5/11/2012

Koniec języka za przewodnika

Koniec języka za przewodnika
   Plan na dzisiejsze popołudnie wydawał się prosty- dostać się z punktu A (mieszczącego się w miasteczku Des Plaines) do punktu B (w Chicago). Przed wyjściem poradziłam się wujka google co do najlepszej trasy, nawet rozrysowałam sobie mały schemat, który można podziwiać na fotografii obok. Ale jak przyszło co do czego, kolejne problemy pojawiały się jak grzyby po deszczu! Dziś więc o tym, jakie trudności może napotkać ktoś, kto w poruszaniu się po amerykańskich miastach drogą komunikacji miejskiej do końca "obcykany" nie jest....
   Etap pierwszy przewidywał dojście z punktu A do stacji metra, co miało zająć około 20-25 minut. Droga upłynęła mi dosyć przyjemnie głównie dlatego, że pogoda dziś była wyjątkowo piękna. Stojąc na światłach miałam też okazję zbratać się z amerykańską młodzieżą, która to nie mogła powstrzymać się od pokazania mi na telefonie komórkowym zrobionych parę chwil wcześniej zdjęć przy pobliskiej fontannie...
   Problem zaczął się dopiero, kiedy po 20 minutach marszu po drugiej stronie ulicy zobaczyłam coś, co wyglądało na pętlę autobusową oraz kawałek dalej coś, co wyglądało na stację metra. Jaki więc problem? Ano taki, że od mojego celu dzieliła mnie sześciopasmowa, wyjątkowo ruchliwa ulica, na której nie zostało przewidziane przejście dla pieszych! Na domiar złego, zaraz obok był posterunek policji, więc kompletnie zabrakło mi odwagi do przechodzenia "na dziko"... Postałam tak sobie więc chwilę zastanawiając się, co by tu zrobić, żeby ani nie narazić się policji, ani nie zaryzykować życia, a jednak na drugiej stronie ulicy się znaleźć. I jak tak sobie stałam i myślałam, obok przechodził jakiś młody chłopak. Zapytałam go, czy po drugiej stronie aby na pewno jest stacja metra w kierunku Chicago i czy wie, gdzie tu jest jakieś przejście dla pieszych. O ile pierwsze pytanie nie wywarło na nim wrażenia, o tyle drugie spowodowało dość znaczne poszerzenie jego gałek ocznych. "Możesz przejść, gdzie chcesz"- powiedział, jakby to było zupełnie oczywiste. Szczęśliwie od razu wyczuł moją dezorientację i wspaniałomyślnie zaproponował, że przeprowadzi mnie na drugą stronę. "Nie ma za to mandatów?"- spytałam. W odpowiedzi usłyszałam tylko śmiech. Czyli nie ma. Zdecydowanie muszę odłożyć na bok moje polskie przyzwyczajenia, bo inaczej długo tu nie pożyję....
   Znalazłam się na stacji metra. I znów problem- czy aby na pewno mój bilet tygodniowy CTA jest ważny także na metro? Miły pan z obsługi powiedział, że tak. Przeszłam przez bramki i znalazłam się na peronie. Problem kolejny- w którą stronę mam jechać, żeby dojechać tam, gdzie chcę? Tym razem pomogła mi uprzejma Pani.
   Ok, pociąg przyjechał, 4 przystanki i byłam na miejscu. No, prawie na miejscu, bo jeszcze przeprawa autobusem. Ze stacji metra były dwa wyjścia: jedno kierowało na południe, drugie na północ. Zgłupiałam, bo to ulica Montrose, która biegnie ze wschodu na zachód. No więc skąd ta północ i południe?! Na szczęście była tam kolejna miła pani, która wskazała mi odpowiedni przystanek.
   I tak oto, po całym szeregu wątpliwości i problemów oraz gronie przypadkowo spotkanych, miłych ludzi, bezpiecznie dotarłam do punktu B.

   Pomimo tych wszystkich trudności uznałam, że chyba czas najwyższy zacząć więcej poruszać się po mieście komunikacją miejską. Wsiąść sobie w autobus czy metro, pojechać gdziekolwiek, pochodzić, pozwiedzać, zgubić się, wrócić. To chyba najlepsza metoda na poznanie miasta... A przy okazji może trafi się jakiś temat na kolejnego posta?:)

schemat linii metra

5/07/2012

Wstyd mi

     Pisałam ostatnio, że mam aktualnie okres wzmożonego korzystania z komunikacji miejskiej. Wiąże się to siłą rzeczy ze wzmożonymi kontaktami ze społeczeństwem oraz tymi jego elementami, z którymi kontaktów wcale mieć nie chcę.
    Czekałam dziś po południu na autobus, ale że długo nie przyjeżdżał, a odległości między przystankami są tutaj bardzo krótkie, postanowiłam się trochę przejść. Na którymś kolejnym przystanku stał pijany, zataczający się mężczyzna, a że nie lubię pijanych ludzi, postanowiłam jak najszybciej go minąć. Ów osobnik okazał się być Polakiem. "Ty na pewno mówisz po polsku!"- wykrzyknął wskazując na mnie palcem' "weź zadzwoń na taksówkę..."- minęłam go szybkim krokiem udając, że jednak nie mówię po polsku, zanim zdążył dokończyć zdanie. Co nie znaczy, że nie zaczął kolejnego- usłyszałam za sobą całą wiązankę obelg i na mnie, i na otaczający świat. Zdążyłam przejść jeszcze kilka przystanków, zanim nadjechał autobus. Był w nim też ten człowiek- na chwiejących się nogach, drżącymi dłońmi próbował włożyć bilet do kasownika. Kiedy w końcu mu się udało, zajął jedno z wolnych miejsc w środkowej części autobusu, zahaczając po drodze chyba o wszystkich pasażerów. Oczywiście miał bardzo wiele do powiedzenia. Powyzywał rząd, ustrój, a także ludzi w autobusie. Mam nadzieję, że żaden ze współpasażerów nie rozumiał po polsku, bo mężczyzna nie mówił ani nic mądrego, ani tym bardziej kulturalnie.
      Dlaczego o tym piszę? Przecież takie sytuacje zdarzają się także w Polsce i raczej dla nikogo nie są niczym nowym! Piszę o tym dlatego, że tak jak mieszkam tu już tych kilka miesięcy, tak jeszcze nigdy nie widziałam zachowującego się w tak obrzydliwy i ordynarny sposób kogoś, kto nie byłby Polakiem. Nie mówię, że rodowici Amerykanie, Meksykanie, Afroamerykanie, Azjaci czy jacykolwiek inni nie upijają się w tak żałosny sposób, mówię tylko, że nigdy ich w takim stanie nie widziałam na ulicy, a Polaków już jednak trochę było. I wcale nie mieszkam w polskiej dzielnicy.
     W takich chwilach bardzo mi wstyd za naszych rodaków. Kiedy mężczyzna wysiadł z autobusu, autentycznie miałam ochotę przeprosić wszystkich pasażerów za to, że byli świadkami tak żenującej sceny. Oburzamy się, że stereotypy o Polakach są jakie są. Niestety, stereotypy dotyczące społeczeństw czy narodów choć często są krzywdzące dla jednostek, to nie biorą się jednak znikąd...

5/03/2012

Autobusowe i około-autobusowe opowieści

    O tym, jak funkcjonuje komunikacja autobusowa w Chicago pisałam już kilkakrotnie (tutaj i tutaj), więc nie będę się powtarzać. Jednak jako że ostatnimi czasy znów przyszło mi korzystać z tego przybytku, miałam okazję być świadkiem kilku sytuacji związanych bardziej lub mniej ściśle z transportem miejskim, a także obrazujących nieco mentalność Chicagowian.

Sytuacja 1.

   Piątek, godzina 8-9 rano. Wsiadam do autobusu  nieudolnie starając się powstrzymać ziewanie, a tu wita mnie szeroki uśmiech kierowcy oraz radosny okrzyk: "Good morning! Have a happy Friday!". I jak tu nie kochać Amerykanów? :)

Sytuacja 2.

    Ano można. Tłok w autobusie. Na jednym z siedzeń siedzi staruszka, przy siedzeniu obok tak postawiła swój balkonik, że skutecznie zablokowała możliwość skorzystania z krzesełka. Pech chciał, że stałam akurat obok niej. Jędza zaczęła wymachiwać nogami w ten sposób, że lekko mnie kopała. Użyłam najbardziej pogardliwego ze swoich spojrzeń i odsunęłam się nieco, ale stwierdziłam, że nie będę wdawać się w dyskusję. Po chwili zwolniło się miejsce w dalszej części autobusu i poszłam usiąść. Z dwa przystanki dalej moim miejscu stanął młody czarnoskóry chłopak. Nie postał tam jednak długo, bo jędza bezczelnie go odepchnęła i kazała się przesunąć!


Sytuacja 3.

   Zauważyłam, że dobre 90% kierowców autobusów to Afroamerykanie. I dobre 40% to kobiety. Jednak, jak dobrze wiemy, charakter człowieka niewiele ma wspólnego z płcią, a jeszcze mniej z rasą. Także wśród kierowców autobusów trafiają się różni ludzie.
   Pewnego razu jechałam autobusem kierowanym przez czarnoskórego mężczyznę. Tłok w autobusie nieziemski (jak na tutejsze warunki). Kierowca najwyraźniej nie w humorze, co chwila pokrzykuje tylko do pasażerów: "Hold on! Hold on!". Ruszamy z kolejnego przystanku, a tu przed autobus wybiega mężczyzna obładowany torbami z zakupami i robiąc minę kota ze "Shreka" prosi o zatrzymanie się i zabranie go. Kierowca robi niechętną minę, ale zatrzymuje autobus. Mężczyzna wsiada, ale rąk mu brakuje na złapanie się czegokolwiek, co nie byłoby torbą z zakupami.Kierowca wywraca oczami i krzyczy "Hold on! Hold on!". Mężczyzna chyba nie mówił po angielsku (może nawet był Polakiem), bo mam wrażenie, że nie wiedział kompletnie, o co kierowcy chodzi. W końcu udało mu się usiąść, i dopiero wtedy autobus ruszył. W kraju, gdzie pozwać można za wszystko, wydaje się to dosyć sensowne.

Sytuacja 4. 

   Niektórzy ludzie oczywiście mieliby swoją teorię na wytłumaczenie zachowania kierowcy.
   Stoję sobie któregoś dnia na przystanku na Jackowie i czekam na spóźniający się już sporo autobus do domu. Poza mną na przystanku stoją dwie kobiety- na oko 70 i 45 lat. Polki. Rozmawiają między sobą, a ja nie przyznaję się, że również mówię po polsku. Fragment rozmowy:
70: Się już tyle spóźnia, ale żeby kogoś zabrać po drodze, to się nie zatrzyma!
45: A żeby pani wiedziała!
70: Bo ci czarni to tylko swoich biorą, a jak widzą że Polak biegnie to się nawet nie zatrzymają!
45: Prawda! Ile razy ja biegłam, prosiłam żeby się zatrzymał, to nigdy! Bo oni tak złośliwie, że biała, że Polka, to się nie zatrzymają! Na złość robią. Oni tylko swoich zabierają.
(btw- cały czas nie mogę dojść do tego, jak rozpoznać po biegnącym człowieku, że to Polak...)
Podjeżdża autobus, kierowany przez Afroamerykanina.
70: O, przyjechał w końcu małpiszon!

Bez komentarza.



   Swoją drogą byłabym bardzo wdzięczna, gdyby ktoś wytłumaczył mi jedną kwestię: przez większość życia na czarnoskórych ludzi mówiłam "Murzyni" będąc przekonana, że jest to określenie o neutralnym wydźwięku. Aż tu nagle ktoś kiedyś uświadomił mnie, że jest to określenie pejoratywne i trzeba mówić "Afroamerykanie". Ale czemu? Czy w takim razie na nas powinno mówić się "Euroamerykanie"? Kwestie pseudorasizmu są dla mnie kompletnie niezrozumiałe...

4/24/2012

Amerykańskie akcenty

Amerykańskie akcenty
   Odkąd piszę bloga, bardzo często noszę przy sobie aparat fotograficzny, żeby nic mi nie umknęło. Ostatnio uzbierało mi się kilka zdjęć przedstawiających małe urywki z życia w USA, które nie wymagają osobnych postów, więc postanowiłam stworzyć takiego małego, zbiorczego posta :) Część z tych fotografii robiona jest z samochodu, więc proszę o wyrozumiałość.

    W USA praktycznie nie istnieją kioski z prasą, do których przyzwyczajeni jesteśmy w Polsce. Różne magazyny można nabyć w sklepach spożywczo-przemysłowych, na stacjach benzynowych itp., natomiast jeśli chodzi o dzienniki, to popularne są automaty jak te widoczne na zdjęciu. Niektóre z dzienników amerykańskich są bezpłatne, za inne trzeba zapłacić. Tutaj akurat widoczne są tylko 3 automaty, ale czasem można spotkać szereg nawet kilkunastu!

   

 
  Jeśli oglądacie amerykańskie filmy, szczególnie te o studentach, to z pewnością znacie ten widok! ;D Czerwone plastikowe kubeczki są obecne na praktycznie każdej imprezie.

   Jak tanio dzwonić do Polski czy innych krajów europejskich? Kupić specjalną kartę za $5, która wystarcza na ok. 2-3 godziny rozmowy. Wybór kart jest ogromny! Na zdjęciu akurat Talk Europe.
   Nie jestem pewna, czy tego typu karty są w każdym stanie, ale na pewno są także na Florydzie- tyle że o mniejszej wartości (jeżeli dobrze pamiętam, to za $2).



  Straż Pożarna. Tutaj akurat w miasteczku Prospect Heights, ale po Chicago jeżdżą praktycznie identyczne wozy.
   Ciekawostka a propos pojazdów uprzywilejowanych- jeżeli jedziemy samochodem, a widzimy zbliżającą się karetkę, wóz strażacki czy policyjny na sygnale, należy zjechać na prawy pas/ pobocze i zatrzymać się, aż taki pojazd nas nie minie. Obowiązuje to nawet wtedy, jeśli jest pusto na drodze i pojazd uprzywilejowany mógłby bez problemu przejechać!



   I na koniec obrazek z Kwejka, idealnie obrazujący ogrom absurdu w USA.... Stany są jednym z nielicznych, o ile nie jedynym krajem, w którym zabroniona jest sprzedaż Kinder Niespodzianek!

4/21/2012

Miły widok z samochodu

Miły widok z samochodu
   Bernikle kanadyjskie są w Chicago niemal tak powszechne, jak w Polsce gołębie, jednak parę spacerującą z młodymi miałam okazję zobaczyć pierwszy raz! Szkoda, że tylko przez moment i z okna samochodu w drodze do sklepu...


4/17/2012

Bielik amerykański (Bald Eagle)

Bielik amerykański (Bald Eagle)
źródło: Wikipedia
   Wielka radość nastała dla powiatu Cook! W Palos Hills Forest Preserve para bielików amerykańskich postanowiła założyć gniazdo. Czemu jest to takie radosne wydarzenie? Ano z wielu powodów.
 
   Pierwszym powodem, chyba najważniejszym z punktu widzenia ekologii, jest fakt, że jeszcze pod koniec XX wieku bieliki amerykańskie były na granicy wymarcia (poza rejonem Alaski i Kanady). Dziś wprawdzie jego populacja utrzymuje się już na stabilnym poziomie, jednak każde kolejne gniazdo nadal bardzo cieszy. Gniazdo w Palos Hills Forest Preserve jest pierwszym gniazdem bielików zaobserwowanym w tym rejonie od ponad 100 lat!

źródło: Wikipedia
 


Po drugie, bielik amerykański jest bardzo ważnym ptakiem dla Amerykanów. Do tego stopnia ważnym, że pojawia się na większości oficjalnych pieczęci, rewersie kilku monet oraz, przede wszystkim, na godle państwowym.
Jednak nie tylko współcześni mieszkańcy Ameryki docenili bielika- był on świętym ptakiem dla wielu ludów tubylczych oraz odgrywał dużą rolę w religii i obrzędach Indian.

   

Zarząd rezerwatu tak podekscytował się tym wydarzeniem, że aby zapewnić spokój przyszłym rodzicom, postanowił ograniczyć ruch w okolicy gniazda. Za złamanie zakazu grozi kara roku pozbawienia wolności lub $100,000 grzywny.

źródło: www.triblocal.com

4/14/2012

Reptile Fest 2012

Reptile Fest 2012
   Czekałam na to wydarzenie kilka miesięcy i muszę przyznać, że się nie zawiodłam. Mowa o Reptile Fest- Giełdzie Terrarystycznej, na którą wybrałam się ze względu na swoje zamiłowanie do gadów i posiadanie Sydneya (agamy brodatej). Zwierząt było całe mnóstwo: najróżniejsze gatunki węży, jaszczurek, żółwi, pojawiły się także aligatory. Niektórzy na wystawę przychodzili ze swoimi milusińskimi.Bardzo fajnie było przechadzać się między terrariami napotykając się co chwilę na człowieka z wężem owiniętym wokół szyi czy z jaszczurką na ramieniu. Osiągnęłam także swój bardziej praktyczny cel- zdobyłam kilka kontaktów do weterynarzy specjalizujących się w zwierzętach egzotycznych oraz do osób zajmujących się budową terrariów. Życie Sydneya będzie więc niebawem jeszcze lepsze :)
   Na giełdzie nie można było nabyć zwierząt, ale można było zaopatrzyć się w różne terrarystyczne akcesoria po okazyjnych cenach czy jedzenie dla podopiecznych. Dla żądnych bardziej komercyjnych wrażeń przewidziano także kilka stosik z pamiątkami, ubraniami czy zabawkami. Można też było wziąć udział w różnych konkursach, pogłaskać gadziny czy zrobić sobie zdjęcie z wielgachnym pytonem. Giełda niosła też wiele wartości edukacyjnych, szczególnie dla dzieciaków, które bardzo licznie przybyły na wystawę. Sami wystawcy bardzo chętnie odpowiadali na pytania i udzielali informacji i wskazówek.
   Niestety, nie wszystko było idealne. Nawet kompletny laik zauważyłby, że niektóre zwierzaki są zaniedbane lub trzymane w niewłaściwych warunkach. Szkoda, bo gady to naprawdę kochane stworzenia. Szczególnie negatywne wrażenie odniosłam przy jednym ze stoisk z legwanami- było ich bardzo dużo, trzymane były w terrariach bez rozróżnienia na wielkość, a wyjmowane były bardzo gwałtownie i w sposób, moim zdaniem, grożący skrzywdzeniem zwierzaka. No cóż, pozostaje mieć tylko nadzieję, że na co dzień są lepiej traktowane...
   Tak czy inaczej uważam, że giełda została zorganizowana całkiem dobrze i z całą pewnością warto ją odwiedzić.






Żaby i ropuchy to wprawdzie płazy, ale i one zagościły na Reptile Fest :)














Przemiła pani z przepięknym kameleonem. Ucięliśmy sobie z nią małą pogawędkę na temat agam i kameleonów :)



O rozmiarze tego kameleona niech świadczy informacja, że na rękach trzymało go dziecko...


Z takim oto dobytkiem wyszłam z giełdy. Część wygrana, część otrzymana w ramach reklamy. Część kosztów wstępu na pewno się zwróciła :D


A propos kosztów: cena biletu dla dorosłej osoby to $10 (z kuponem zniżkowym wydrukowanym ze strony organizatora-$9) + parking $9.
Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger