2/29/2016

O niedzielnym koncercie, pomniku Chopina, zapomnianym języku polskim i kulturze Polonii

O niedzielnym koncercie, pomniku Chopina, zapomnianym języku polskim i kulturze Polonii
     Kilka dni temu, zupełnym przypadkiem, dzięki Facebookowi, trafiłam na informację o bardzo interesującym wydarzeniu w Polonijnym Chicago. Otóż wczoraj, w Muzeum Polskim w Ameryce, odbył się koncert poświęcony celebrowaniu 206. urodzin Fryderyka Chopina. Jak tylko owa informacja dotarła przed moje oczy, niemal natychmiast zaopatrzyłam się w bilety. I tak oto, wczorajsze popołudnie spędziłam na wschłuchiwaniu się w dźwięki muzyki klasycznej, wygrywanej na strunach skrzypiec i altówki. No właśnie, na "wsłuchiwaniu się". Ale zacznijmy od początku.

     Koncert, jak wspomniałam, odbywał się w Muzeum Polskim w Ameryce, w którym nota bene miałam okazję być pierwszy raz (planuję nadrobić zaległości!). Do występu zaproszeni zostali młodzi, choć bardzo utalentowani muzycy: Daniel Kurganov (skrzypce) oraz Aurelien Fort Pederzoli (altówka), którzy zaprezentowali wybrane pozycje nie tylko z dorobku Chopina, ale także Bacha, Mozarta, czy Wieniawskiego. 



   Chłopcy grali rewelacyjnie, urozmaicając swoje występy krótkimi opowieściami o historii prezentowanych utworów. Problem jednak polegał na tym, że nie było mi dane w pełni cieszyć się ich występem... Dlaczego? Niestety, muzeum nie posiada sali koncertowej, więc goście zostali zaproszeni do jednej z muzealnych sal i usadzeni na składanych krzesełkach. Liczyłam się z takim rozwiązaniem organizacyjnym i nie to było bezpośrednim problemem. Problem polegał na tym, że niestety, ale duża część publiczności powinna odbyć obowiązkowe szkolenie z podstaw kultury przed wejściem na koncert.
Czy naprawdę tak trudno jest pojąć, że NIE CHODZI SIĘ PODCZAS KONCERTU?
Że nie chrząka się, nie tupie?
Że nie klaszcze się, gdy tylko choć na moment smyczek oderwie się od struny?
A kwestii ubioru nawet nie chce mi się już rozstrząsać, choć i tu byłoby co, bo niektórzy ewidentnie zapomnieli, że jeansy to nie jest najlepszy ubiór na taką okazję. W każdym razie, każdy niepotrzebny dźwięk dochodzący od strony publiczności, ze względu na specyficzną akustykę sali muzealnej, rozchodził się niemiłosiernie. Skutek był taki, że przez większość koncertu koncentrowałam się, by wszystkie te zbędne dźwięki wyrzucić z mojej percepcji i móc choć trochę skupić się na wygrywanych przez muzyków dźwiękach i melodiach.

     O ile naganne zachowanie części publiczności było największym problemem tego popołudnia, to nie było problemem jedynym. Choć przyznaję, kolejnych kilka pozycji skarg to być może tylko moje subiektywne odczucia. Więc co jeszcze mi się nie podobało? Po pierwsze, o czym delikatnie napomknęłam na samym początku, że koncert był praktycznie niewidoczny w mediach. Gdzieś tam nieśmiało pojawiały się małe wzmianki, ale tak naprawdę komu bym nie mówiła o koncercie, nikt o nim wcześniej nie słyszał. Po drugie, ja rozumiem, że organizatorzy chcieli otworzyć się także na amerykańskie audytorium, ale jednak nie ma się co oszukiwać, że znakomita większość osób zgromadzonych w muzeum była Polakami. Często starszej daty lub bez znajomości języka angielskiego. Dlaczego więc informatory i ulotki były jedynie w języku angielskim? Czy tak trudno było stworzyć dwie wersje językowe? I jeszcze jeden niesmak powiązany z brakiem języka polskiego. Koncert otwierał mężczyzna (nazwiska niestety nie znam), który pierwsze zdanie wypowiedział po polsku, po czym dodał, że jęgo polszczyzna nie jest najlepsza i kontynuował po angielsku. Nie było żadnego tłumaczenia, więc znów muszę wstawić się za osobami, które po angielsku nie mówią. Poza tym, skoro i tak wypowiedział tylko kilka zdań, to czy nie mógł przygotować się wcześniej i nauczyć się ich po polsku? Czy tak nie byłoby ładniej, dostojniej? I w końcu trzeci niedostatek organizacyjny- fatalne nagłośnienie. Nie mówię o nagłośnieniu występu muzyków, ale o mikrofonach udostępnionych osobom przemawiającym w różnych kwestiach- mniej więcej od połowy rzędów krzesełek nie można było nic zrozumieć. Więc w niektórych kwestiach pozostaje jedynie domyślać się, o czym zaproszone osoby mówiły, a szkoda, bo z pewnością mówiły o ciekawych inicjatywach.

     Ale przejdźmy teraz do rzeczy przyjemniejszych, czyli przede wszystkim interesującej inicjatywy, która stoi za całym koncertem. Otóż, kilka lat temu powstał projekt, by w Chicago został utworzony park Chopina, w którym stanąłby piękny pomnik naszego kompozytora i w którym odbywać mogłyby się koncerty muzyki klasycznej. Inicjatywa zdecydowanie godna poparcia, tylko znów- czemu tak słabo nagłośniona?! Za całym projektem stoi Fundacja Chopina w Chicago, która również, w ramach zbierania funduszy, zorganizowała niedzielny koncert. Podczas wczorajszego wydarzenia Pan Voytek Putz, prezes Fundacji, żywiołowo opowiadał o szczegółach pomysłu i zachęcał do wspomagania finansowego. Jeśli macie ochotę, możecie zajrzeć na stronę Fundacji TUTAJ. Czy będzie czepialstwem i monotematycznością, jeśli zapytam, dlaczego na stronie tak bardzo brakuje polskiego? I być może przydałby się jakiś aktualny raport ile pieniędzy już udało się zebrać i ile jeszcze potrzeba? Bo z tego co dowiedziałam się wczoraj, żeby projekt pomnika w ogóle ruszył, potrzeba $100tys., przy czym całość realizacji, to znaczy pomnik i park, ma pochłonąć ponad milion dolarów. Ponoć tylu jest Polaków w Chicago i okolicach, więc jakby tak każdy dorzucił się po dolarze, to problem byłby z głowy :) Tak czy inaczej pomimu kilku niedociągnięć, bardzo wspieram Fundację i mam nadzieję, że projekt jak najszybciej ruszy z realizacją. A oto jak docelowo ma wyglądać Park Chopina w Chicago:



I na koniec proszę- nie zrozumcie mnie źle: pomimo tych wszystkich problemów organizacyjnych, wczorajszy koncert był zdecydowanie bardzo przyjemnym przeżyciem. Cieszę się, że wśród chicagowskiej Polonii powstają tak interesujące inicjatywy i że chęć szerzenia polskiej kultury jest tak żywa nie tylko wśród starszego pokolenia, ale także wśród dzieci i młodzieży. Jeśli tylko w przyszłości udałoby się uniknąć kilku błędów, to byłoby cudownie! I mam nadzieję, że jak najszybciej będzie mi dane posłuchać kompozycji chopinowskich w bardziej sprzyjających warunkach- a Park Chopina byłby do tego idealny! :)

A już na naprawdę samiuteńki koniec- kilka zdjęć z Muzeum Polskiego i wczorajszej uroczystości:




Tort urodzinowy Fryderyka. Muszę przyznać, że był pyszny!
Koncert w muzeum. Zdecydowanie bardzo specyficzny klimat :)
Z muzykami: Danielem Kurganovem i Aurelienem Fort Pederzolim. Panowie okazali się być nie tylko utalentowani, ale także przesympatyczni i bardzo chętni do rozmowy!

2/03/2016

Styczniowe migawki

Styczniowe migawki
     Ten rok zaczął się dla mnie wyjątkowo obiecująco. Bo jak inaczej określić sytuację, kiedy pierwszy dzień stycznia spędza się wygrzewając się na florydzkiej plaży popijając w międzyczasie kolorowego drinka? :)


     Nie o Florydzie będę jednak dzisiaj pisać, ponieważ wyjazdowi poświęciłam kilka osobnych postów (i prawdopodobnie jeszcze kilka poświęcę), więc jeśli ktoś ma ochotę zagłębić się w ten temat  i przynajmniej myślami uciec od zimy, to odsyłam do opowieści:


Na pożegnanie tematu Florydy w tym poście przesyłam Wam jeszcze zdjęcie ślicznego kwiatu żółtego hibiskusa, a zaraz po tym ruszamy w podróż powrotną do Chicago ;)


Reklamy przy drodze, spotykane także w Illinois, ale podczas kilkunastogodzinnej podróży z Florydy w końcu zebrałam się, żeby zrobić zdjęcia ;)

W podróżowaniu autem lubię to, że często można przypadkowo trafić na piękne miejsce. Tutaj akurat Welcome Center w Tennesse.

Mimo że w tym roku pogoda w Chicago naprawdę rozpieszcza, przynajmniej w porównaniu do poprzednich kilku zim, to powrót do domu i tak był dosyć, hmm, bolesny. Przenieść się z okolic 30 st. C na mróz? Zamienić piaszczyste plaże na usłane śniegiem chodniki? Boli, naprawdę.


Ale cóż, nie ma co narzekać, czas ruszać dalej. Wprawdzie w moim przypadku zima to ciężki okres dla jakiejkolwiek aktywności, więc to "ruszanie" zamieniłabym na "czołganie", ale mimo wszystko zapraszam Was na krótką fotorelację ze stycznia w Chicago :)

Na początek- mały zwierzyniec. Śliczna jaszczurka w sklepie zoologicznym, wpatrzone zaprzyjaźnione koty i Sydney, jakby ktoś się za nią stęsknił :)




Na drugi rzut- jedzenie:

Urocza kanapka w jednej z kawiarni na stacji metra.

Moje ulubione śniadanie na okres jesienno-zimowy. Kasza jaglana z musem z żurawiny i jogurtem naturalnym. Polecam!

Ostatnio pokochałam stoiska z szejkami- tutaj akurat robione na bazie kefiru. I sycące śniadanie z głowy :)

Wiele sklepów w USA oferuje ladę z gotowymi potrawami dla leniuchów- pastą z tuńczyka lub jajeczną, ale także... pokrojonymi owocami.

Sushi- w tym miesiącu było go zdecydowanie sporo. Na zdjęciu rollsy z Nori i Umami.

W podsumowaniu miesiąca nie może również zabraknąć kilku chicagowskich widoczków:



W tym miesiącu na Instagramie dostałam nominacje do 2 zabaw: wojny książkowej, w której należało pokazać co się aktualnie czyta, oraz do wojny kubkowej, w której prezentuje się swoje ulubione kubki.

W kwestii książek u mnie jak zwykle misz-masz: trochę pozycji polskich, trochę amerykańskich, trochę dla przyjemności, trochę do szkoły. Plus drugie tyle na Kindlu :) Jeśli macie coś ciekawego do polecenia- koniecznie piszcie w komentarzach! Zaczętych książek nigdy za wiele :)

W kwestii kubków mam 2 ulubione: pierwszy pewnie znacie, bo pokazywałam go przy okazji relacji z Universal Studios, natomiast drugi ma dla mnie wartość sentymentalną- dostałam go, gdy wylatywałam na stałe do USA. Kubki w akompaniamencie dwóch z moich wielu ulubionych herbat: Genmaichy i zielonej jaśminowej.

I na sam koniec jeszcze dwa zdjęcia:

Nawet idąc do toalety, można poczuć się wyjątkowo :)

Przecież wiadomo, że reklama dźwignią handlu, co nie?

I to tyle jeśli chodzi o moją aktywność w styczniu. Wiele tego nie było, ale po pierwsze zima, wiadomo, a po drugie zaczął się kolejny semestr w szkole, o czym mam nadzieję niedługo napisać, bo często pytacie o amerykańskie realia studiowania.


 A jak Wy zaczęliście nowy rok?





1/30/2016

Floryda: w Indiańskiej wiosce

Floryda: w Indiańskiej wiosce
     Kiedy ostatnim razem byliśmy na Florydzie i przejeżdżalismy przez Park Narodowy Everglades, mniej więcej w połowie drogi natrafilismy na indiańską wioskę. Jednak jako że nie mieliśmy czasu zatrzymać się tam na dłużej, miejsce to trafiło na moją listę "do zobaczenia następnym razem". Kiedy więc w grudniu udaliśmy się ponownie na południe Florydy, oczywistym było, że tym razem wioska Indian Miccosukee znajdzie się w naszym programie zwiedzania :)
      Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat w czasie naszego pobytu w Cape Coral, w wiosce odbywał się Festiwal Sztuki i Rękodzieła, co było dla mnie dodatkowym magnesem. Kiedy tylko przeczytałam, że podczas Festiwalu do wioski przyjeżdżają różne plemiona indiańskie, by prezentować swoją kulturę i zwyczaje, wiedziałam że i mnie tam nie zabraknie!

     Wstaliśmy wcześnie rano i po około 2 godzinach jazdy dotarliśmy z Cape Coral do wioski Indian Miccosukke. Pierwsze ogromne zaskoczenie spotkało nas już w kasie biletowej, w której obsługiwała nas rdzenna Indianka. Kiedy tylko zorienotwała się, że jesteśmy Polakami, całkiem płynną polszczyzną powiedziała nam, że ma męża Polaka, jeśli dobrze pamiętam, to z Rzeszowa (a może z Radomia?), a tu właśnie idzie jej córka, która oprowadza po wiosce. Podeszła do nas córka i już naprawdę ładną polszczyzną zaczęła z nami rozmawiać! Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie- dotarliśmy właśnie na południe Ameryki Północnej, gdzie na bagnach usytuowana jest wioska indiańska, w której można porozumieć się po polsku! Nie mogło być inaczej- dzień musiał być udany :)


     Pierwszą atrakcją, z której skorzystaliśmy po przybyciu do wioski, była krótka przejażdża airboat'em. Jak być może niektórzy z Was pamiętają, podobne doświadczenie zdobyliśmy podczas poprzedniej wizyty w Everglades (TUTAJ), jednak tym razem było nieco inaczej. Po pierwsze, tereny, mimo że to wciąż ten sam park narodowy i wciąż mokradła, były nieco inne, a po drugie, jedną z atrakcji rejsu był przystanek w wiosce w stylu hammock, czyli de facto- w wiosce zbudowanej na palach na bagiennym terenie. Jak zostaliśmy poinformowani przez miejscowego przewodnika- wioski takie były budowane przez Indian zsyłanych przez ówczesny rząd w nieprzyjemne i niebezpieczne tereny Everglades. Jednak Indianie odnaleźli się w tym terenie, opracowali technikę budowania osad i obezwładniania aligatorów, a w Everglades żyją do dziś, choć oczywiście już nie w pierwotnych osadach. Aktualnie, owe hammock-style villages, to raczej miejsca do pokazywania turystom, a także do spotkań rodzinnych. Moim zdaniem, miejsca niesamowicie klimatyczne- zobaczcie sami:

Airboat- właśnie tak przemierza się bagna Everglades :) Jak się później dowiedzieliśmy, w całym Parku Narodowym głębokość mokradeł jest mniej więcej taka, że bez problemu można tam stanąć.
Hammock-style village. Aligatorów wszędzie pełno :)

Maszyny do szycia używane niegdyś przez Indianki

Tradycyjne lalki Indian Miccosukee, w strojach z równie tradycyjnymi zdobieniami. Jak zobaczycie na kolejnych zdjęciach, patchworki i kolorowe tasiemki są na porządku dziennym.


Urzekła mnie ta mała Indianka! Spójrzcie na jej piękną sukienkę- połączenie plemiennych motywów i kultury zachodniej- postaci z bajki "Frozen"

Bananowiec
I kolejny zwykły dzień w wiosce... Nie widać tego dobrze na zdjęciu, ale dziewczyny przy pomocy nitek/ żyłek łowią właśnie ryby :)
     
      Jak wspomniałam wcześniej, w głównej wiosce odbywał się właśnie Festiwal Sztuki i Rękodzieła. Dzięki temu mieliśmy okazję podziwiać wyroby rzemieślnicze różnych plemion, a także oglądać ich plemienne tańce i rytuały. Ile z tego było faktycznych obrzędów, a ile komercji, oczywiście można się zastanawiać, ale nie zmienia to faktu, że wizyta na takim festiwalu to bardzo interesujące doświadczenie i zdecydowanie je każdemu polecam. W wiosce spędziliśmy cały dzień, ale moglibysmy nawet i tydzień!





 

W pewnym momencie zauważyliśmy, że na głównym placu zaczynają się jakieś obrzędowe tańce, a ludzie zaczynają ustawiać się w kręgu. Oczywiście, chwilę później już i my tam byliśmy. Szamani, w rytm rytualnych śpiewów i dźwięków bębnów, dokonywali czegoś na kształt błogosławieństwa- każdy swojego, ale o podobnym kształcie: Indianin dotykał dłoni kolejnych osób swoimi dłońmi, piórami albo kawałkami drewna, a następnie strzepywał je w górę lub w dół. I możecie mi wierzyć lub nie, ale zanim szamani doszli do końca kręgu, czyste, bezchmurne niebo nad nami przykryło się gęstą, ciemną chmurą. Przypadek? Pewnie tak, ale zdecydowanie dodał dramaturgii :)

 

      Jedną z głównych atrakcji wioski jest również pokaz obezwładniania aligatorów. Zawsze mam obiekcje co do tego typu wydarzeń, bo ostatecznie nigdy nie wiadomo, na ile zwierzętom dzieje się krzywda, nawet jeśli wszystko wygląda bezpiecznie i nieforsująco. Nie zmienia to jednak faktu, że ów dziesięciominutowy pokaz "wrestlingu" połączony z licznymi ciekawostkami na temat anatomii i zachowań aligatorów, zbiera liczne ochy i achy. Dla chętnych przewidziana jest także dodatkowa atrakcja- możliwość trzymania na rękach małego aligatora albo zdjęcie z większym. 





I tak minął kolejny dzień spędzony we florydzkim słońcu, którym mam nadzieję udało mi się Was trochę rozgrzać w ten zimowy dzień. Wioskę Indian Miccosukee zdecydowanie polecam!



Zapraszam Was do śledzenia moich kont na portalach społecznościowych:
 facebooku (Pamiętnik Emigrantki) i Instagramie (Chicagowianka),
a na pewno będziecie na bieżąco z amerykańskimi opowieściami ;)

1/25/2016

Co może zaskoczyć Cię po przylocie do USA? (cz.2: 9-16)

Co może zaskoczyć Cię po przylocie do USA? (cz.2: 9-16)
     Równo rok temu na blogu pojawił się jeden z najchętniej przez Was czytanych i komentowanych postów: o tym, co może zaskoczyć po przylocie do USA. Pisałam wtedy między innymi o naliczaniu podatku dopiero przy kasie, chodzeniu w piżamie do sklepu i szerokich przestrzeniach w publicznych toaletach. Myślę, że czas najwyższy na kolejną część zestawienia. Poruszyłam moją pamięć i sięgnęłam do wspomnień z pierwszych tygodni w Ameryce, a także wzięłam pod uwagę niektóre Wasze sugestie spod poprzedniego posta. Więc, co jeszcze może zaskoczyć, kiedy zaczyna się życie za oceanem albo przynajmniej przyjeżdża się tu na wakacje?

9. Brak zeszytów w kratkę. 

college vs. wide ruled
Pamiętam doskonale, jak zaskoczona byłam tym faktem i szczerze mówiąc, wciąż nie mogę się do tego przyzwyczaić. Amerykanie umiłowali sobie zeszyty w linię i to ich używają w szkole na wszystkich przedmiotach (tak, na matematyce też), jak również jako domowych notatników. Co jednak równie ciekawe, linie mają różną szerokość, można więc zaopatrzyć się na przykład w "wide", "narrow" albo "college ruled paper".



10. Tabliczki przystankowe nie posiadają rozkładu jazdy autobusu. 

Nie mam pewności, czy ta uwaga odnosi się do całych Stanów (może ktoś jest w stanie to potwierdzić?), ale do Chicago na pewno. Sprowadza się to do tego, że idąc na przystanek autobusowy, nie możemy tam sprawdzić, o której przyjedzie autobus. Jedyna informacja tam zawarta to orientacyjny odstęp czasu, w jakim przyjeżdża autobus, a także kod przystanku i numer, na jaki można wysłać sms, by dowiedzieć się o której pojawi się najbliższy autobus. Osobom odwiedzającym Chicago polecam również korzystanie z aplikacji googlemaps, a także z aplikacji mobilnych- ja używam Ride Chicago, która jest dosyć dokładna i łatwa w obsłudze.

11. Nie znajdziesz niepasteryzowanego mleka.

Niestety, w USA zabroniona jest sprzedaż niepasteryzowanego mleka. Nie ma więc opcji, że pod jakimś sklepem spotkamy staruszka z bańką świeżego, pachnącego mleka, jak to jeszcze można zrobić w Polsce. Siłą rzeczy, na zsiadłe mleko z zaskwarzanymi ziemniakami też nie ma co liczyć ;)

12. Drive-thru w bankach.

O ile opcja drive-thru w McDonaldzie czy Starbucks raczej nikogo już od dawna nie dziwi, o tyle dla osób przylatujących z Polski drive-thru przy bankach to wciąż swego rodzaju egzotyka. Początkowo też śmiałam się z tego rozwiązania- bo przecież co to za problem ruszyć tyłek, wysiąść z auta i wejść do banku. Ale teraz... bardzo doceniam to rozwiązanie ;)

13. Cztery monety w obiegu, każda ma swoją nazwę.

Ok, tak naprawdę amerykańskich monet jest 6, ale w obiegu cztery, w dodatku każda ze swoją nazwą. I tak oto moneta 1-centowa to "penny", 5-centowa to "nickel", 10-centowa to "dime", a 25-centowa to "quarter", choć jeśli wylądujecie w polonijnym środowisku, to poznacie ją jako "kłodrę" :) Poza tymi powszechnie spotykanymi monetami, istnieją także moneta 50-centowa i 1-dolarowa, którą akurat czasem można spotkać. Co ciekawe, istnieje wiele rodzajów 25-centówek- reszka może bowiem pojawiać się jako reszka "uniwersalna", widok każdego ze stanów lub widok "okolicznościowy". Niektórzy nawet kolekcjonują "kłodry" z różnymi reszkami :) Na zdjęciu akurat "kłodra" luizjańska.

14. Powszechna jest płatność czekami.

Przykład spersonalizowanych czeków z Bank of America
Skoro już jesteśmy w temacie bankowości, to nie mogę nie wspomnieć o czekach, które są tutaj bardzo popularną metodą płatności. Zakładając konto w banku, najczęściej od razu dostajemy książeczkę czekową, a w wielu bankach możemy spersonalizować wygląd naszych czeków- albo wybierając ich tło i kolorystykę spośród dostępnych wzorów, albo dodając własne zdjęcie. Czekami można płacić w większości sklepów, co jednak nie jest preferowaną metodą płatności z bardzo pragmatycznego powodu- wypisanie czeka trwa dłużej, niż dokonanie płatności gotówką lub kartą debetową czy kredytową. Czeki to również wciąż jedna z najpopularniejszych metoda wręczania wypłat dla pracowników. Co zaskoczyło mnie na początku niemal tak samo jak fakt występowania czeków, to bardzo ograniczona w porównaniu do Polski popularność dokonywania przelewów internetowych.


15. Bezpłatne toalety publiczne- zawsze.

Niby nie jest to wielka rzecz, ale zdecydowanie zauważalna. Szczególnie jak spojrzeć, ile wstęp do toalet publicznych potrafi czasem kosztować w Polsce... Poza tym, toalety publiczne w USA są zazwyczaj w bardzo dobrym stanie- doyć nowoczesne, czyste i zadbane. Tylko te niesczęsne szczeliny, o których pisałam w ostatnim poście ;)

16. Nie ma kiosków.

Tak pospolity widok, do którego przywykliśmy w Polsce, czyli kioski ruchu, w Ameryce właściwie nie występuje. Przez cały mój pobyt w USA widziałam jedynie 2 (!) twory przypominające nasze kioski. Amerykanie prasę kupują na stoiskach prasowych w supermarketach, bilety autobusowe u kierowcy, na stacjach metra albo przez internet, a wszystkie inne artykuły "pierwszej potrzeby", które w Polsce dostępne są w kioskach, jak choćby podstawowe kosmetyki czy środki czystości, Amerykanie kupują w zwykłych sklepach zazwyczaj w ilościach hurtowych, bo tak taniej. Więc potrzeby kiosków albo nie ma, albo nikt nigdy nie wpadł, że jednak mogą się przydać. Podobny problem jest z warzywniakami czy innymi małymi osiedlowymi sklepikami- po prostu ich brak, nad czym wciąż bardzo ubolewam.





I to tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że post przypadł Wam do gustu, bo już szykuję trzecią część, którą może uda mi się opublikować szybciej niż za rok :)

A co Was najbardziej zaskoczyło po przylocie do USA albo do innych krajów?


Spodobał Ci się post? Tutaj znajdziesz pozostałe części:

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger