10/04/2012

Ślub i wesele- podsumowanie

Ślub i wesele- podsumowanie
   Jak wierni Czytelnicy doskonale wiedzą, kilka tygodni temu wyszłam za mąż. Cały okres przygotowań był dla mnie dosyć ciężki i stresujący, jak to chyba zwykle bywa przed takim wydarzeniem :) Kilka moich zmagań z przygotowaniami opisałam tutaj i tutaj. Teraz, z perspektywy czasu, uważam że wieczór panieński, ślub i wesele wyszły naprawdę rewelacyjnie i nie było się czym martwić :)
   Ślub cywilny braliśmy nie w urzędzie, jak ma to miejsce w Polsce, ale w sądzie. Amerykańska ceremonia zaślubin trwa jakieś 5 minut, dosłownie. Można poczuć się trochę jak w kolejce na poczcie. Szczególnie, że nie są wymagani żadni świadkowie, więc niektóre oczekujące pary były bez żadnej świty, a do tego nie jest wymagany żaden elegancki strój, więc zdarza się, że ludzie przychodzą do ślubu w codziennych ubraniach. My mieliśmy akurat dość ciekawe wrażenia, bo przed nami w kolejce była para z Nigerii ubrana w swoje narodowe stroje. Naprawdę ciekawy widok! Żałuję, że nikt wtedy nie wpadł na pomysł, by zrobić pamiątkowe zdjęcie... Wracając do samego ślubu- nie wiem jak w innych miejscach, ale w sądzie w którym my byliśmy, można mieć maksymalnie 15 gości. Jak dla mnie to akurat super- im mniejsza widownia, tym mniejsza trema. Choć w moim przypadku, to niewiele zmieniło- w ciągu 2 minut przysięgi zdążyłam pokazać cały wachlarz kobiecych emocji- od łez wzruszenia, do niepohamowanego śmiechu :) Jak wygląda przysięga? Najpierw sędzia wypowiada całą formułę i pyta każdej ze stron, czy się zgadza. Wtedy należy odpowiedzieć "yes". Dopiero zakładając obrączki, wypowiada się krótką formułę. Ale obrączek oczywiście nie trzeba mieć ;)
   Jeśli chodzi o formalności związane z załatwieniem ślubu- najpierw należy wykupić za $60 licencję, tzw. marriage license, która upoważnia do zawarcia związku małżeńskiego w ciągu 60 dni- jeśli się nie zdąży, licencję należy wykupić na nowo. Ogólnie nie jest to skomplikowana procedura. Natomiast po zakończeniu ceremonii zaślubin dostaje się tymczasowy akt małżeństwa, który nie jest jednak prawomocnym dokumentem. Dopiero po kilku tygodniach można odebrać ten "prawdziwy" akt.
   Wesele mieliśmy na tyle polskie, na ile udało nam się zorganizować. Polska sala, polski dj, polscy goście. Jedyna różnica, że o wiele krócej, bo tu większość sal ma licencję tylko do 2.
   I na koniec kilka obiecanych już dawno zdjęć :)


   Na początek nasz tort, z którego byłam bardzo zadowolona. Pani, która nam go przygotowała doskonale zrealizowała moje wskazówki. Był ładny i smaczny :)

   Gdyby ktoś z Chicago chciał namiary na tę panią, to służę pomocą!


Teraz czas na kilka zdjęć z naszej sali.

Stolik z winietkami.

Można było wpisywać się do księgi gości.

Główny stół. Nie mieliśmy świadków, więc nie był długi.

słodki stół
Takie były prezenty dla gości (nie mogę znaleźć żadnego dobrego zdjęcia ;/ )



A takie oceny dostaliśmy od szanownego jury za nasz pierwszy taniec:


I kilka zdjęć dla tych, którzy byli ciekawi mojej sukienki i wiązanki:



No i my!

10/03/2012

Chrzciny

Chrzciny
   W miniony weekend mieliśmy okazję uczestniczyć w Chrzcinach. W polskiej rodzinie i na polskiej mszy (choć w amerykańskim kościele), więc nie wiem na ile odzwierciedla to amerykańską ceremonię, niemniej kilka zdjęć z kościoła może okazać się ciekawych :) A może też akurat kogoś zainteresuje, jak wygląda tutejszy obrządek mszy?
   W kościele spędziliśmy prawie dwie godziny, choć ponoć to wyjątkowo długo. Najpierw była zwykła msza, podczas której jedynie zostały zapowiedziane chrzciny, a rodzice z maleństwem na rękach nieśli dary. Dopiero po mszy, kiedy inni wierni już się rozeszli i zostali tylko goście, odbył się Chrzest. Ale po kolei. Nadmienię tylko, że w Polsce moje relacje z Kościołem katolickim rozeszły się trwale jakieś 10 lat temu, toteż być może niektóre spostrzeżenia okażą się nietrafione- może w Polsce coś się od tego czasu zmieniło w kwestii prowadzenia mszy?
   Bardzo spodobał mi się kościół- po pierwsze, ławki są poustawiane prawie wokół Ołtarza, a po drugie jest bardzo skromny, zamiast bogatych, złotych dekoracji wybrano drewno i motywy kwiatowe. Jak dla mnie super! Obok Ołtarza jest również miejsce dla chóru, zapewne gospel, jednak niestety podczas polskiej mszy takie atrakcje nie występują...



Kolejną nowością dla mnie, dotychczas widzianą jedynie na filmach, były książeczki z modlitwami, pieśniami i czytaniami udostępnione dla wszystkich wiernych, co widać na załączonym obrazku.













A co do tych modlitewników- oto co można w nich znaleźć:


   Wszędzie oczywiście musi znaleźć się coś chwalącego Amerykę... Cóż, taki kraj.


   Co mi się bardzo spodobało- odniosłam wrażenie, że tutaj Kościół naprawdę jest wspólnotą. Księża traktują wszystkich jak równych sobie, naprawdę równych, a nie tylko dla pozorów, a takie wrażenie odnosiłam w Polsce.
   Przed Mszą na ambonę wyszedł proboszcz, który opowiedział zebranym, co będzie działo się w najbliższym czasie w parafii. Mówił po angielsku, więc potem ksiądz prowadzący mszę po polsku powtórzył to jeszcze raz w ojczystym języku dla tych, którzy nie zrozumieli. Podczas ogłoszeń duszpasterskich dodał jeszcze kilka informacji. Na przykład o poświęceniu zwierząt, które ma się odbyć w najbliższym czasie w parafii. Zwierząt, a także "jeśli trzeba to niesfornych mężów, których także można przyprowadzić." :) W ogóle ksiądz był jak dla mnie super- nawet podczas mszy żartował, a kazanie było naprawdę ciekawe, choć niekoniecznie zgodne z moją myślą i poglądami :P Podczas mszy zaskoczyło mnie kilka rzeczy.
 
   Po pierwsze, ministrantami były dziewczyny. W Polsce to chyba nadal jest niemożliwe, prawda?














 

    Po drugie, oprócz ministrantów (ministrantek?) do Mszy służyło także kilka innych osób (około 8), które potem wraz z księdzem podawały wiernym Komunię oraz- uwaga- wino mszalne! Tak, tak, można było napić się wina :) Ach, nie powiem, kusiło żeby podejść :)



   W ogóle muszę przyznać, że Msza odbywała się przy naprawdę dużym udziale parafian. Jak dla mnie super. W ogóle muszę przyznać, choć to może dziwnie zabrzmi, że całkiem dobrze "bawiłam się" podczas mszy, co samą mnie zaskoczyło :)

   Po mszy odbyły się Chrzciny. Trwały prawie kolejną godzinę, ale to co mi się szczególnie podobało to to, że ksiądz najpierw w skrócie powiedział, jak będzie wyglądała uroczystość i co poszczególne etapy oznaczają. W ogóle wszystko odbyło się w bardzo przyjaznej i miłej atmosferze, a na koniec nowoochrzczonej można nawet było bić brawo. A tak w tym kościele wygląda chrzcielnica:


I jeszcze kilka zdjęć kościoła z zewnątrz:


    Po całej ceremonii wraz z innymi gośćmi udaliśmy się na uroczysty obiad do bardzo ładnej restauracji. My akurat braliśmy udział w dość skromnym przyjęciu- na trochę ponad 20 osób, co jak dla mnie jest zupełnie wystarczającą ilością, ale tutaj nikogo nie dziwą Chrzciny czy Komunie wielkości wesel, nawet na 100 osób! Czy tak wielkie przyjęcia przyjęły się też w Polsce?

  A na koniec krótka refleksja. Zdałam sobie sprawę, że mimo iż nie jestem katoliczką, to chyba dopiero teraz dojrzałam do bycia członkiem pewnego rodzaju wspólnoty, którą tworzy Kościół. Gdyby przyszło mi uczestniczyć w takich właśnie mszach, jak pokrótce opisałam, to myślę, że byłaby to dla mnie przyjemność, a nie obowiązek. I faktycznie wracałabym do domu natchniona pozytywną energią... Żeby tak jeszcze ich poglądy bardziej mnie przekonywały...

10/01/2012

Przedsmak Halloween

Przedsmak Halloween
   Już mniej więcej od 2-3 tygodni przed domami pojawiają się dekoracje halloweenowe. Wprawdzie do 31 października jeszcze prawie miesiąc, ale jak już niejednokrotnie wspominałam, w USA to nic nadzwyczajnego. Dziś więc kilka słów i zdjęć o tym, co można zobaczyć jak do tej pory.

   Niektórzy ograniczają się do skromnych, wręcz symbolicznych dekoracji, czasem połączonych z tematyką jesienną, jak na przykład te:


... podczas gdy inni idą na całość, wystawiając przed domem istny park strachów, jak na przykład tutaj:


   Z każdym dniem zapewne będą pojawiały się nowe dekoracje, więc mam nadzieję, że przed Halloween nastąpi ciąg dalszy :)

9/29/2012

Patriotyczna refleksja mechanika

Patriotyczna refleksja mechanika
     Pojechaliśmy dziś wymienić olej w samochodzie. Do tego samego warsztatu co zawsze. Ale tym razem trafiliśmy na innego niż zwykle mechanika- starszego pana, Polaka oczywiście, bo w Chicago to przecież nic nadzwyczajnego. Wymieniliśmy kilka luźnych zdań, coby podtrzymać kurtuazyjną pogawędkę. I w pewnym momencie rozmowa zeszła na temat Polski. Pan przyznał, że lata do ojczyzny co roku na wakacje. Zwiedził trochę Stany, ale nic nie równa się Polsce. Powiedział mniej więcej takie zdanie: " Wiecie co, w Polsce jest lepiej. Niebo mamy ładniejsze, powietrzem się lepiej oddycha i nawet wiatr jakoś tak inaczej wieje". I wiecie co? Miał facet rację. Miał cholerną rację. Już teraz doskonale rozumiem te wszystkie opisy krajobrazów polskich z literatury patriotycznej, już wiem za czym tęsknili wygnańcy i emigranci z własnej woli...
     Tęsknię za moim Szczecinem: Jasnymi Błoniami, Zamkiem, Wałami Chrobrego, Jeziorem Szmaragdowym... Za wakacjami na Mazurach tęsknię: za zapachem lata, trawy po deszczu, za spacerami po leśnych ścieżkach i kąpielami w jeziorze o zachodzie słońca... i za tymi truskawkami, które pięknie pachną i smakują! O jeny, a jak bym poziomki zjadła! I za górami naszymi tęsknię: choć nie bywałam w nich często, w zupełności wystarczyło, by się w nich zakochać... A morze? Jak ja uwielbiam nasz Bałtyk! I w ogóle nie ma znaczenia, że plaże są zanieczyszczone, a woda nie zachęca do kąpieli. Nigdzie tak dobrze nie smakuje szaszłyk, jak w nadmorskiej budce z jedzeniem!
     Ach, stara się chyba robię, że na takie sentymenty mi się zbiera....


Wszystkie zdjęcia, z powodu mojego lenistwa (bo nie chce mi się przeglądać własnych zbiorów zapisanych na dziesiątkach płyt), pochodzą z Internetu :)

9/24/2012

Amerykańskie akcenty 6

Amerykańskie akcenty 6
   Dziś pora na kolejny amerykański misz- masz :)

Tak buduje się domy w Stanach. Pierwsze zdjęcie, ukazujące dyktowy szkielet, zostało zrobione w maju. Drugie, przedstawiające prawie wykończony dom, jakoś na przełomie lipca i sierpnia. Tempo ekspresowe. (dom nie jest pochyły, to tylko rozmazanie spowodowane robieniem zdjęcia podczas jazdy samochodem :))



IHOP. Jedna z moich ulubionych tutejszych restauracji sieciowych. Najlepsza na pożywne śniadania, trzymające żołądek w miłym napełnieniu przynajmniej do popołudnia :) I ponoć mają tu najlepsze pancakes (takie grube naleśniki, widoczne na zdjęciu poniżej). Osobiście najbardziej lubię zestaw z jajkami, bekonem i hash browns- czymś, co można porównać do placków ziemniaczanych, ale jest to tak samo nieprecyzyjne porównanie jak naleśników i pancakes. Lubię także sałatkę szpinakową. Mówiąc krótko- kto ma okazję spróbować kuchni IHOP, polecam gorąco!



   Bardzo ciekawym miejscem są sklepy Disney. Można tam znaleźć zabawki i akcesoria praktycznie ze wszystkich disneyowskich bajek! Zdecydowanie uważam, że takich miejsc brakuje w Polsce. Szczególnie, że można tam uszczęśliwić dziecko za naprawdę niedużą cenę :) Ostatnio w Disneyu pojawiła się nowa kolekcja- Vilains. Brakowało mi tego przez całe dzieciństwo! Kiedyś złą postacią musiała być najbrzydsza lalka, teraz  spokojnie można sobie kupić dowolny czarny charakter- Urszulę z "Małej Syrenki:", Cruellę ze "101 Dalmatyńczyków" czy Królową z "Królewny Śnieżki". Żyć nie umierać :)

   Mój ulubiony sposób na wydanie "kłodry", czyli 25-centówki- stoisko z gumami. Obecne w każdym centrum handlowym.






   Mały przegląd zdrapek. Najfajniejsze są te okazjonalne, jak np. Scaredy Cash. Cóż, każdy ma jakiś nałóg :)






   Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że amerykańskie sklepy mają jeden duży plus- znajdziesz w nich wszystko, zanim jeszcze zdążysz pomyśleć, że tego potrzebujesz albo że coś takiego w ogóle istnieje. Mistrzostwo w tej kategorii należy moim zdaniem do sklepu Spencer's. Jest on szczególnie przydatny, gdy poszukujemy dla kogoś oryginalnego prezentu. I tak oto podziwiać można całą gamę tematycznych kapci, czapek, kieliszków, szklanek, plecaków, ubrań, gier, akcesoriów na urodziny czy wieczór panieński... mówiąc krótko- jest tam wszystko. Mały przegląd jest na zdjęciach, więcej można zobaczyć na stronie sklepu.


   Zakupy w Ameryce są bardzo złożonym tematem, o czym Czytelnicy mieli już nie raz okazję się przekonać czytając niektóre wcześniejsze posty. Sklepy nie tylko zachęcają do zakupów, ale także... doceniają dokonane oszczędności :) Oto jakiego e-maila dostałam jakiś czas temu po małych zakupach w Nordstorm Rack:



Jeeej!!! I'm a shopping genius! :)

9/18/2012

Bo przecież Boże Narodzenie tuż tuż....

Bo przecież Boże Narodzenie tuż tuż....
   Pisałam w jednym z pierwszych postów na blogu, że w USA wszystko jest dużo szybciej. Szczególnie dekoracje. Szczególnie te bożonarodzeniowe. I cóż, muszę potwierdzić swoje słowa :) W weekend byłam na małych zakupach i już zobaczyłam do nabycia dekoracje bożonarodzeniowe. I nie mówię tu o dekoracjach do samodzielnego wykonania, co zajmuje trochę czasu, ale o gotowych dekoracjach świątecznych- bombkach, drzewkach czy popularnych tu makietach dekoracyjnych. Niestety, trzeba będzie wkrótce poddać się temu trendowi przedwczesnych zakupów. Dlaczego? Bo w grudniu wszystko będzie już przebrane, a ceny wcale niekoniecznie będą korzystniejsze. Bo przecież odkąd tylko dekoracje pojawiają się na sklepowych półkach, często są od razu opatrzone etykietką "sale". Z drugiej strony, przeceny od przecen już mnie w USA nie dziwią :]
   Kupno dekoracji bożonarodzeniowych we wrześniu to jedno, a ustawianie ich w domu to drugie. Jednak muszę przyznać, że wielu Amerykanów nie ma problemu z przystrajaniem domów kilka miesięcy przed czasem- sama widziałam już co najmniej kilka domów udekorowanych czy to z zewnątrz, czy wewnątrz. Trochę szkoda, bo doskonale pamiętam, co było rok temu- we wrześniu wpadłam w świąteczny nastrój, po dwóch tygodniach mi przeszło i niestety już nie powróciło. Nawet w Święta. Nie pomogły świąteczne piosenki ani krzątanina w kuchni...
   Tak więc, mimo swojej woli, sezon bożonarodzeniowy uważam za otwarty. Niestety.

 Świąteczne bombki w sklepie Disneya.


Dekoracje w Kohls.

9/16/2012

Vintage Base Ball w Cantigny Park

Vintage Base Ball w Cantigny Park
    W sobotę zabraliśmy naszych przyjaciół z Polski na spacer do jednego z naszych ulubionych miejsc-  Cantigny Park. Uważam, że jeżeli ktoś przyjeżdża do Chicago na trochę dłużej niż jest to potrzebne do zwiedzenia Downtown, to jest to jedno z obowiązkowych miejsc do odwiedzenia. O samym parku pisałam już na początku lipca, więc nie będę powielać tematu. Chciałabym tylko podzielić się z Wami kilkoma zdjęciami z wydarzenia, na które trafiliśmy przypadkowo podczas ostatniej wizyty- Vintage Base Ball Match. Baseball jest bardzo popularną grą w USA, co nie znaczy, że zgłębiłam już jej zasady :P Na razie wystarczy mi wiedza podstawowa, tzn. że trzeba odbić piłkę i obiegać bazy, podczas gdy gracze drużyny przeciwnej mają piłkę jak najszybciej złapać i odrzucić :) Muszę jednak przyznać, że nawet jeśli nie zna się szczegółowo zasad tego sportu, to miło było oglądać grę panów w średnim wieku ubranych w starodawne stroje sportowe (mecz rozgrywany był według zasad z połowy XIX wieku). Muszę też przyznać, że letnia pogoda zachęcała do leniwego leżenia na trawie i oglądania rozgrywek.

Medill Farm Red Oaks vs. Lemont Quarrymen












A na koniec motyl o wielkości bliskiej ludzkiej dłoni :)


Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger