rok, to zazwyczaj zielona karta zostaje odebrana (istnieją wyjątki jak np. biały paszport, ale to inny temat). Zielona karta jest również etapem do uzyskania amerykańskiego obywatelstwa.

2. Co to jest loteria wizowa?

Loteria wizowa (Diversity Visa (DV) program) to jedna z możliwości uzyskania zielonej karty. Co roku, Stany Zjednoczone "rozdają" w wyniku loterii około 50 tysięcy zielonych kart dla uczestników z kwalifikujących się państw, czyli takich, które mają niski współczynnik emigracji do USA. Przez długi czas Polska była wyłączona z loterii, jednak od kilku lat obywatele polscy znów są do niej włączeni.

3. Kiedy przyjmowane są zgłoszenia?

W tym roku zgłoszenia do loterii wizowej przyjmowane są od 3 października do 6 listopada.

4. Jakie wymagania trzeba spełniać?

Zgodnie z oficjalną instrukcją Departamentu Stanu, osoba chcąca wziąć udział w loterii musi spełniać jedynie dwa podstawowe warunki:
  • Pochodzić z państwa kwalifikującego się do loterii (jak wspomniałam wcześniej, Polska od kilku lat kwalifikuje sie do udziału)- w przypadku loterii nie zawsze "pochodzenie" jest równoznaczne z obywatelstwem;
  • Posiadać co najmniej pełne wykształcenie średnie lub jego odpowiednik LUB dwuletnie doświadczenie w zawodzie, do wykonywania którego potrzebne są co najmniej dwa lata szkolenia zawodowego.
Warto jednak wspomnieć, że w dalszym procesie, tzn. gdy zostanie się wylosowanym i wyrazi chęć udziału w dalszej procedurze imigracyjnej, urząd imigracyjny będzie przyglądał się także innym aspektom, na przykład historii kryminalnej danej osoby.
 

5. Czy aplikacja jest płatna?

Samo wypełnienie aplikacji i udział w loterii jest bezpłatny. Warto jednak pamiętać, sam udział w loterii to dopiero początek całej procedury. Gdy szczęście dopisze i zostanie się wylosowanym, trzeba liczyć się z całym szeregiem kolejnych czynności i procedur wizowych, które już wymagają opłat.


6. Gdzie można aplikować?

W loterii wizowej można wziąć udział jedynie wypełniając internetowy formularz na oficjalnej stronie Departamentu Stanu USA TUTAJ. Formularz składa się z kilkunastu podstawowych pytań oraz wymaga dodania aktualnego zdjęcia w wizowym formacie. Zgodnie z instrukcją, zgłoszenie można wysłać tylko raz, a jeśli będzie się próbowało "zwiększyć swoje szanse" wysyłając kilka zgłoszeń, to wszystkie one zostaną zdyskwalifikowane. Również zgłoszenia niekompletne nie będą brały udziału w losowaniu. Warto też wspomnieć, że na wypełnienie formularza ma się 60 minut i nie można go wypełniać "na raty". Przed rozpoczęciem wypełniania warto więc dokładnie zapoznać się z intrukcją i pytaniami, na które trzeba będzie podać odpowiedź.

7. Czy potrzebny jest prawnik?

Udział w loterii nie wymaga pomocy prawnika. Mało tego, sam urząd odradza nawet korzystanie z wszelkiej maści "konsultantów" i "agentów" wizowych.

8. Co po złożeniu aplikacji?

Bardzo ważne jest, aby zachować numer zgłoszenia, który zostanie wyświetlony po wypełnieniu aplikacji. To przy użyciu tego numeru będzie można sprawdzić, czy zostało się wylosowanym. Wyniki tegorocznej loterii będzie można sprawdzać na stronie Departamentu Stanu od 7 maja 2019 roku do 30 września 2020 roku. Samodzielne sprawdzenie wyników losowania jest jedynym sposobem, by się o nich dowiedzieć- Departament Stanu nie rozsyła listów i e-maili, nie dzwoni, ani nie kontaktuje się z uczestnikami w żaden inny sposób, by poinformować o (nie)wylosowaniu.

9. Co jeśli zostanę wylosowany/wylosowana?

Osoba, która zostanie wylosowana w loterii i chce otrzymać zieloną kartę, musi poddać się dalszej procedurze wizowej. Warto wspomnieć, że jeśli ktoś został wylosowany w loterii, oznacza to dopiero początek procedury imigracyjnej i nie gwarantuje uzyskania zielonej karty. W dalszym postępowaniu wizowym trzeba również ponieść odpowiednie opłaty- szczegółowe informacje o przewidywanych kosztach i opłatach będą zawarte w instrukcji, którą otrzyma się po wylosowaniu karty. Warto pamiętać, że rząd USA nie pokrywa żadnych kosztów uczestnika loterii- ani kosztów procedury wizowej, ani przelotu do Stanów; nie pomaga również w szukaniu pracy czy zakwaterowania na miejscu.
Procedura wizowa w tegorocznej loterii musi zostać zakończona przed 30 września 2020 roku- inaczej zielona karta przepada. Warto więc jak najszybciej sprawdzić wyniki loterii i poddać się dalszym procedurom.

10. Czy warto aplikować?

To jest prawdopodobnie jedyne pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Znam osoby, które bardzo szybko odnalazły się w USA i są tutaj przeszczęśliwe, jak i takie, które w pogoni za swoim American Dream rzuciły wszystko w Polsce, a teraz... żałują.
Z mojej perspektywy sytuacja wygląda tak, że jeśli ktoś ma dobre życie w Polsce, to sugeruję dwa razy zastanowić się nad wyjazdem do Stanów "w ciemno". Oczywiście, posiadanie zielonej karty daje już wiele- przede wszystkim możliwość legalnej pracy, ale mimo wszystko odnalezienie się w obcym kraju i w zupełnie innych realiach dla wielu osób może być traumatycznym przeżyciem. Tak czy inaczej, udziału w loterii na pewno nie odradzam! Jeśli są tu osoby, które brały udział w loterii, a jeszcze lepiej- zieloną kartę wylosowały i zdecydowały się zamieszkać w USA- podzielcie się proszę swoimi doświadczeniami, choćby anonimowo!



Przydatne linki:
  • Instrukcja do loterii wizowej, na którą powoływałam się w tym poście i w której można znaleźć mnóstwo bardziej szczegółowych informacji (w języku polskim): TUTAJ
  • Jedyna oficjalna strona, przez którą można aplikować do loterii: TUTAJ
  • Mój starszy post o loterii wizowej, w którym swoimi doświadczeniami dzielą się Czytelnicy bloga: TUTAJ
  • Więcej postów o tematyce emigracyjnej, w tym o procedurach i realiach życia w USA: TUTAJ 
 
*****

* Nie jestem amerykańskim prawnikiem i powyższy post nie powinien być traktowany jako porada prawna. Jest to jedynie zbiór ogólnodostępnych informacji.

** Powyższy post jest uzupełnieniem i uaktualnieniem postu z 2016 roku.

7/02/2018

Czy kobiety w Ameryce są bezpieczne?

Czy kobiety w Ameryce są bezpieczne?
     Stany Zjednoczone. Gospodarcza potęga świata, symbol kapitalizmu, kraj głośno mówiący o potrzebie walki o równość i prawa wszystkich mniejszości, jak również kobiet. A jednak coś poszło nie tak, skoro według ostatniego badania przeprowadzonego przez Thomson Reuters Foundation, Stany Zjednoczone znalazły się na 10. miejscu zestawienia krajów najbardziej niebezpiecznych dla kobiet. Jako jedyny kraj "zachodni" w pierwszej dziesiątce i w towarzystwie takich państw jak Indie, Arabia Saudyjska, Syria, Afganistan czy Somalia. 


     Jak to możliwe? W badaniu wzięte zostały pod uwagę takie aspekty jak: dostęp kobiet do służby zdrowia (w tym świadomość i zapobieganie HIV/AIDS), handel żywym towarem, dyskryminacja, tradycje kulturowe (np. wymuszone małżeństwa, kamieniowanie, czy oblewanie kwasem w ramach ukarania) czy nadużycia seksualne. O ile z negatywnymi dla kobiet tradycjami kulturowymi  czy dostępem do służby zdrowia Ameryka względnie nie ma problemu i w tych dziedzinach znajduje się poza pierwszą dziesiątką zestawienia, o tyle kwestia przemocy seksualnej, molestowania, gwałtów, czy przemocy psychicznej względem kobiet jest jak widać w Ameryce niestety problemem dość dużym. Dużym do tego stopnia, że pod względem przemocy seksualnej wobec kobiet Stany Zjednoczone znalazły się na niechlubnym 3. miejscu, a pod względem przemocy nieseksualnej (czyli np. przemocy psychicznej czy przemocy domowej), na 6. miejscu zestawienia Thomson Reuters Foundation.

  
     Duży udział w nagłośnieniu przemocy wobet kobiet w Stanach Zjednoczonych miała zapoczątkowana w zeszłym roku akcja #metoo. Akcja ta rozpoczęła się od obnażenia wieloletnich działań i nadużyć seksualnych Harvey'a Wiensteina, bardzo szybko rozprzestrzeniając się na całe Hollywood, a wkrótce potem zarówno na Amerykę, jak i inne państwa. Okazało się, że problem molestowania seksualnego kobiet przez wiele lat był uciszany i zamiatany pod dywan, a kiedy w końcu zaczęło się o nim mówić, jego rozmiar przeraził świat zachodni. Kobiety zaczęły głośno opowiadać o swoich traumatycznych przeżyciach i historiach, a na szerokim forum rozpoczęła się dziwna, choć chyba jednak potrzebna, dyskusja nad tym, gdzie kończy się zalotne pochwalenie wyglądu, a gdzie zaczyna molestowanie. Długa droga jednak przed nami, skoro świat, w szczególności media i szeroko rozumiana pop-kultura,  wciąż pozwalają na seksistowskie komentarze, a catcalling uznawany jest za uliczną formę komplementu.

     Ale nie tylko z molestowaniem ma problem Ameryka, nie bez powodu znalazła się w końcu na trzecim miejscu w kategorii przemocy seksualnej. Są bowiem jeszcze zgwałcenia. Kiedy ostatnio trafiłam na zeszłoroczne statystki HuffingtonPost, aż krew zmroziła mi się w żyłach. Średnio 321,5 tysiąca osób jest każdego roku gwałconych w Stanach Zjednoczonych, z czego aż 90% stanowią kobiety. 7 na 10 gwałtów dokonywanych jest przez osobę znaną ofierze. 13% ofiar gwałtów dokonuje próby samobójczej. I, uwaga teraz, 99% gwałcicieli unika odpowiedzialności karnej. Bo jest niska wykrywalność. Bo więzienia są przepełnione. Bo nie było wystarczająco dowodów. Bo ofiara bała się zgłosić przestępstwo. Bo to przecież mąż, więc może. Bo na randce to nie gwałt. Bo miała za krótką spódniczkę... Jak kobiety mogą czuć się bezpiecznie, skoro gwałty praktycznie uchodzą sprawcom bezkarnie, i to nie tylko w rozumieniu prawnym, ale często także społecznym?

***
      Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, na ile powyższe badanie przeprowadzone przez Thomson Reuters Foundation jest wiarygodne. Oczywiście nie przeczę, że problem szeroko rozumianej przemocy wobec kobiet w Ameryce istnieje i zdecydowanie powinny zostać podjęte kroki, by go zmniejszyć. Ale nie chce mi się wierzyć, że kobiety w Ameryce znajdują się w gorszej sytuacji niż mieszkanki np. niektórych krajów Ameryki Południowej, Bliskiego Wschodu, czy chociażby Korei Północnej, które to państwa znalazły się poza pierwszą dziesiątką. A może boję się myśleć, że sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest aż tak zła. Nie zmienia to jednak faktu, że tak potężny kraj jak Stany Zjednoczone ma wciąż tak poważny problem z ochroną praw kobiet. Że wciąż tak wiele kobiet jest odzieranych z poczucia godności i traci poczucie bezpieczeństwa przez nieudolność państwa czy społeczne ciche przyzwolenie. Jeśli nie potrafisz bronić kobiet, to dokąd zmierzasz, Ameryko?

 ***
     Całe zestawienie i więcej informacji o badaniu znajdziesz na stronie Thomson Reuters Foundation klikając  TUTAJ.

5/19/2018

Co z tą bronią?

Co z tą bronią?
     Kiedy zaczynam pisać ten post, Ameryka znów jest w żałobie. W miejscowości Santa Fe w Teksasie doszło do kolejnej w tym roku strzelaniny w szkole w USA. Sprawcą był prawdopodobnie jeden z uczniów, który w piątkowy poranek postanowił dokonać zbrodni. Na chwilę obecną nie znamy jeszcze zbyt wielu szczegółów- wiadomo jedynie, że strzelanina przyniosła co najmniej osiem ofiar śmiertelnych. Raptem kilka miesięcy temu, w lutym, podobna tragedia rozegrała się w miejscowości Parkland na Florydzie. Wówczas sprawca, również młody człowiek, zabił siedemnastu licealistów. Była to jedna z najtragiczniejszych szkolnych strzelanin w historii USA. W zeszłym roku, w październiku, strzelec otworzył ogień do tłumu zgromadzonego na festiwalu muzycznym w Las Vegas. Prawie sześćdziesiąt osób zginęło, 851 zostało rannych, z czego 422 bezpośrednio wskutek strzałów, umieszczając tym samym masakrę w Las Vegas w czołówce najkrwawszych masowych strzelanin w historii USA.


     Przykładów strzelanin w Stanach Zjednoczonych można by mnożyć i mnożyć. O niektórych z nich jest głosniej, o niektórych mówi sie również poza USA. Do tych wszystkich masowych strzelanin dochodzą też "zwykłe" strzelaniny: pojedyncze strzały oddawane na ulicach miast, porachunki gangsterskie, przemoc domowa, czy dzieci ginące przypadkowo wskutek zabawy niezabezpieczoną bronią rodziców. W związku z tymi niezliczonymi tragediami w Ameryce trwa niesłabnąca debata na temat prawa do posiadania broni i restrykcji z nim związanych. Co ciekawe, obie strony barykady jako swój czołowy argument przywołują poczucie bezpieczeństwa: zwolenncy prawa do posiadania broni chcą czuć się bezpiecznie, mogąc obronić się przed napastnikiem przy użyciu broni palnej, natomiast przeciwnicy chcą czuć się bezpiecznie nie martwiąc się o to, że zostaną postrzeleni przez przypadkowego przechodnia.

Uczniowie protestujący przeciwko posiadaniu broni (CNS/Reuters/Kevin Lamarque)
     Co ciekawe, często słyszę dyskusje na temat prawa do posiadania broni także w Polsce. Niestety, często zdarza się tak, że najzażarciej dyskutują osoby, które zarówno o realiach amerykańskiej codzienności, jak i o amerykańskich regulacjach prawnych, nie mają bladego pojęcia. Dziś więc postanowiłam przybliżyć kilka faktów na temat broni palnej w Ameryce. Postaram się nie wdawać natomiast zbytnio w dyskusję ideologiczną, bo w tej kwestii szanuję zdanie każdego i nie zamierzam nikogo przekonywać do stanięcia po jednej czy drugiej stronie barykady.
1. Konstytucja.

     Prawo do posiadania broni było tak ważne dla Amerykanów, że postanowili nadać mu rangę konstytucyjną i jest ono uregulowane w Drugiej Poprawce do Konstytucji USA uchwalonej w grudniu 1791 roku. Przypomnijmy, że były to zupełnie inne czasy niż te, w których żyjemy teraz. Ludność Ameryki dopiero zaczynała jednoczyć się w państwo, a ogromna część populacji żyła na ogromnych farmach, które przecież musiała chronić- przed bandytami, dziką zwierzyną, i pewnie jeszcze wieloma innymi elementami. 

    Dla porównania- był to ten sam rok, w którym w Polsce została uchwalona Konstytucja 3 maja. Tyle tylko, że polska konstytucja przetrwala raptem kilkanaście miesięcy, a amerykańska, uchwalona w 1787, funkcjonuje do dziś i, w ogólnym rozrachunku, ma się całkiem nieźle.

    Oczywiście dziś czasy są już inne. Ameryka posiada służby bezpieczeństwa i instrumenty prawne i przeciętny obywatel nie musi już wyciągać strzelby czy rewolweru, by rozwiązać konflikt z sąsiadem. Mimo że diametralnie zmieniła się amerykańska rzeczywistość, prawo do posiadania broni wciąż widnieje w konstytucji. Dlaczego? Moim zdaniem przyczyny są co najmniej trzy. Po pierwsze, jest to kwestia tradycji i przyzwyczajenia. Amerykanie zwyczajnie wychowali sie w "kulturze posiadania broni" i jest to dla nich na tyle codzienne zjawisko, że nie widzą powodu, by cokolwiek zmieniać. Pamiętam w jakim szoku bylam kiedyś, gdy na jednej z amerykańskich grup na Facebooku przeczytałam post jednej z grupowiczek mniej więcej o treści: "Hej dziewczyny, tak się zastanawiam, czy jak wchodzicie do pracy [biurowej], to bierzecie ze sobą broń, czy zostawiacie ją w aucie?". Rozumiecie, pytanie nie brzmiało czy w ogóle posiadacie broń, tylko szło od razu o kilka kroków dalej. Pod postem pojawiło się kilkadziesiąt odpowiedzi, w których inne grupowiczki całkiem normalnie odpowiadały o tym, gdzie trzymają broń, czy zabierają ją do pracy, itd. To dało mi wiele do myślenia na temat różnic między polską a amerykanską rzeczywistoscią w tym zakresie.

     Drugi powód jest równie prozaiczny- konstytucja, jako najważniejszy akt prawny w państwie, jest niesamowicie trudna do zmiany. Amerykańska konstytucja, licząca sobie ponad 230 lat, doczekała się raptem 27 poprawek, z których ostatnia uchwalona została prawie 30 lat temu. Nie wdając się w szczegóły, aby w życie weszła jakakolwiek poprawka do konstytucji, musi zostać ona najpierw zaproponowana przez amerykański Kongres, następnie przegłosowana przez 2/3 Izby Reprezentantow (odpowiednik sejmu) i Senatu, a w końcu zaakceptowana przez 3/4 stanów. Good luck.
 
      I w końcu trzeci  powód, chyba jeszcze mniej zaskakujący, choć silnie powiązany z poprzednim- w Stanach Zjednoczonych działa bardzo silne lobby wspierające prawo do posiadania broni. Są to przede wszystkim producenci broni palnej i najrozmaitsze związki strzeleckie, które przy każdych wyborach wykładają na stół bardzo dużo pieniędzy, by nie utracić swojej pozycji.

źródło: www.opensecrets.org

2. Regulacje na poziomie stanowym.

     O ile samo prawo do posiadania broni ustanowione jest w Konstytucji, a więc na poziomie federalnym, o tyle regulacje dotyczące na przykład pozwoleń, sprzedaży broni czy zasad noszenia jej w miejscach publicznych, należą już do legislatorów stanowych. Oznacza to dokładnie tyle, że realia posiadania broni wyglądają nieco inaczej w każdym stanie. I tak oto w niektórych stanach uznawanych za najbardziej liberalne, np. na Alasce, nie potrzeba posiadać zezwolenia ani na broń krótką, ani długą, broni nie trzeba rejestrować, a po ulicach można chodzić z widoczną bronią. W innych stanach, uznawanych z kolei za najbardziej restrykcyjne, na przykład w Nowym Jorku, wymagane jest pozwolenie na broń krótką, którą także trzeba zarejestrować (nie dotyczy to broni długiej), broń krótka nie może być noszona w widoczny sposób, a ponadto magazynek może być maksymalnie 10-nabojowy. Jeśli jesteście ciekawi, jak sytuacja wygląda w jakimś konkretnym stanie, to polecam zajrzeć na stronę Guns to Carry, gdzie znajduje się bardzo czytelne zestawienie regulacji prawnych ze wszystkich stanów.

3.  Statystyki.
  • Najwięcej ofiar broni palnej to... samobójcy. Jeśli wierzyć statystykom, aż 63% wszystkich ofiar śmiertelnych użycia broni palnej stanowią samobójcy. Kolejne 32% to ofiary zabójstw.
  • Średnio 96 Amerykanów ginie od postrzału każdego dnia. Pamiętajcie, że ok 60% to samobójstwa.
  • W ciągu miesiąca średnio 50 kobiet zostaje zastrzelonych przez swoich bliskich partnerów, a obecność broni w sytuacji przemocy domowej zwiększa ryzyko śmierci kobiety aż pięciokrotnie.
  • Istnieje pewna zależność pomiędzy restrykcyjnym podejściem do posiadania broni palnej, a liczbą ofiar zabitych wskutek użycia broni palnej, co doskonale widać na poniższym schemacie. Na pierwszej mapce im ciemniejszy odcień czerwonego, tym więcej osób ginie od broni palnej. Na drugiej mapce im jaśniej, tym liberalniejsze zasady posiadania broni palnej. Spójrzcie na przykład na Alaskę, Luizjanę czy Montanę- wszystkie trzy stany mają wysoki procent ofiar broni palnej i stosunkowo łagodne przepisy prawne.
  •      Największy stosunek osób zabitych w wyniku postrzału do populacji miasta jest w St. Louis, w stanie Missouri- wynosi 64,9 ofiar na 100.000 mieszkańców. W 2017 roku zostało tam zabitych z broni palnej 205 osób. Według tych samych wytycznych, Chicago plasuje się na 10. miejscu w stanach z 24 ofiarami na 100.000 mieszkańców. W 2017, zginęło tu od postrzału 650 osób.
     Oczywiście, statystyk dotyczących posiadania i użycia broni, strzelanin i ofiar, można znaleźć w Internecie setki. Nie będę ich powielać, chciałam tylko zaznaczyć, że broń w Ameryce to nie tylko masowe strzelaniny i porachunki gangów, ale także sytuacje równie tragiczne, choć dużo bardziej przyziemne i często zapomniane- samobójstwa i przemoc domowa.

***
       W momencie kiedy kończę pisać ten post, wiadomo już nieco więcej o strzelaninie w Santa Fe. Wiadomo, że ofiar śmiertelnych jest co najmniej 10, a sprawcą był siedemnastoletni Dimitrios Pagourtzis, uczeń zdobywający dobre wyniki w nauce, członek kościelnego klubu tanecznego i gracz w szkolnej drużynie futbolowej. Strzelając, oszczędzał osoby, które "lubił".

       Temat prawa do posiadania broni to temat niesamowicie obszerny, trudny i skomplikowany. Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na wiele pytań, a do tego często regulacje prawne nie nadążają za rzeczywistością oraz nie gwarantują bezpieczeństwa. Czy Dimitrios posiadał pozwolenie na broń? Na pewno nie, nie ma przecież nawet osiemnastu lat. Skąd więc miał broń? Czy była to niezabezpieczona broń jego rodziców, czy też może nabył ją na czarnym rynku albo pożyczył od starszego kolegi? Czy tej tragedii dałoby się zapobiec przez restrykcyjniejsze zasady posiadania broni palnej? A może raczej trzeba byłoby spojrzeć głębiej, w duszę i rozum Amerykanów? Zbadać ich narodowe problemy psychologiczne? Im dłużej mieszkam w Ameryce, tym bardziej przychylam się do tej drugiej opcji.

      Kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce, byłam zdecydowaną przeciwniczką broni. Uważałam, że posiadanie jej przez zwykłych obywateli powinno być zabronione, a już tym bardziej nie powinno się jej trzymać w domu. Potem przeprowadziłam się do USA. Dziś, po kilku latach mieszkania w Chicago, w którym każdego roku dochodzi do kilkuset (!) strzelanin, w tym dokonywanych na przypadkowych osobach, poważnie zastanawiam się nad zrobieniem licencji i kupieniem małego rewolweru. Dalej nie jestem zwolenniczką ani tym bardziej miłośniczką broni palnej, ale niestety realia są takie, że w moim odczuciu nie ma szans na rozbrojenie Amerykanów. I chyba jednak w takich okolicznościach przychylę się do tych, dla których posiadanie broni przynajmniej częściowo zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Samonakręcająca się turbina szaleństwa, niestety.


Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger