1/14/2015

Skok w bok, czyli co robiliśmy w Alabamie?

     Pamiętam, że kiedy pisałam Wam o planach naszej poprzedniej wycieczki na Florydę, ktoś napisał do mnie coś w stylu: "Ale chyba lecicie tam samolotem? Bo taka długa droga autem jest męcząca!". Owszem, zazwyczaj "road trips" bywają nieco męczące i są na pewno czasochłonne, ale to wciąż mój ulubiony sposób podróżowania po USA, który rekomenduję każdemu, kto tylko zapyta. Mój główny argument jest bardzo prosty: trasa potrafi bardzo pozytywnie zaskoczyć i nie tylko lepiej czuje się "klimat" Stanów, ale także można odkryć bardzo ciekawe miejsca, o których wcześniej byśmy nie pomyśleli, by je odwiedzić. Prosty przykład choćby z bloga: jeśli jeszcze pamiętacie naszą wycieczkę do Nowego Jorku sprzed blisko dwóch lat, to wiecie, że odkryliśmy wtedy cudowne miejsce w Pensylwanii- zupełnie przypadkiem! Dzięki temu spędziliśmy uroczy dzień zachwycając się prawdziwą wioską Amiszów oraz pływając łódką w przepięknej jaskini. A dziś chciałabym opowiedzieć Wam o kolejnym takim przypadkowym odkryciu, tym razem z naszej ostatniej wycieczki. 
      Otóż kiedy pokonywaliśmy trasę z Panama City Beach do Nowego Orleanu i przejeżdżaliśmy przez Alabamę, naszym oczom ukazał się ogromny okręt wojenny- USS Alabama. Okazało się, że jest on główną częścią muzeum wojskowego z czasów II wojny światowej i późniejszych (Battleship Memorial Park). Nie jestem fanką wojskowości i techniki, ale w Daniela wstąpił duch najwyższej ekscytacji i już wiedziałam, że wkrótce będzie mi dane zmierzyć się z tą atrakcją:)
       Tak też się stało! Kilka dni później powróciliśmy do Alabamy, by zwiedzić tego pływającego giganta. W całym skansenie spędziliśmy około 3 godzin, z czego 2,5 spacerując po pokładzie okrętu. Jakieś 4 piętra w dół i z osiem w górę. I powiem Wam, choć z trudem to przyznaję, że to było naprawdę ciekawe doświadczenie! Z ogromnym zainteresowaniem zwiedzałam kolejne części USS Alabama odkrywając zakamarki pływającego miasteczka, dosłownie! Podczas gdy górne pokłady związane były typowo ze sztuką wojenną, dolne skrywały nie tylko tak oczywiste rzeczy jak kajuty oficerskie czy kuchnie, ale także siedziby przedstawicieli najróżniejszych profesji: marynarze mieli do dyspozycji lekarzy, dentystów, telegrafistów, księdza, piekarza, rzeźnika, szewca i wielu, wielu innych. Naprawdę, robiło to wrażenie!





marynarskie koje były wszędzie!


Europa '44

sklepik
Fragment listy marynarzy służących na USS Alabama w latach 1942-47. Polskich nazwisk nie brakuje :)










widok z USS Alabama na fragment skansenu i miasto Mobile






     Kiedy już uporaliśmy się z główną atrakcją, przespacerowaliśmy się jeszcze między czołgami, wojskowymi samolotami i weszliśmy do łodzi podwodnej... Oh my, ależ to było klaustrofobiczne przeżycie!





     Zanim jeszcze wyruszyliśmy do Alabamy, a kiedy już wiedziałam, że mój los jest przesądzony i nie wywinę się z wizyty w wojskowym muzeum stwierdziłam, że warto by było znaleźć jeszcze coś ciekawego w "okolicy". Mój wybór padł na Dauphin Island- wyspę położoną na Zatoce Meksykańskiej. Miałam chrapkę na popołudnie na plaży, ale wyszło nieco inaczej- otóż okazało się, że na wyspie mieści się Fort Gaines, który pochodzi z początków XIX wieku i był jednym z miejsc walk o Zatokę Meksykańską. Przeurocze miejsce, naprawdę. Jeśli ktoś z Was by się tam wybierał, to polecam zaplanować cały dzień- my mieliśmy tylko kilka godzin, a z Dauphin Island można przepłynąć się promem jeszcze do innych fortów, np. Fort Morgan.

Droga na Dauphin Island... Prawie jak na Key West :D






Historia historią, ale platformy wiertnicze też są;)







     Wychodząc z Fort Gaines wdaliśmy się w krótką rozmowę z panią tam pracującą. Była tak miła, że poprosiliśmy ją o rekomendację jakiejś fajnej knajpki na wyspie, gdzie można smacznie zjeść. No i pojechaliśmy do  "Pirate's Pleasure". Na początku byliśmy lekko zdezorientowani, ponieważ restauracja... świeciła pustkami! Zaryzykowaliśmy jednak i było warto! Jedzenie było bardzo świeże i przepyszne, a klimatem wystroju wnętrza cofnęliśmy się do polskich nadmorskich stołówek :)



widok z restauracji na Zatokę o zachodzie słońca :)


    Dzień spędzony w Alabamie uważam za bardzo udany. I zaliczam go do kolejnych przykładów na poparcie mojej tezy, że podróżowanie autem jest super :)



7 komentarzy:

  1. A samolotu A-12 (protoplasty SR-71) nie sfotografowaliście czy go tam już nie ma?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wciąż jest :) ale nie przykładałam dużej uwagi do samolotów, byłam zbyt zmęczona USS, poza tym... kompletnie się na tym nie znam! ;)

      (musiałam sprawdzić w google jak wygląda A-12 i dopiero zajrzeć do moich zdjęć ;P)

      Usuń
  2. Super trip :) Ja uwielbiam latać samolotem, ale przekonuje mnie, że po USA po prostu warto pojeździć autem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Sporo ciekawostek. Zgadzam się z Tobą jeśli chodzi o podróżowanie autem, to coś czego zawsze mi brakuje kiedy lecę samolotem. Czuje się trochę obdarta z przygody. Wygodnie owszem, ale auto daje tyle możliwości.
    A jeśli chodzi o knajpkę też natknęliśmy się na taki wystrój na Elbie i lekko się zdziwiliśmy, za to pizza była tam najlepsza jaką w życiu jadłam. Pozory często mylą jak widać:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspaniała wycieczka :) Sam chętnie bym wziął w takiej udział. Fajnie, że można zwiedzić statki "od góry do dołu" i zobaczyć to wszystko co widzieliśmy do tej pory na filmach :)

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. super wycieczka jak na planie jakiegos wojennego filmu...i tyle nazwisko brzmiących znajomo... :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetna wycieczka i zdjęcia z niej super! Szkoda, że tam nie mieszkam, też bym chciała bywać w takich miejscach! :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger