1/23/2012

High School

High School
   Na pewno każdy oglądał w swoim życiu przynajmniej kilka amerykańskich filmów, w których przewijał się wątek liceum. Sama doskonale pamiętam, jak w dzieciństwie oczekiwałam niecierpliwie na lekcje chemii, gdyż naoglądałam się w filmach, jakie te lekcje są ciekawe- mnóstwo chemicznych doświadczeń, czasem nawet coś wybuchnie- ekstra! Tymczasem polska rzeczywistość okazała się zupełnie inna- moja sympatia do chemii minęła, jak tylko zaczęło się rozpisywanie na kartce reakcji chemicznych... Niemniej, wraz z wiekiem, narastała ciekawość, jak tak naprawdę wygląda życie w amerykańskim liceum? Ile prawdy pokazują filmy i seriale, a co jest tylko upozorowane?



   Postanowiłam sprawdzić ten temat i przepytałam kilkoro moich tutejszych znajomych, licealistów właśnie, jakie są ich spostrzeżenia dotyczące high school. Jak się okazało, o czym uświadomiła mnie moja przyjaciółka- socjolog, udało mi się nawet nieświadomie przeprowadzić badania socjologiczne- jakościowe i wprawdzie mało reprezentatywne, bo jedynie na próbie 5 osób z 2 szkół średnich, ale jednak badania:)

     Dla porządku- najpierw pokrótce przedstawię moich znajomych:
- Eli- Polka, 16 lat, w USA od 3 lat,
- Sylwia- Polka, 17 lat, w USA od roku,
- Marzena- Polka, 16 lat, w USA od 3,5 roku,
- Enis- Macedończyk, 19 lat, w USA od 7 lat,
- Konrad- Polak i Amerykanin, 15 lat, urodzony w USA.
Konrad chodzi do bardzo dobrego liceum na przedmieściach aglomeracji Chicagowskiej, pozostali- do przeciętnego liceum w Chicago.
   Wszystkie informacje, które zamieszczę w tym poście, pochodzą od moich rozmówców. 



   Liceum w USA jest czteroletnie i zupełnie inaczej zorganizowane niż w Polsce. Dlatego też chętniej, nawet w rozmowie po polsku, używam określenia high school- bo mam wrażenie, że to całkiem inny twór!
   Każdy rocznik ma swoje określenie, i tak: uczeń 1 roku to freshman, 2- sophmore, 3- junior, 4- senior. Nie ma czegoś takiego jak klasy w polskim rozumieniu. Każdy uczeń idzie własnym tokiem i na początku duże znaczenie mają wyniki końcowe z podstawówki bądź gimnazjum ( w zależności od tego, co kto kończył), ponieważ decydują one o poziomie, na którym dany uczeń znajdzie się na pierwszym roku. Na przykład, jeżeli ktoś miał bardzo dobre wyniki z matematyki, to już będąc freshman'em, może mieć matematykę na np. 3 poziomie (przy czym matematyka jest tutaj podzielona na algebrę, geometrię itd.- każda z tych dziedzin to oddzielny przedmiot). Zdarza się więc, że pierwszoroczniacy są w "klasie" z juniorami czy nawet seniorami. Każdy uczeń ma więc inny plan lekcji, dopasowany do niego. Co do tygodniowego planu lekcji- tutaj też, w zależności od szkoły, stosowane są różne rozwiązania. W jednych szkołach uczniowie każdego dnia mają te same lekcje, w innych- dni szkolne są podzielone na przeplatające się dni A i B ( dzień A to jedne lekcje, dzień B to pozostałe lekcje). Moim zdaniem lepsze jest to drugie rozwiązanie, ponieważ w przypadku jednodniowej nieobecności uczniowi łatwiej jest nadrobić zaległości. Inna sprawa, że licealiści wolą tutaj iść do szkoły niż zostać przez dzień w domu, ponieważ każdą nieobecność trudno jest tutaj nadrobić. Już nie wspomnę o tym, że większość lekcji trzeba odpracować w innych godzinach! Co ciekawe- lunch jest również liczony jako lekcja w planie! Mając więc 8 godzin lekcyjnych dziennie, 7 z nich to lekcje, a 1 to lunch. Z lunchem też w każdej szkole jest trochę inaczej. Na ogół lunch jest płatny, ale wysokość opłaty zależy od dochodów rodziny. W niektórych liceach nie można w tym czasie opuszczać szkoły, w innych- jest to możliwe, gdy rodzice podpiszą zgodę. A czego na temat lunchu można dowiedzieć się z filmów? Na przykład tego, że faktycznie każdy ma swoje ustalone miejsce na lunchu oraz że niekiedy dochodzi do bitw na jedzenie:) i jak trafi się "fajny" ochroniarz, to nie reaguje i pozwala dokończyć bitwę, udając, że nic nie widzi! :) W szkołach są ochroniarze, ale, co oczywiste przy takim toku nauki, nie ma wychowawców klas. Są za to "counselors", do których uczniowie mogą zwrócić się ze swoimi problemami, głównie logistycznymi.

   Na koniec każdego semestru uczniowie piszą testy zwane "finals", sprawdzające ich wiedzę z danych przedmiotów. A co się dzieje, jeżeli ktoś nie zaliczy jakiegoś przedmiotu? Wtedy czeka go "summer school", czyli płatne zajęcia podczas wakacji, których celem jest nadrobienie zaległości. 2 tygodnie summer school odpowiadają jednemu semestrowi nauki niezaliczonego przedmiotu.
   Jeśli chodzi o przedmioty nauczane w szkole, to jest pewna pula, którą każdy uczeń musi w ciągu 4 lat zaliczyć, ale to od niego w dużej mierze zależy, kiedy jakie przedmioty będzie miał w planie. Na przykład trzeba mieć 2 lata w-fu i ustala się, w których latach chce się te godziny zaliczyć. Inna sprawa, że dobrze jest sobie przemyśleć, co kiedy chce się zaliczyć, gdyż często możliwość wzięcia danego przedmiotu uzależniona jest od wcześniejszego zaliczenia innego. Ogólnie wszystko sprowadza się do tego, że żeby móc ukończyć high school, trzeba zebrać odpowiednią ilość kredytów, a każdy przedmiot to jakieś kredyty. Co ciekawe, nie ma wyraźnego podziału na biologię, chemię i fizykę, tylko wszystkie te przedmioty zaliczone są do "science" i jeśli trzeba w toku nauki zaliczyć 3 lata science, to albo najpierw jest biologia, potem fizyka i chemia, albo te przedmioty przeplatają się. Najlepiej jest wszystkie najważniejsze przedmioty zaliczyć w ciągu 3 lat, ponieważ na koniec juniors pisze się ACT- stanowe testy końcowe, których wynik wpływa na przyjęcie do College. Tak więc 4 rok to najczęściej "ściema", bo uczniowie zaliczają wtedy takie przedmioty jak muzyka, w-f, czy tym podobne, nie wymagające większego wysiłku, przedmioty. W niektórych szkołach, poza "normalnymi" lekcjami, trzeba jeszcze w ciągu 4 lat zaliczyć daną ilość godzin społecznych (u moich rozmówców- 40 godzin), które mogą polegać np. na pomocy w bibliotece, robieniu kartek świątecznych czy grabieniu liści w parku ;]. Co ciekawe, w szkole średniej można zrobić prawo jazdy (jednak najpierw trzeba mieć zaliczony 1 rok w-f).

   Ciekawym zjawiskiem w amerykańskich liceach, pełnych imigrantów, jest ESL (English Second Language). Jest to program, dzięki któremu nastolatkowie, którzy nie znają dobrze angielskiego, mają szansę ukończyć high school. Zaliczają oni takie same przedmioty, jak ich rówieśnicy na nie-ESL, ale na innym poziomie- takim, który umożliwi im zrozumienie tematu. Oczywiście, tematyka zajęć często jest zupełnie inna niż na regularnych lekcjach i jest nastawiona głównie na naukę języka, np. Eli, która jest freshmanem na ESL przyznaje, że na historii bardziej uczy się angielskiego, niż historii, a jej zadania domowe polegają na ułożeniu krótkiej historii z 9 słówkami wskazanymi przez nauczyciela. Oczywiście nie są to słowa jak "cat" czy "dog", ale bardziej wyszukane:). Nie zmienia to faktu, że Sylwia, która jest tu od roku, podsumowała naszą rozmowę stwierdzeniem: " Ja to się tutaj nic nie nauczyłam" ;]. Za to Konrad, który jest freshmanem na normalnym programie, ba! z kilku przedmiotów jest na wyższym poziomie niż jego rówieśnicy, przyznaje, że liceum bardzo dużo mu daje i bardzo dużo się tam uczy. Muszę jednak przyznać, ze liceum, do którego chodzi Konrad, jest dosyć niezwykłe jak na polskie warunki: jest tam ok. 120 zajęć pozalekcyjnych do wyboru (w tym kilkanaście języków obcych, nauka gry na różnych instrumentach, zajęcia sportowe, zajęcia artystyczne), korty tenisowe, sala kinowa... Do takiego liceum aż chciałoby się chodzić! :)



    Tyle suchych informacji na temat high school, teraz trochę o tym, ile prawdy jest w amerykańskich filmach o licealistach :)

   Przede wszystkim dziewczyny zdecydowanie zanegowały, jakoby przy szafkach odbywały się jakiekolwiek dłuższe rozmowy, które są popularnym elementem w wielu filmach! Owszem, każdy ma swoją szafkę (czasem się zdarza, że jedna szafka jest na 2 osoby), ale na rozmowy nie ma czasu, gdyż przerwy między lekcjami trwają jedynie 4 minuty, a to zaledwie starcza na przejście z sali do sali zatłoczonym korytarzem. Nie jest też aż tak bardzo powszechne wieszanie w szafkach plakatów idoli czy umieszczanie jakichkolwiek innych rzeczy poza książkami. Konrad natomiast wyznał, że on to nawet nie wie, gdzie jest jego szafka, więc jakoś żyje bez niej.
   Nieprawdą okazała się też przerysowana popularność cheerleaderek i sportowców- owszem, osoby takie oczywiście są w szkole i faktycznie cheerleaderki najczęściej umawiają się ze sportowcami, ale wcale nie są aż tak popularne. Freshmeni często nawet nie wiedzą, kto zalicza się do grona takich osób.
   "Kocenie" także jest przereklamowane. Dziewczyny w ogóle o nim nie wspomniały, a Konrad przyznał, że bał się na początku "rzucania centówkami", ale obawy te okazały się bezpodstawne.
   Nie ma też jakoś specjalnie dużo imprez szkolnych, właściwie ograniczają się one do "Homecoming" (bal witający w nowym roku) na przełomie września i października oraz "Prom" (bal na zakończenie szkoły) dla Seniors w maju/ czerwcu. Fani "Pamiętników Wampirów" muszą być więc rozczarowani :).



   To tyle, tak w skrócie, na temat high school. Dla mnie rozmowy z piątką licealistów były ogromnym zastrzykiem informacji i starałam wybrać się te najważniejsze i najciekawsze, żeby podzielić się nimi z Czytelnikami. Osobiście jestem pod wrażeniem, jak skomplikowaną strukturą jest w USA liceum i jak dużo dojrzałości i samodzielności wymaga się od licealistów- to nie to co w Polsce, że każdego jakoś się "pchnie". Tutaj nastolatek sam musi wiedzieć, czego chce i sam musi się o siebie troszczyć.


p.s. Zaznaczam jeszcze raz, że przedstawione informacje pochodzą tylko od 5 uczniów z 2 liceów, obu z aglomeracji chicagowskiej. Niewykluczone więc, że w innym liceum sytuacja może wyglądać inaczej. Może kiedyś pofatyguję się do liceum rodem z "Młodych Gniewnych" i wtedy obraz high school nabierze nowych barw:).

1/20/2012

Kilka nowinek z Chicago

Kilka nowinek z Chicago
   Zakończył się I etap w konkursie Blog Roku 2011- niestety, Pamiętnik Emigrantki nie dostał się do II etapu, niemniej chciałam wszystkim podziękować za oddane głosy! A za rok, o ile wytrwam w blogowaniu, powalczymy jeszcze raz! :) A póki co, wracam do codzienności i spieszę z nowinkami z Chicago.
   Pierwsza informacja, która mnie samą dziś o mało co nie powaliła na kolana- to fragment artykułu w polonijnej gazecie "Monitor"- otóż w minioną środę, 18 stycznia, miasto było wyjątkowo spokojne, ponieważ, jak poinformował szef policji: " po raz pierwszy od prawie roku Chicago nie usłyszało ani jednego strzału z broni palnej, tego dnia nie dokonano też żadnego morderstwa". Wiedziałam, że kiedyś Chicago było mafijnym miastem, ale nie sądziłam, że jest aż tak niebezpieczne po dziś dzień! Kto by pomyślał, że każdego dnia dochodzi tu do strzelaniny i morderstw?! Swoją drogą, Polacy mają też w tym swój udział- pamiętam, jak kilka miesięcy temu huczało w Chicago o polskim nastolatku, bodajże siedemnastolatku, który siekierą zamordował swoich rodziców. Sprawa nie był do końca wyjaśniona, z czasem pojawiły się wątpliwości, czy to faktycznie syn zamordował rodziców, czy tylko umożliwił to swoim kolegom, tak czy inaczej- dość przerażająca historia. A o co chodziło? Jak zwykle- o pieniądze...
   Zmieńmy jednak temat na trochę przyjemniejszy. Wspominałam kiedyś o Snow Days- corocznej imprezie odbywającej się zimą na Navy Pier, której głównym elementem jest konkurs na rzeźby w śniegu. W tym roku Snow Days zaplanowane są na przyszły weekend. Mam nadzieję, ze uda nam się tam zagościć. Dokładny program tegorocznej edycji znajduje się tutaj. Dziś już pojawiła się informacja, że na placu przed Navy Pier zostały ustawione śniegowe bryły, które posłużą za surowiec dla sztuki. A jako przedsmak imprezy- kilka fotek z zeszłego roku :)

Shark Feast

That’s A Moray

Bernini's Elephant

See No Evil, Hear No Evil, Speak No Evil


1/17/2012

Ostanie kilkanaście godzin na głosowanie w konkursie Blog Roku 2011

Ostanie kilkanaście godzin na głosowanie w konkursie Blog Roku 2011

Jeżeli ktoś jeszcze ma ochotę zagłosować na mój blog, to proszę się nie wahać! :)

koszt sms-a to 1,23 zł - dochód przeznaczony zostanie na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych

1/15/2012

Zimy ciąg dalszy

Zimy ciąg dalszy
   Jako że dziś znów zaznaliśmy pięknej, w końcu zimowej, pogody, postanowiliśmy wybrać się do parku. Parki na przedmieściach Chicago są dosyć specyficzne- mogłabym je przyrównać do "ucywilizowanych" lasów. Są bardzo duże, na pewno większe od tego, co w Polsce zwykliśmy uznawać za parki. Poprzecinane są asfaltowymi dróżkami i małymi parkingami. Mieszkają w nich całe stada saren, na tyle przyzwyczajonych do człowieka, że podchodzą bardzo blisko, szczególnie wtedy, gdy zwęszą jedzenie- dziś także trafiliśmy na małe stadko. Gdzieniegdzie poustawiane są małe stoliki i ławki, gdzieniegdzie stoły na kilkanaście osób- zimą nie ma z tego pożytku, ale latem praktycznie wszystkie miejsca są zajęte- Amerykanie zdecydowanie uwielbiają organizować pikniki! I to nie tylko takie rodzinne, ale także takie na kilkanaście-kilkadziesiąt osób, np. pikniki klubowe.
   Dziś, jako że wybraliśmy się na spacer z dwuletnią córką szwagierki, naszym głównym celem była górka do zjeżdżania na sankach. Ech... co to były za cudowne czasy, kiedy w dzieciństwie jeździło się na sankach nie na przygotowanych przez nudnych dorosłych górkach, ale samemu wynajdywało się ciekawe miejsca, a im bardziej niebezpiecznie, tym lepiej! :) Ile razy wyjechało się na ulicę albo wjechało w płot! Tutejsze dzieci nie mają szczęścia tego zaznać- wszystko jest pięknie zorganizowane, żeby było bezpiecznie. I nie ma miejsca na dziecięcą fantazję...


    Bałwana wprawdzie nie ulepiliśmy, bo śnieg był zbyt sypki, ale bitwy na śnieżki nie potrafiliśmy sobie odpuścić! :)

1/13/2012

Nadeszła zima!

Nadeszła zima!
   Wczoraj w końcu spadł pierwszy, "porządny" śnieg w Chicago. Sypało od samego rana i na wieczór wszystko było już pokryte białym puchem. Uroczo to wygląda, gdy jedzie się wieczorem i widzi świąteczne jeszcze lampki na tle śnieżnych zasp. Szkoda tylko, że nie zaznaliśmy takich widoków na Święta, a dopiero w połowie stycznia.
Niestety, jest też dosyć ciepło, więc trzeba szybko nacieszyć się takimi widokami, bo niedługo pozostanie pewnie chlapa...

   Co do śniegu w Chicago, nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o sytuacji, która miała tu miejsce prawie rok temu. Miałam szczęście być tutaj akurat w tym czasie i doświadczyć tego zjawiska. Otóż pewnej nocy nadciągnęła nad Chicago burza śnieżna- bardzo mocno sypało całą noc, do tego były pioruny, co przeraziło mnie dość mocno, gdyż nigdy wcześniej nie widziałam piorunów zimą! Jak dla mnie zakrawało to więc nieco na anomalię pogodową, jednak, jak się okazało, nie było to nic nadzwyczajnego. Na pewno nie w Chicago. W każdym razie, rano miasto było pod grubą warstwą śniegu. I nie mam tu na myśli 5 cm- śniegu było tak dużo, że pługi i odśnieżarki nie dawały rady uporać się z tym wszystkim! Miasto dosłownie stanęło. Pozamykane były urzędy, szkoły i większość sklepów, bo praktycznie nikt nie dawał rady wydostać się z domu, a ulice były nieprzejezdne.
   Kiedy wyszliśmy przed dom odśnieżyć nasz samochód, mieliśmy nie lada zagwozdkę: która z tych zasp skrywa nasz samochód? Ostatecznie udało nam się podjąć właściwą decyzję i odśnieżyć nasz samochód :). Ogólnie zaznałam ciekawych widoków- tak jak na ogół nasza ulica wydaje się być opustoszała, praktycznie nie widać na niej ludzi, to tamtego dnia wszyscy sąsiedzi krzątali się przed domami, odgarniali śnieg, odśnieżali samochody. Niektórzy użyczali innym swoich ręcznych odśnieżarek, inni gawędzili z sąsiadem. Naprawdę uroczy widok! Brakuje mi tego na co dzień. W Polsce takie rozmowy z sąsiadami są praktycznie na porządku dziennym, tutaj to rzadkość.
   Widząc padający wczoraj śnieg, momentalnie przypomniał mi się tamten dzień i pojawiła się myśl: "Czy i w tym roku tego zaznamy?". Czas pokaże.


A tymczasem, trochę zmieniając temat, oto co pojawiło się w Chicago: :)

1/12/2012

GŁOSOWANIE !!!

GŁOSOWANIE !!!
Kochani, dziś zaczyna się głosowanie na blogi w konkursie Blog Roku 2011, potrwa do 19 stycznia. Jeżeli podoba Wam się mój blog, to zachęcam do głosowania!
10 blogów z każdej kategorii, które otrzymają najwięcej głosów, przejdzie do kolejnego etapu.        
   
SMS o treści D00001 (w środku są cztery zera, nie literki "o" :) )
Na numer 7122

Koszt SMS to 1,23zł brutto.


http://www.blogroku.pl/kategorie/pamietnik-emigrantki,gwhwp,blog.html


z regulaminu konkursu:
Głosowanie w tym etapie Konkursu polega na wysłaniu SMS na numer 7122. W treści SMS konieczne jest podanie unikalnego numeru bloga, na który chcemy oddać swój głos. (Uwaga! W treści SMSa należy umieścić jedynie numer bloga, nie należy umieszczać w niej żadnych dodatkowych znaków ani spacji.) Koszt SMSa to 1,23 zł brutto.

W głosowaniu może wziąć udział dowolna osoba, przy zastosowaniu zasady, że z jednego numeru telefonu można oddać jeden głos na dany blog. Ponowne zagłosowanie na ten sam blog nie jest możliwe.


1/11/2012

Navy Pier

Navy Pier
   Jako że dziś była piękna pogoda, może już ostatni raz tej zimy (ponoć jutro ma nas "nieco" zaśnieżyć), postanowiliśmy wybrać się na mały spacer po Navy Pier oraz odwiedzić przy okazji IMAXa. O Navy Pier wspominałam kilka postów temu, a dziś jest wspaniała okazja, żeby napisać o tym miejscu trochę więcej.
   Pamiętam doskonale swój pierwszy raz na Navy Pier. Było to 2,5 roku temu, mniej więcej tydzień po moim pierwszym przylocie do USA, kiedy wybraliśmy się na wycieczkę po Chicago organizowaną przez tutejsze polskie biuro podróży Rek Travel. Ot, takie jednodniowe Chicago w pigułce. Od pierwszego spojrzenia zakochałam się w tym miejscu, ale wtedy wydawało mi się to tak odległe miejsce, tak magiczne, tak nieosiągalne, że byłam więcej niż pewna, że to mój pierwszy i ostatni raz... A tu proszę, życie jak zawsze mnie zaskoczyło! :)
   Navy Pier to moim zdaniem jedno z najbardziej uroczych i "klimatycznych" miejsc w Chicago. Jest to bulwar nad Jeziorem Michigan, w samym sercu Downtown. Nie jest to jedynie deptak, ale także centrum rozrywki- mieszczą się tu m. in. kafejki, kino IMAX, gabinet luster, palmiarnia, wystawa witraży oraz cały szereg sklepów z pamiątkami, w których znaleźć można dosłownie wszystko (magnesy, breloczki, koszulki, kieliszki, książki, maskotki- mogłabym tak wymieniać bez końca!). Niekiedy mają tu miejsce także wystawy, a np. od piątku na Navy Pier będzie można podziwiać białe tygrysy! Mam nadzieję, że znajdziemy czas, żeby uczestniczyć i w tym wydarzeniu, to przy okazji będzie nowy temat na posta :). Przy Navy Pier odbywa się też sporo wydarzeń sezonowych, jak np. obchody sylwestra czy, w lutym, konkurs na rzeźby ze śniegu. Latem natomiast można pokusić się o kilkugodzinny rejs albo napotkać na swojej drodze pirata. Na ogół, szczególnie latem, jest to miejsce bardzo chętnie odwiedzane zarówno przez mieszkańców Chicago, jak i turystów (osobiście uważam, że Navy Pier powinno być na liście miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić będąc w Chicago!). Dziś świeciło trochę pustkami, ale nam to nie przeszkadzało.
   Dzisiaj skupiliśmy się na spacerze po deptaku, wizycie w palmiarni oraz, przede wszystkim, seansach w IMAX- obejrzeliśmy film "Born to be wild 3D", na który czekałam prawie rok ( i który polecam wszystkim miłośnikom zwierząt), oraz "Mission Impossible- Ghost Protocol", na który czekał Daniel :). Muszę przyznać, że IMAX jest zdecydowanie moim ulubionym kinem, szczególnie w kategorii filmów przyrodniczych realizowanych w 3D.


 Zdjęcie oczywiście nie jest mojego autorstwa, ale bardzo dobrze ukazuje całe Navy Pier :)

źródło: http://www.architizer.com

A teraz już moje, dzisiejsze zdjęcia :)
Najpierw- fragment wnętrza.


Jeszcze dekoracje świąteczne, a w tle palmiarnia.


No i mamy palmiarnię, ze "skaczącą wodą". Nie mam pojęcia, jak to się fachowo nazywa, ale zawsze jestem pod urokiem tego mechanizmu.


Trochę mocniejszych wrażeń:) albo, patrząc na to inaczej- wspaniały punkt widokowy!


Widok na Downtown.


Zdjęcie robione pod słońce, więc efekt, jaki widać. Ale to, co najważniejsze, można dostrzec- do Miami niespełna 1200 mil! :D



Moje ulubione witraże- Cztery Pory Roku.









   I tyle, w wielkim skrócie, o Navy Pier. Jeśli ktoś pragnie więcej praktycznych informacji, odsyłam do oficjalnej strony: http://www.navypier.com/.
Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger