4/07/2016

Czy zdasz test na amerykańskie obywatelstwo?

Czy zdasz test na amerykańskie obywatelstwo?
     Odkąd mieszkam w USA, przyszło zmierzyć mi się z wieloma mitami. Zauważyłam, że o ile niektóre mity są nam niejako wpajane, o tyle inne... często tworzymy sobie sami, co gorsza- ze szkodą dla nas samych. Dziś chciałam obalić jedną z pogłosek, z którą spotkałam się podczas rozmów z wieloma juz Polakami w Chicago. A chodzi o taki malutki egzamin- egzamin na obywatelstwo amerykańskie.

     Nie wiem, może to kwestia samego słowa "egzamin", które na ogół kojarzy się z czymś trudnym, stresującym i wymagającym sporo wcześniejszej pracy. Jeśli jednak chodzi o egzamin na obywatelstwo, to wydaje mi się, że, paradoksalnie, dużo bardziej trzeba się postarać, żeby go nie zdać, niż żeby zdać. 

     O całej procedurze uzyskania obywatelstwa amerykańskiego z poziomu zielonej karty pisałam TUTAJ, więc dziś skupię się tylko na samym egzaminie. Otóż, egzamin to w rzeczywistości spotkanie w cztery oczy z urzędnikiem emigracyjnym, które na ogół trwa około 10-15 minut i składa się z kilku części. Celem takiego spotkania jest w głównej mierze sprawdzenie, czy osoba aplikująca o obywatelstwo amerykańskie jest w stanie porozumieć się po angielsku i czy posiada podstawowe informacje na temat ustroju, historii i geografii Stanów Zjednoczonych. 
     W praktyce wygląda to tak, że najpierw urzędnik sprawdza i potwierdza informacje zamieszczone przez potencjalnego obywatela w jego aplikacji. Następnie, prosi o przeczytanie jednego zdania i napisanie innego ze słuchu. I nie liczcie na to, że będą to zdania zaczerpnięte z Szekspira czy pism naukowych. Są to na ogół proste zdania typu "We pay taxes". I powiem więcej... nawet jeśli ktoś bardzo boryka się z językiem angielskim, jest w stanie idealnie się przygotować, ponieważ na stronie Urzędu Imigracyjnego znaleźć można... listę słówek wymaganych na egzamin. I są to wyrazy typu: Abraham Lincon, can, America, where, for, people, itd. 
      Ostatnim etapem, którego często, choć zupełnie bezzasadnie, ludzie boją się najbardziej, jest test. Wierzcie mi, że kilkukrotnie uczestniczyłam w rozmowie, w której mój rozmówca wyrażał strach przed testem, że pytania takie trudne, że tak dużo itp. Jednak na moje pytanie, czy ta osoba widziała te pytania, odpowiedź zawsze brzmiała... nie. Szkoda, bo jest to zaledwie 100 potencjalnych pytań, które, wraz z odpowiedziami, można również znaleźć na stronie urzędu imigracyjnego. Mało tego, można również wydrukować fiszki do nauki czy posłuchać nagrań. Opcji do przygotowania się jest naprawdę sporo. I nie ma się czego obawiać, tym bardziej, że po pierwsze są to pytania, na które odpowiedź to najczęściej 1 słowo, ewentualnie jedno zdanie, ale w żadnym wypadku dłuższa wypowiedź, a ponadto na zadanych przez urzędnika, dziesięć losowo wybranych z puli pytań, wystarczy poprawnie odpowiedzieć na 6. Jedyne 60% wystarczy, aby zdać test. W dodatku, większość pytań jest banalnie prostych, szczególnie jeśli mieszka się w Ameryce. Resztę wystarczy przeczytać kilka razy i też nie powinno się mieć problemu z nauką.

       Jak widzicie, dla chcącego nic trudnego i naprawdę bez większego wysiłku można się szybko i samodzielnie do egzaminu przygotować. Ale jeśli ktoś bardzo uważa, że potrzebuje z tym pomocy, czego szczerze mówiąc nie rozumiem, to organizowane są nawet specjalne kursy, który przygotowują do egzaminu na obywatelstwo (np. w Polish American Association).

     Jeśli jesteście zainteresowani tematem wymagań do egzaminu, to wszystkie materiały do nauki (listę słówek, pytania z odpowiedziami, nagrania audio, fiszki, itp.) możecie znaleźć na oficjalnej stronie Urzędu Imigracyjnego TUTAJ.


     A ja wybrałam dla Was 15 pytań z całej puli. Spróbujecie się z nimi zmierzyć? :)

1. Co to jest poprawka?
2. Ile jest poprawek do Konstytucji?
3. Co to jest wolność religii?
4. Kto stanowi prawo federalne?
5. Ile trwa kadencja senatora?
6. W jakim miesiącu odbywają się wybory prezydenckie?


7. Kto może wetować ustawy?
8. Ilu sędziów zasiada w Sądzie Najwyższym?
9. Wymień jedno prawo zarezerwowane jedynie dla amerykańskich obywateli.
10. Wymień jedną z przyczyn przybycia kolonistów do Ameryki.
11. Kiedy została podpisana Deklaracja Niepodległosci?
12. Kto był pierwszym prezydentem?
13. Wymień jedną z wojen, w której brały udział Stany Zjednoczone w XX wieku.
14. Wymień jedną z dwóch najdłuższych rzek w USA.
15. Wymień jeden ze stanów graniczących z Meksykiem.



Odpowiedzi:

1. Zmiana dodana do Konstytucji
2. 27
3. Można praktykować dowolną religię albo nie praktykować żadnej.
4. Kongres / Senat i Izba Reprezentantów / legislatura
5. 6 lat
6. W listopadzie.
7. Prezydent.
8. 9
9. Głosowanie w wyborach federalnych i ubieganie się o urzędy federalne
10. Wolność/ wolność polityczna/ wolność religijna/ możliwości ekonomiczne/ ucieczka przed prześladowaniami.
11. 4 lipca 1776 roku.
12. George Washington
13. Pierwsza Wojna Światowa/ Druga Wojna Światowa/ Wojna w Korei/ Wojna w Wietnamie/ Wojna w Zatoce Perskiej
14. Missouri / Mississippi
15. California, Arizona, Nowy Meksyk, Texas


I jak Wam poszło? :)




4/03/2016

Marcowe migawki

Marcowe migawki

     Ledwo się obejrzałam, a już minął kolejny miesiąc. Dobrze- coraz bliżej do lata :) Choć nie ma się co oszukiwać- pogoda w Chicago wcale na to nie wskazuje. Jednego dnia można spacerować w krotkim rękawku, a na drugi dzień pada śnieg. Nie ma się co dziwić, że Internet aż roi się od pogodowych memów...





     Ale nie ma co narzekać. W tym roku wyjątkowo nie było zimy, więc mogę pójść na kompromis i odpuścić wiosnę. Byle lato było jak się należy :)

     Ok, kurtuazyjna rozmowa o pogodzie za nami, więc czas na trochę konkretów, Zapraszam na marcowe migawki!


Miesiąc zaczął się dosyć przyjemnie, bo od wiosennego spaceru w Matthiessen Park. Pełna fotorelacja TUTAJ.
W połowie miesiąca w Hilton Hotel odbywała się konferencja ABA Tech Expo- poświęcona oprogramowaniom komputerowym przydatnym w kancelariach prawniczych. Spójrzcie na ten przepiękny, barokowy hotelowy hol!

Sama konferencja nie zainteresowała mnie jakoś specjalnie- byłam tam tylko ze względu na szkolne obowiązki.
Trzeba jednak przyznać, że wystawcy z całych sił starali się przyciągnąć potencjalnych klientów- można więc było pobawić się z poprzebieranymi szczeniakami lub je adoptować, skorzystać z zalet baru tlenowego (polecam!) lub pozwolić się skarykaturować. Wyjście pełne atrakcji ;)


Skoro już jesteśmy w temacie szkolnych obowiązków, to w tym miesiącu pojawiłam się znów w sądzie. Spójrzcie, jakie piękne widoki rozpościerają się z trzydziestego piętra Daley Center!
W minionym miesiącu zaczęłam też w końcu spełniać moje marzenie, które chodziło za mną od wielu lat- rozpoczęłam kurs florystyczny. Na razie bardziej hobbystyczny, ale zobaczymy co będzie dalej :) Po ukończeniu kursu mam zamiar napisać oddzielny post, w którym powiem Wam coś więcej w tym temacie.

Wybrałam się również na wystawę kwiatów, która odbywała się w głównym sklepie Macy's przy ulicy State. 
Trochę pięter jest w tym Macy's :)

Taka ilość ponadprogramowych wyjść w miesiącu musiała skończyć się też większą dawką miejskich widoczków :)

Poszukiwania wiosny były owocne. Nawet pszczoły się znalazły!
A w tym miejscu nie mogłam sobie nie pozwolić na małe porównanie... ;)


zdjęcie Szczecina pochodzi ze strony fotopolska.eu


Wspominałam już nie raz, że na stacjach metra często można spotkać muzyków. Ale taki występ widziałam po raz pierwszy! Pierwszy raz żałowałam, że pociąg przyjechał tak szybko.

 

Takie reklamy można znaleźć w metrze.
W końcu uporałam się z muszlami zbieranymi zimą na Florydzie. Jak być może niektórzy z Was widzieli, szukałam metody na pozbycie się z nich przykrego, rybnego zapachu. Długo broniłam się przed chlorowaniem, bo obawiałam się wybielenia muszli. Jak się jednak okazało, chlorowanie to jedyna skuteczna metoda. A kolor na większości muszli utrzymał się bez problemu :)

Jakże przydatne w naszych czasach ostrzeżenie :)


Interesujące linki:

* mapa z najbardziej szalonymi regulacjami prawnymi w każdym stanie. Illinois nie zachwyca, ale może to i lepiej :)
* kolejna mapka, tym razem z potrawami-symbolami każdego stanu.  Nie zaglądajcie z pustym żołądkiem!
* W Field Museum ruszyła kolejna ciekawa wystawa- z chińskimi terakotowymi żołnierzami. Trzeba zobaczyć!
* a jeśli komuś mało migawek, to zapraszam na zeszłoroczne marcowe podsumowanie!



I to tyle na dzisiaj. A jak Wam minął ostatni miesiąc? :)



3/26/2016

Share Week 2016

Share Week 2016
     Obiecywałam sobie rok temu, obiecywałam dwa lata temu... i jakoś tak zawsze te dni uciekały, a ja przegapiałam kolejne edycje Share Week. W tym roku postanowiłam, że już nie odpuszczę i dorzucę i swoje głosy do fajnej inicjatywy Andrzeja Tucholskiego!


O co chodzi?

     Od kilku lat Andrzej prowadzi Share Week- tydzień poleceń, w którym blogerzy i youtuberzy mogą polecać innych twórców, których lubią czytać, oglądać, którzy ich inspirują lub po prostu dostarczają ciekawych treści. W zgłoszeniu Share Week można polecić tylko 3 blogi. Zgłoszenia przyjmowane są do 3 kwietnia TUTAJ.

Jakie są moje 3 ulubione blogi?

     Muszę przyznać, że wybranie 3 ulubionych blogów jest dla mnie największą trudnością. Głównie dlatego, że czytam ich całkiem sporo i każdy z nich cenię z innych powodów, każdy przyciąga mnie inną cechą. Na potrzeby shareweekowego zgłoszenia postanowiłam ograniczyć się jedynie do blogów emigracyjnych, które są mi najbliższe, oraz wybierać jedynie z tych, które pozostają aktywne, w miarę regularne oraz spełniają kilka innych, mniejszych warunków. Po drastycznej selekcji, postanowiłam nominować:


Blog o zwiedzaniu Ameryki napisany w bardzo interesujący sposób i zawierający mnóstwo informacji praktycznych. Jeśli ktoś wybiera się do USA i chce zobaczyć nie koniecznie tylko te znane miejsca, zdecydowanie powinien tam zajrzeć. 





Papuga zaczęła swoją blogową przygodę całkiem niedawno i pamiętam jej początki, metamorfozę oraz to, jak ogromne postępy poczyniła. Bardzo ciekawie opowiada o życiu w Ameryce i wszystkim wokół. A do tego mam wrażenie, że jest bardzo spoko babką :)






Do Julki zaglądam już od dawna- Australia zawsze była jednym z moich podróżniczych marzeń, a Julia rewelacyjnie o niej pisze. A do tego dodaje mnóstwo pięknych zdjęć, od których jeszcze bardziej marzy się o krainie kangurów. Jeśli interesuje Was ta tematyka, to Julia niedawno wydała książkę. Jak ją przeczytam, na pewno dam znać :)




Kogo jeszcze czytam?

     Jak wspomniałam, wybranie 3 ulubionych blogów to ogromny problem. A jako że mamy wielkanocny weekend, co w Polsce oznacza całkiem sporo wolnego (w USA w poniedziałek niestety wracamy już do pracy) i dużo czasu na nadrabianie blogowych zaległości, to postanowiłam podrzucić Wam jeszcze kilka linków do blogów, które z chęcią podczytuję. Tym razem, żeby mimo wszystko nie było za duzo, na tapet idą tylko aktywne blogi emigracyjne i to takie, które wciąż bardziej mówią o emigracji niż "lifestylu" ;) Zapraszam!


Ameryka Północna:

* Limonka do rosołu - Chicago
* Little Town Shoes - Nowy Jork
* Life in America - Floryda
* Rakiety, aligatory i komary - Floryda, ale od bardziej... kosmicznej strony :)
* Short Notes

Europa:

* Justyna en Barcelona - Hiszpania
* Lemessoss - Cypr
* Mademoiselle Kier - Francja 
* Bretonissime - Francja
* Polka na Kresach - Ukraina 
* Viennese Breakfast - Austria
* Kasia na Rozdrożach - Szwajcaria i... reszta świata :)

Azja:

* W Korei i nie tylko - Korea Południowa
* W pustyni bez puszczy - Arabia Saudyjska

Afryka:


Polska:



A Wy co czytacie? Dorzucicie jakieś ciekawe blogi emigracyjne do mojej puli? 
A może sami piszecie z emigracji i chcecie pochwalić się swoim miejscem w sieci? 
Piszcie śmiało! 


3/24/2016

Czy noszenie odzieży patriotycznej to wiocha?

Czy noszenie odzieży patriotycznej to wiocha?
     Do napisania dzisiejszego, spontanicznego postu skłonił mnie wpis na jednej z fejsbukowych stron, który prezentuje się tak:


     Pod postem rozwinęła się dyskusja, w której niektórzy wyśmiewają "nosicieli" odzieży patriotycznej, nazywając ich cebulakami i burakami, natomiast inni argumentują, że nie ma nic zlego w noszeniu ubrań z polską flagą. Tak naprawdę, na podobne dyskusje trafiałam w Internecie już niejednokrotnie, a że sama jestem emigrantką, to postanowiłam w końcu zabrać głos w tej sprawie. Długo starałam się przestawić swoje myślenie na takie tory, aby zrozumieć punkt widzenia osób postrzegających ową odzież za przejaw "cebulactwa". Bezskutecznie.

      Czy nosiłabym tego typu ubrania mieszkając w Polsce? Raczej nie, bo nigdy nie widziałam takiej potrzeby. Co innego przyodziać biało-czerwone barwy na święta narodowe, ale od razu koszulki z flagą? Raczej bym się nie pokusiła, choć nie widzę nic złego w tym, że ktoś ma taką potrzebę.

      Na emigracji sprawa wygląda jednak moim zdaniem nieco inaczej. Przede wszystkim ludzie, bez względu na narodowość, lubią czuć się i być częścią jakiejś społeczności. Kiedy przebywa się na emigracji, na ogół naprawdę mocno tęskni się za Ojczyzną. I wszelkie argumenty typu "skoro ci źle, to wróć" nie mają tu znaczenia, bo ludzie są w najróżniejszych sytuacjach życiowych i czasem powrót do Ojczyzny zwyczajnie nie wchodzi w rachubę. Co więc w tym złego, że w jakiś sposób chcą zamanifestować swoją narodowość czy pokazać przynależność do grupy, jaką są Obywatele Polski? Czy naprawdę robią tym komuś krzywdę albo przynoszą sobie wstyd?

     Sama mam w szafie takie oto egzemplarze:

    Nie noszę ich na co dzień, ale lubię mieć pod ręką przy okazji polskich patriotycznych dni, jak choćby Dzień Niepodległości. I tak, zakładam wtedy moją patriotyczną koszulkę i noszę ją dumnie, opowiadając każdemu komu się da, jaki ważny dziś jest dzień. Nie mam przy tym ani grama wstydu, bo niby czemu miałabym mieć? Że jestem dumna z mojej polskości? Ano jestem, i zawsze będę. Czy są inne metody okazywania tej dumy? Oczywiście, że tak, ale czemu się ograniczać tylko do wybranych sposobów, czemu nie korzystać ze wszystkich możliwych?

     Nie zauważyłam też, żeby jakiekolwiek inne narodowości uważały, że okazaywanie swojego pochodzenia poprzez odzież jest "wiochą". Ba, spójrzcie chociażby na Amerykanów, którzy nie mają oporów przed tym, by nosić bikini czy skarpetki z wzorem ichniejszej flagi. Czy to już jest przegięcie? Dla wielu Polaków na pewno tak. 

    Ale my już tak mamy, że patriotyzm musi być u nas doniosły. Wszelkie święta narodowe to dni rozmyślań i zadumy, a nigdy zabawy i radości. Wywieszanie flagi pozostawiamy sobie także tylko na te wybrane dni w roku, bo gdyby flaga powiewała nam przed domem przez 12 miesięcy, to nie byłoby to godne. Z historii nie wolno żartować, trzeba ją brać śmiertelnie poważnie. Nie mówię, że to dobrze albo źle, nie chcę porównywać Polaków do Amerykanów, po prostu "taki mamy klimat" i już. Ale cóż wstydliwego jest w uszczypnięciu sobie tego patriotyzmu w powszedni dzień? Czy naprawdę jest to aż tak rażące?

     I jeszcze jedna kwestia. We wspomnianej na początku dyskusji jedna osoba użyła argumentu typu jak byśmy zareagowali, gdyby w Polsce jakiś obcokrajowiec nosił tego typu koszulkę, oczywiście ze swoim państwem na piersi. To jest dobre pytanie, bo mam wrażenie, że być może wiele osób mogłoby odebrać tego typu zachowanie jako rodzaj ataku na Polskę, czy też pokazania swojej wyższości. Ale czy naprawdę tak należy to odbierać? Ostatecznie owe koszulki nie wskazują na żadną wyższość czy niższość, tylko pokazują dumę z pochodzenia. Nie wiem, jak w innych państwach, ale Amerykanie nie mają z tym problemu. Być może dlatego, że Stany Zjednoczone to generalnie kraj imigrantów i, pomijając Indian, każdy jest tutaj "skądś". Jeśli nie osobiście, to poprzez swoich rodziców czy dziadków. Każdy z dumą mówi o swoim pochodzeniu i z chęcią o tym opowiada. Dobrze jest móc pokazać swoje pochodzenie, jak i dobrze jest posłuchać opowieści przedstawicieli innych narodowości. 

     Nie zrozumcie mnie proszę źle. Nie uważam, żeby samo noszenie koszulek z flagą czy symbolem narodowym świadczyło o czyimś patriotyźmie. Patriotyzm to nie odzież, ale uczucia, działania i zachowania. Nie dostrzegam jednak nic złego w noszeniu takiej odzieży, a nazywanie tego "wiochą" czy "cebulactwem" wciąż pozostaje dla mnie niezrozumiałe.

     A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Nosicie czy nie nosicie? Wiocha czy nie-wiocha?


3/15/2016

Przedwiosenny spacer w Matthiessen State Park

Przedwiosenny spacer w Matthiessen State Park
     Całkiem niedawno, korzystając z niespodziewanie wolnego przedpołudnia w środku tygodnia, a także całkiem przyjemnej, przedwiosennej pogody, postanowiliśmy zrobić małą ucieczkę od miejskiego zgiełku i wybrać się na krótką wędrówkę na łonie natury. Początkowo skłanialiśmy się ku jednemu z naszych ulubionych miejsc w Illinois- Parku Stanowego Starved Rock, ale ostatecznie wybór padł na położony zaledwie kilka mil dalej, a nigdy wcześniej przez nas nie odwiedzony Park Stanowy Matthiessen. 

     Matthiessen State Park położony jest tuż nieopodal miasteczka Olegsby w Illinois- około 1,5-2 godzin jazdy samochodem z Chicago. Utworzony został w pierwszej połowie XX wieku i zajmuje obecnie 784 hektary. Główną atrakcją tego jest zdecydowanie przepiękny leśny kanion zbudowany z piaskowca oraz kilka wodospadów, które podziwiać można zarówno z górnej, jak i dolnej trasy. My bez zawahania ruszyliśmy na malowniczą trasę dnem kanionu, którą zdecydowanie polecam, ale jeśli wybieracie się tam z małymi dziećmi, to rozważcie możliwości ruchowe swoich pociech :) Zaletą parku może być duża koncentracja wartych zobaczenia miejsc na stosunkowo małym obszarze- nam spokojne przejście "Dells Area", czyli tej części na górze poniższej mapki, zajęło około 1,5 godziny. Jeśli więc macie tylko kilka wolnych godzin i myślicie, jak je zagospodarować, to nie wahajcie się ruszyć do Matthiessen Park... jesli mieszkacie w Illinois :) A jeśli macie ochotę na więcej faktów o Matthiessen State Park zajrzyjcie na Wikipedię- co ciekawe, jedynym językiem, poza angielskim, w którym napisany jest artykuł o parku, jest język polski :)

     Podczas naszej wędrówki szczególnie spodobało mi się jednak to, że byliśmy jednymi z niewielu parkowych gości i mogliśmy na spokojnie powłóczyć się po kanionie- czy to kwestia poranka w środku tygodnia, czy specyfiki parku, to trudno mi jednak stwierdzić. Niestety, pomimo tak spokojnego poranka, nie wystarczyło nam szczęścia, by wypatrzyć jakieś ciekawe okazy dzikiej przyrody. Cóż, trzeba będzie tam wrócić :) A teraz już bez zbędnego gadania, zapraszam Was na krótką fotorelację z tej krótkiej wycieczki!

W mapę parku można zaopatrzyć się na parkingu, szlak jest także dość dobrze oznaczony.

Ruszamy z parkingu.


Już w chwilę po wejściu na szlak znajdujemy się na moście z takim pięknym widokiem! A za chwilę będziemy już na dole :)




Małpi gaj na dziko :)

Przepiękny, szmaragdowy kolor wody. Szczecinianie z pewnością skojarzą z "naszym" jeszcze piękniejszym Jeziorem Szmaragdowym w Puszczy Bukowej :)


Wodoodporne buty zdecydowanie będą przydatne!


Niestety, ludzie już tu byli. Nietrudno znaleźć wyryte w skałach symbole miłości- zarówno tej duchowej, jak i fizycznej. Oba szkaradne, jeśli w takim miejscu.




W tle Lake Falls, czyli główny wodospad parku


Matthiessen Lake, z którego spada Lake Falls, co widać na zdjęciu poniżej


Widok ze szczytu Lake Falls na kanion

     I tak minęło nasze ostatnie czwartkowe przedpołudnie. Gdyby nie wieczorne zajęcia w szkole, zapewne nie oparlibyśmy się pokusie i zajrzeli jeszcze do Starved Rock. Ale nic, następnym razem!

    

2/29/2016

O niedzielnym koncercie, pomniku Chopina, zapomnianym języku polskim i kulturze Polonii

O niedzielnym koncercie, pomniku Chopina, zapomnianym języku polskim i kulturze Polonii
     Kilka dni temu, zupełnym przypadkiem, dzięki Facebookowi, trafiłam na informację o bardzo interesującym wydarzeniu w Polonijnym Chicago. Otóż wczoraj, w Muzeum Polskim w Ameryce, odbył się koncert poświęcony celebrowaniu 206. urodzin Fryderyka Chopina. Jak tylko owa informacja dotarła przed moje oczy, niemal natychmiast zaopatrzyłam się w bilety. I tak oto, wczorajsze popołudnie spędziłam na wschłuchiwaniu się w dźwięki muzyki klasycznej, wygrywanej na strunach skrzypiec i altówki. No właśnie, na "wsłuchiwaniu się". Ale zacznijmy od początku.

     Koncert, jak wspomniałam, odbywał się w Muzeum Polskim w Ameryce, w którym nota bene miałam okazję być pierwszy raz (planuję nadrobić zaległości!). Do występu zaproszeni zostali młodzi, choć bardzo utalentowani muzycy: Daniel Kurganov (skrzypce) oraz Aurelien Fort Pederzoli (altówka), którzy zaprezentowali wybrane pozycje nie tylko z dorobku Chopina, ale także Bacha, Mozarta, czy Wieniawskiego. 



   Chłopcy grali rewelacyjnie, urozmaicając swoje występy krótkimi opowieściami o historii prezentowanych utworów. Problem jednak polegał na tym, że nie było mi dane w pełni cieszyć się ich występem... Dlaczego? Niestety, muzeum nie posiada sali koncertowej, więc goście zostali zaproszeni do jednej z muzealnych sal i usadzeni na składanych krzesełkach. Liczyłam się z takim rozwiązaniem organizacyjnym i nie to było bezpośrednim problemem. Problem polegał na tym, że niestety, ale duża część publiczności powinna odbyć obowiązkowe szkolenie z podstaw kultury przed wejściem na koncert.
Czy naprawdę tak trudno jest pojąć, że NIE CHODZI SIĘ PODCZAS KONCERTU?
Że nie chrząka się, nie tupie?
Że nie klaszcze się, gdy tylko choć na moment smyczek oderwie się od struny?
A kwestii ubioru nawet nie chce mi się już rozstrząsać, choć i tu byłoby co, bo niektórzy ewidentnie zapomnieli, że jeansy to nie jest najlepszy ubiór na taką okazję. W każdym razie, każdy niepotrzebny dźwięk dochodzący od strony publiczności, ze względu na specyficzną akustykę sali muzealnej, rozchodził się niemiłosiernie. Skutek był taki, że przez większość koncertu koncentrowałam się, by wszystkie te zbędne dźwięki wyrzucić z mojej percepcji i móc choć trochę skupić się na wygrywanych przez muzyków dźwiękach i melodiach.

     O ile naganne zachowanie części publiczności było największym problemem tego popołudnia, to nie było problemem jedynym. Choć przyznaję, kolejnych kilka pozycji skarg to być może tylko moje subiektywne odczucia. Więc co jeszcze mi się nie podobało? Po pierwsze, o czym delikatnie napomknęłam na samym początku, że koncert był praktycznie niewidoczny w mediach. Gdzieś tam nieśmiało pojawiały się małe wzmianki, ale tak naprawdę komu bym nie mówiła o koncercie, nikt o nim wcześniej nie słyszał. Po drugie, ja rozumiem, że organizatorzy chcieli otworzyć się także na amerykańskie audytorium, ale jednak nie ma się co oszukiwać, że znakomita większość osób zgromadzonych w muzeum była Polakami. Często starszej daty lub bez znajomości języka angielskiego. Dlaczego więc informatory i ulotki były jedynie w języku angielskim? Czy tak trudno było stworzyć dwie wersje językowe? I jeszcze jeden niesmak powiązany z brakiem języka polskiego. Koncert otwierał mężczyzna (nazwiska niestety nie znam), który pierwsze zdanie wypowiedział po polsku, po czym dodał, że jęgo polszczyzna nie jest najlepsza i kontynuował po angielsku. Nie było żadnego tłumaczenia, więc znów muszę wstawić się za osobami, które po angielsku nie mówią. Poza tym, skoro i tak wypowiedział tylko kilka zdań, to czy nie mógł przygotować się wcześniej i nauczyć się ich po polsku? Czy tak nie byłoby ładniej, dostojniej? I w końcu trzeci niedostatek organizacyjny- fatalne nagłośnienie. Nie mówię o nagłośnieniu występu muzyków, ale o mikrofonach udostępnionych osobom przemawiającym w różnych kwestiach- mniej więcej od połowy rzędów krzesełek nie można było nic zrozumieć. Więc w niektórych kwestiach pozostaje jedynie domyślać się, o czym zaproszone osoby mówiły, a szkoda, bo z pewnością mówiły o ciekawych inicjatywach.

     Ale przejdźmy teraz do rzeczy przyjemniejszych, czyli przede wszystkim interesującej inicjatywy, która stoi za całym koncertem. Otóż, kilka lat temu powstał projekt, by w Chicago został utworzony park Chopina, w którym stanąłby piękny pomnik naszego kompozytora i w którym odbywać mogłyby się koncerty muzyki klasycznej. Inicjatywa zdecydowanie godna poparcia, tylko znów- czemu tak słabo nagłośniona?! Za całym projektem stoi Fundacja Chopina w Chicago, która również, w ramach zbierania funduszy, zorganizowała niedzielny koncert. Podczas wczorajszego wydarzenia Pan Voytek Putz, prezes Fundacji, żywiołowo opowiadał o szczegółach pomysłu i zachęcał do wspomagania finansowego. Jeśli macie ochotę, możecie zajrzeć na stronę Fundacji TUTAJ. Czy będzie czepialstwem i monotematycznością, jeśli zapytam, dlaczego na stronie tak bardzo brakuje polskiego? I być może przydałby się jakiś aktualny raport ile pieniędzy już udało się zebrać i ile jeszcze potrzeba? Bo z tego co dowiedziałam się wczoraj, żeby projekt pomnika w ogóle ruszył, potrzeba $100tys., przy czym całość realizacji, to znaczy pomnik i park, ma pochłonąć ponad milion dolarów. Ponoć tylu jest Polaków w Chicago i okolicach, więc jakby tak każdy dorzucił się po dolarze, to problem byłby z głowy :) Tak czy inaczej pomimu kilku niedociągnięć, bardzo wspieram Fundację i mam nadzieję, że projekt jak najszybciej ruszy z realizacją. A oto jak docelowo ma wyglądać Park Chopina w Chicago:



I na koniec proszę- nie zrozumcie mnie źle: pomimo tych wszystkich problemów organizacyjnych, wczorajszy koncert był zdecydowanie bardzo przyjemnym przeżyciem. Cieszę się, że wśród chicagowskiej Polonii powstają tak interesujące inicjatywy i że chęć szerzenia polskiej kultury jest tak żywa nie tylko wśród starszego pokolenia, ale także wśród dzieci i młodzieży. Jeśli tylko w przyszłości udałoby się uniknąć kilku błędów, to byłoby cudownie! I mam nadzieję, że jak najszybciej będzie mi dane posłuchać kompozycji chopinowskich w bardziej sprzyjających warunkach- a Park Chopina byłby do tego idealny! :)

A już na naprawdę samiuteńki koniec- kilka zdjęć z Muzeum Polskiego i wczorajszej uroczystości:




Tort urodzinowy Fryderyka. Muszę przyznać, że był pyszny!
Koncert w muzeum. Zdecydowanie bardzo specyficzny klimat :)
Z muzykami: Danielem Kurganovem i Aurelienem Fort Pederzolim. Panowie okazali się być nie tylko utalentowani, ale także przesympatyczni i bardzo chętni do rozmowy!

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger