3/24/2017

Mój pierwszy dzień na emigracji

     Kiedy myślę o moim pierwszym dniu na emigracji, to tak naprawdę myślę o dwóch dniach na przestrzeni kilku lat. Jeden to mój pierwszy dzień na amerykańskiej ziemi, a drugi to pierwszy dzień rzeczywistej emigracji. Opowiem Wam dziś trochę o moich wspomnieniach z tamtych czasów, a na dokładkę pokażę kilka zdjęć z mojego "pierwszego razu" z Ameryką, kiedy byłam 8 lat młodsza i dobrych kilka kilo mniejsza.

Wyspa Muzeów, w tle panorama Chicago i Shedd Aquarium

     Pierwszy z dni mojej emigracji to gorący dzień z początku lipca 2009 roku. To wtedy nie tylko po raz pierwszy w życiu leciałam samolotem, ale także po raz pierwszy przyleciałam do Stanów Zjednoczonych. Do Wietrznego Miasta- Chicago. Moja wiedza o Chicago była w tamtym czasie bardzo znikoma- miasto kojarzyło mi się z szarością, brudnymi ulicami i dużą Polonią. Leciałam tu absolutnie bez żadnych oczekiwań co do kraju, jedynie na wakacje do mojego ówczesnego chłopaka (obecnie męża), który wyemigrował tu kilka miesięcy wcześniej. 
     Kiedy myślę o tamtym dniu, na myśl przychodzą mi trzy momenty. Po pierwsze- rozmowa z urzędnikiem emigracyjnym na lotnisku. Pamiętam, że miałam przeczucie, że jest on Polakiem, ale mimo wszystko rozmawialiśmy po angielsku. Ok, muszę doprecyzować: "rozmawialiśmy" to powiedzenie bardzo na wyrost, gdyż w tamtym czasie mój angielski był bardzo, hmm, umowny. Nasza rozmowa była więc częściowo po angielsku, częściowo po francusku, a częściowo na migi. Kiedy teraz o tym myślę, nie mogę powstrzymać uśmiechu. I od razu na myśl przychodzi mi inna sytuacja, z któregoś z moich kolejnych lądowań w Chicago. W kolejce przede mną stał mężczyzna w średnim wieku i mniej więcej słyszałam jego rozmowę z urzędnikiem. Pamiętam, że ów mężczyzna został zapytany po angielsku o to, do kogo przyleciał. Pytanie zrozumiał, ale najwyraźniej nie wiedział jak na nie odpowiedzieć po angielsku, więc bardzo wyraźnie i głośno odpowiedział po polsku: "Do zięcia. ZIĘĆ. Mąż córki- ZIĘĆ". O tak, teraz na pewno urzędnik zrozumiał ;)

Downtown

      Drugie wspomnienie z tamtego dnia to moment kiedy wyszłam z lotniska i pierwsze co mnie uderzyło to fala gorąca. Lata w Chicago potrafią być niesamowicie upalne i duszne i tamten dzień taki właśnie był. Dla mnie rewelacja.
     I w końcu ostatnie wspomnienie z tamtego dnia, o którym już kiedyś tu wspominałam. Jechaliśmy z Danielem do polonijnego biura podróży Rek Travel, żeby dowiedzieć się o ich ofertę wycieczkową. I kiedy staliśmy na światłach, naszą drogę przeciął starszy mężczyzna na rowerze, który tuż przed naszym autem zatrzymał się, by odharknąć i splunąć na ziemię. Nie był to widok pasujący do wyobrażenia o wielkiej, potężnej Ameryce.

Wyspa Muzeów, tuż przy Adler Planetarium

     Mimo że nie był to technicznie mój pierwszy dzień emigracji, to chyba jednak on wykuł się najbardziej w mojej pamięci. To wtedy zaczęło się moje poznawanie kraju, w którym kilka lat później przyszło mi zamieszkać. To własnie wtedy, latem 2009 roku, po raz pierwszy przyszło mi skonfrontować moje mgliste wyobrażenia o Ameryce z rzeczywistością. 

     Z mojego prawdziwego pierwszego dnia na emigracji niewiele pamiętam, chyba byłam w zbyt dużym szoku, że to "już-TEN-dzień". Najmocniejsze wspomnienie- znów to uderzenie gorąca, kiedy wyszłam z lotniska. Wprawdzie był to koniec sierpnia, ale letnia aura wciąż pozostawała bardzo silna. Pamiętam też, że byłam wtedy całkowicie rozdarta emocjonalnie. O ile przy wsześniejszych pobytach w Chicago cieszyłam się z tego, że mogę poznawać nowy kraj czy spędzać czas z Danielem, o tyle mojego pierwszego dnia prawdziwej emigracji poczułam się w emocjonalnym rozkroku. Od tamtego dnia przez kilka kolejnych miesięcy biłam się z myślami czy powinnam zostać w USA, czy może wrócić do Polski, do mojej rodziny, przyjaciół i dotychczasowego życia. Stany Zjednoczone nigdy w pełni nie były krajem mojego wyboru, raczej wyborem losu, z którym ja zdecydowałam się żyć. 

Plaża przy Montrose. Super miejsce na letni spacer.

    Pomimo moich początkowych rozterek, które pomimo kolejnych lat emigracji wciąż się pojawiają, nie żałuję decyzji o przeprowadzce do USA. Miałam cały ocean trudnych chwil, wątpliwości i załamań, ale mimo wszystko bardziej pamiętam te dobre momenty- przede wszystkim podróże i spotkanych na mojej drodze ludzi, ale także pierwsze kontakty z amerykańską kulturą, kuchnią i rzeczywistością, które często przyprawiały mnie o zdziwienie i uśmiech. A czy za kolejnych pięć lat będę pisała ze Stanów, Polski, czy jeszcze innego zakątka? Czas pokaże.

     Emigranci, a jak Wy wspominacie swoje pierwsze dni w nowym kraju?

--- Dzisiejszy post powstał w ramach wiosennego projketu Klubu Polki na Obczyźnie. Wrażenia innych klubowiczek z ich pierwszych dni na emigracji możecie przeczytać TUTAJ. ---



17 komentarzy:

  1. Jak przeczytalam tekst o mezczyznie ktory sie odharknal to parsknelam smiechem :-D

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziekuje bardzo za tego posta ! A juz myslalam, ze to ja jestem jakas dziwna i niedostosowana. Jak wylatywalam z Polski do Kanady, cala podroz ryczalam. Pierwsze tygodnie w Kanadzie w sumie tez. Jakbym byla na zeslaniu, a nie rozpoczynala nowe zycie. Nigdy nawet nie myslalam, zeby tu mieszkac, nigdy nie bylo to moim marzeniem. Ciesze sie ze inni maja podobne odczucia i tez chwile zwatpienia. Jak czytam inne blogi, to mam wrazenie ze autorzy pisza o zupelnie innym kontynencie, jakby cale ich zycie tutaj bylo jedna wielka bajka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Jakbym byla na zeslaniu, a nie rozpoczynala nowe zycie"- Dziewczyno, jakbyś pisała o mnie! Jak widać nie wszystkie emigracje zaczynają się kolorowo...

      Usuń
  3. Jako zeslanie nie odczuwalam, do tego przyczynilo sie przede wszystkim, ze nie bylam sama, mialam przy sobie cala rodzine. Po raz pierwszy poczulam si esam i troche "zeslana", gdy zaczelam nauke w Hesji, czyli sama, sama mieszkalam w pokoju, obok mnie w innych pokojach inni, obcy ludzie, rano sama przez miasto do szkoly, i pomimo, ze miasto bylo piekne, jak to w Adwencie, tesknilam za moim szaro- burym miastem rodzinnym jeszcze jakis czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Samotność zdecydowanie nie ułatwia emigracji... I doskonale rozumiem, co masz na myśli w ostatnim zdaniu, też to przechodziłam!

      Usuń
  4. Świat jest mały :) Pozwoliłam sobie odnaleźć Ciebie na FB i okazało się ze mamy wspólnych znajomych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, świat jest bardzo mały! Sama już niejednokrotnie się o tym przekonałam ;) Jak chcesz to odezwij się prywatnie, ciekawa jestem których :)

      Usuń
    2. Napisalam na FB:)

      Usuń
  5. No to ja jestem ta dziwna:)) Nie plakalam ani minuty przez cale 32 lata i dokladnie dzis 6 miesiecy.
    Bylam od poczatku cala w skowronkach, w koncu przyjechalam tu do meza, a wiec nie moglo byc inaczej... yyy?? ze malzenstwo pozniej nie przetrwalo???
    Aaaa to juz zupelnie inna sprawa, ktora nie ma zadnego wplywu na emigracje. Nie pamietam pierwszego dnia, wiem tylko, ze bylam bardzo szczesliwa i na pewno ciagle zaliczam ten dzien do jednych z najszczesliwszych w moim zyciu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę takiego podejścia! Uważam, że przez to moje bycie w rozkroku dużo straciłam, szczególnie na samym początku emigracji. I wcale nie uważam, że jesteś ta dziwna :D Mam wrażenie, że jednak większość osób emigrujących ma pozytywne nastawienie :)

      Usuń
    2. Nie mysle, ze cos stracilas, po prostu stanie w rozkroku jest bardzo ciezkie. Moje nastawienie wypracowalam sobie jeszcze przed wyjazdem. W sumie przeznaczylam 9 ostatnich miesiecy zycia w Polsce na odwiedzanie waznych dla mnie miast i miejsc. I to wlasnie wtedy skrapialam te miejsca lzami, bo tak naprawde to nie mialam pojecia czy bede kiedys jeszcze mogla przyleciec do Polski chocby turystycznie. Moja/nasza emigracja byla polityczna i wylecielismy na paszporcie z prawem "jednokrotnego przekroczenia granicy PRL". To byly inne czasy dlatego tez musialam miec te decyzje dokladnie przepracowana. Nie powiem, ze bylo to latwe, zwlaszcza zostawienie rodzicow, rodzenstwa, ale nie mialam innego wyjscia. Dlatego tez swiadomie wrecz nie pozwalalam sobie na zaden rozkrok. Pamietam jak w pierwszym liscie do rodzicow napisalam "u nas" w odniesieniu do Ameryki. Moja mama byla oburzona, tylko tato rozumial.

      Usuń
  6. Nie bardzo mogę wypowiedzieć się w temacie, ale post mi się podobał, a wiem, że komentarze są ważną sprawą dla blogerów, tak więc... Pozdrawiam, bo post mi się podobał xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że post się podobał na tyle, żeby skomentować :)

      Usuń
  7. Ja jak przyjechalam, bardzo sie cieszylam, ze ponura Polske zostawilam za soba chociaz ogolnie zycie mialam tam dobre. Po raz pierwszy wpadlam do PL po 6 latach i bylam ciekawa, czy jakos zatesknie czy co, ale znow uderzylo mnie ludzkie znerwicowanie I ponuractwo. Teraz jest troche lepiej, ale juz sie w PL nie umiem odnalezc. Czego mi brakowalo w USA to dobrych ciast i slodyczy na poczatku, bo w moich okolicach wybory ograniczone a ja sama nie gotuje/pieke. Jak czasem jade do PL to robie odstepstwo od diety i lubie kupic sobie tort bezowy. A w ogole jak przylecialam to prosto na Thanksgiving, wiec zawsze bedzie mi sie to swieto zlewac z przyjazdem i bardzo cieplym listopadem (jestem na Poludniu). :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, to zupełnie inaczej niż u mnie! Ja wciąż super odnajduję się w Polsce, mimo że faktycznie zauważam więcej jej wad, z których kiedyś nie zdawałam sobie sprawy. A thanksgiving to moje absolutnie ulubione amerykańskie święto :)

      Usuń
  8. Początki zawsze są najtrudniejsze. Coś o tym wiem bo parę lat temu przeprowadziłam się zagranicę i na początku nie wiedziałam czy dobrze zrobiłam ale teraz nie żałuję tej decyzji :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger