9/22/2013

Floryda- krótki spacer po Miami Beach

Floryda- krótki spacer po Miami Beach
   Do Key West mieliśmy w miarę wszystko zaplanowane- co zwiedzamy, gdzie się zatrzymujemy, ile dni. Plan na kolejne dni brzmiał: "się zobaczy". I tak oto, zgodnie z tym jakże dokładnym planem, z Key West ruszyliśmy do Orlando, zahaczając po drodze o Miami Beach. Jako że w tej miejscowości byliśmy już ostatnim razem, tym razem chcieliśmy tylko spędzić trochę czasu na południowej plaży, w której się zakochaliśmy, a następnie ruszyć dalej- do Orlando.
   Miami nie przywitało nas zbyt piękną pogodą. Wprawdzie nie padało, ale było nieco pochmurnie i dosyć parno. South Beach nie była tak zachwycająca jak ostatnim razem, ale i tak spedziliśmy tam miło czas. Woda niezmiennie była przezroczysta, więc zaobserowaliśmy kilka rybek i meduz. Rekinów brak.




   I jeszcze małe ostrzeżenie- jeśli jesteście na Florydzie i widzicie chmury- nie dajcie się zwieść: słońce i tak dopadnie Was swoimi mackami! Tak, tak, przez chmury też  można się nieźle opalić, więc kto ma wrażliwszą skórę, niech nie zapomina o filtrach!

W drodze na plażę trafiliśmy na sesję zdjęciową
Model czeka na swoją kolej. Widziałam go później przy budce ratownika :)
Do plaży już tylko kilka kroków!



   Z Miami, jak wspomniałam, ruszyliśmy do Orlando. Dotarliśmy tam wieczorem- w sam raz, by przez noc zregenerować siły, a dwa kolejne dni spędzić bardzo intensywnie w parkach Universal :) Następne dwa posty będą więc stanowiły fotorelację i małą namiastkę tego, co można przeżyć i zobaczyć w jednym z naszych ulubionych parków rozrywki :)

9/18/2013

Floryda- skrajnie na południe, czyli Key West

Floryda- skrajnie na południe, czyli Key West
   Droga z Farmy Aligatorów na Key West minęła nam bardzo przyjemnie. Pogoda była przepiękna i tak jak za poprzednim razem, tak i teraz nie mogłam oderwać oczu od cudownego koloru wody roztaczającego się wokół naszej trasy! No i oczywiście te legwany wygrzewające się na poboczach też mnie urzekały :)

fot. Internet
   Do Key West dojechaliśmy późnym popołudniem. Rozlokowaliśmy się u naszego gospodarza- Vlada (tym razem znalezionego nie przez couchsurfing, a airbnb) i żwawo ruszyliśmy na zachodnią część wyspy, by zdążyć na zachód słońca. Wiem, wiem, strasznie to banalne, sama wolę wschody niż zachody, ale że ze wczesnym wstawaniem nie zawsze mi po drodze, to chociaż raczę się zachodami :)



   Po zachodzie jeszcze krótki spacerek po tętniącymi życiem Mallory Square i Duval Street i szybciutko do łóżka spać, bo rano znów musimy przecież wcześnie wstać... Tyle że tym razem nie czeka nas dalsza droga, a to, na co czekałam najbardziej... snorkeling na rafie koralowej! :)

   Poranek nie był dla nas jednak zbyt optymistyczny... Szalejące na niebie chmury przestraszyły nas, że z wypadu nic nie wyjdzie... Jak to jednak jest z pogodą w tej wysokości geograficznej- nigdy nie wiesz. I tak, zanim dotarliśmy na miejsce zbiórki, zdążyło się kilka razy rozpogodzić i ponownie zachmurzyć. Niestety, taka pogoda utrzymywała się całe przedpołudnie, co skutecznie pokrzyżowałe nasze plany... Bo o ile na rafę popłynęliśmy, ba! nawet zeszliśmy do wody, o tyle snurkowanie (obrzydliwa nazwa, ale ponoć taki właśnie jest polski odpowiednik snorkelingu) było bardzo trudne. Nie dość, że był to nasz pierwszy raz, to jeszcze było dość sztormowo, ciężko było utrzymać się na wodzie, która za to bardzo chętnie wchlupywała do rurki... Coś tam niby zobaczyłam pod wodą, jakieś kolorowe rybki, ale na pewno nie był to widok, na który tak bardzo liczyłam....

Tak właśnie wyglądało snurkowanie... Tylko fala była większa... //fot. Internet
Trzygodzinny rejs połączony ze snorkelingiem... Warto tego spróbować chociażby ze względu na kolor wody! (no photoshop!)
Tak właśnie wyobrażałam sobie ten poranek... Nie, nie bylo tak :( //fot. Internet
Tak czy inaczej bardzo cieszę się z tego wypadu, bo nie dość, że zrobiłam coś nowego, to jeszcze zdobyłam kolejny punkt w walce z samą sobą- wierzcie mi, nawet z lekką klaustrofobią ciężko wsadzić łeb pod wodę :) A na prawdziwe nurkowanie z pewnością przyjdzie jeszcze czas!

   Popołudnie spędziliśmy już dużo spokojniej, choć bardzo przyjemnie. Powłóczyliśmy się trochę po "starym mieście", zjedliśmy obiad w kubańskiej restauracji oraz odwiedziliśmy kilka sklepów z pamiątkami. W międzyczasie zastał nas oczywiście deszcz, ale że akurat byliśmy obok muzeum dziwów "Believe or not" to stwierdziliśmy, że będzie to pozycja w sam raz na tę piętnastominutową ulewę :)


Pelikanów na Florydzie jest zatrzęsienie... Także prawdziwych :)


Suknia ślubna i dodatki z papieru toaletowego, czyli recykling rulezzz

 Jeszcze bardziej cukierkowa niż na co dzień Nicki Minaj


   Późne popołudnie zawiodło nas natomiast na plażę. W końcu! Niestey, plaże na Key West nie są tak piękne jak te, które pokazywałam Wam w poście z Caladesi czy jak te w Miami. Wręcz przeciwnie- raczej zniechęcają do kąpieli, choć spacer po gorącym piasku zawsze jest mile widziany :)



A na koniec jeszcze kilka fotografii, oddających mam nadzieję charakter tej niesamowitej jak dla mnie wyspy, na której ciąży staroindiańska klątwa, że kto raz zawita na wyspę, przez całe życie będzie chciał na nią wrócić...

Z Key West już bardzo blisko do Kuby, nie ma więc się co dziwić, że tak wiele tu kubańskich akcentów!


Sielsko anielsko, czyli wolnożyjące, wszechobecne kury...




Z Key West związanych jest sporo osobistości... Na przykład mieszkał tu i tworzył znany nam wszystkim Ernest Hemingway!


   Key West to chyba miejsce, w którym przypada największa ilość muzeów na metr kwadratowy... Oczywiście nie są to wielkie zbiory, ale byłoby tam co robić przez kilka dni! Na zdjęciu poniżej jedna z ulic i muzeum skarbów z wraków....


Key West nie był w tym roku dla nas zbyt łaskawy- pogoda nie była taka, jak tego oczekiwałam, co zaważyło przede wszystkim na powodzeniu snorkelingu.... ale mimo tego i tak uwielbiam tę wyspę i zdecydowanie polecam ją każdemu! :)

9/17/2013

Floryda- Farma Aligatorów w Everglades

Floryda- Farma Aligatorów w Everglades
   Z Mattem z Fort Myers spędziliśmy tylko jeden dzień, ponieważ już następnego dnia o świcie ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem kierowaliśmy się jeszcze bardziej na południe- chcieliśmy przejechać przez Park Narodowy Everglades, zahaczyć o farmę aligatorów, a na koniec dnia siedzieć już na plaży na Key West- najbardziej wysuniętej na południe części USA, i podziwiać zachód słońca sącząc drinka z parasolką :)

   Ale po kolei! Park Everglades to niesamowite miejsce. Cytując Wikipedię: "jest to największy obszar dzikiej przyrody subtropikalnej, zachowany w Stanach Zjednoczonych (...) Stanowi największy las namorzynowy na północnej półkuli i jest jednym z najważniejszych miejsc rozrodu tropikalnych ptaków brodzących." Z lotu ptaka wygląda mniej więcej tak:

źródło: Internet
    Przez lądową część Parku można spokojnie przejechać samochodem, zatrzymując się np. przy indiańskich wioskach albo na jednej z licznych farm aligatorów, oferujących także przejażdżki airboatem (nie mam pojęcia, jak to się nazywa po polsku- to taka łódka ze śmigłem z tyłu). My oczywiście również taką atrakcję zaliczyliśmy :) Wybraliśmy Everglades Alligator Farm położoną w Homestead i szczerze polecam to miejsce. Za raptem $21 można spędzić miło pół dnia i przeżyć kilka interesujących rzeczy, jak właśnie wspomniany rejs airboatem po evergladzkich mokradłach, zobaczyć pokaz aligatorów, węży oraz uczestniczyć w karmieniu aligatorów. Osobiście uwielbiam takie rzeczy, więc dla mnie była to naprawdę fajna przygoda. Jeśli ktoś postanowi spróbować, ostrzegam- przygotujcie się, że z airboat'a wyjdziecie bardzo mokrzy :D

Zapraszam Was do obejrzenia kilku zdjęć z tego popołudnia i jednocześnie przepraszam za jakość- jako że było mokro, nie używaliśmy aparatu, a jedynie kamerki i komórki...

Najpierw wybraliśmy się na alligator show, podczas którego miły pan opowiedział trochę o życiu tych stworzeń oraz zaprezentował indiańskie metody poskramiania bestii :)




Kolejną atrakcją był rejs airboatem. Na początku można było podziwiać pływające w pobliżu parku aligatory i żółwie oraz wylegujące się na drzewach iguany, natomiast później łódka przyspieszyła i zadbała, by przy zakrętach każdy poczuł na sobie mokradła :D


mniej więcej taką łódką płynęliśmy :) fot. Internet

 Mokrzy, ale szczęśliwi poszliśmy na snake show. Och jaką radość sprawił mi pan zakładając, że boję się węży i biorąc mnie do pomocy...  Nie wiedział, na kogo trafił :D


Oglądaliśmy także karmienie aligatorów. Oczywiście nie takie prawdziwe, z taczkami mięsa, a jedynie lekkie dokarmianie, a właściwie dawanie smakołyków w postaci szczurów :) Tak czy inaczej, taka ilość olbrzymów gramolących się na brzeg robiła wrażenie!


W przerwach między pokazami spacerowaliśmy po farmie i oglądaliśmy żyjące tam zwierzęta. Zahaczyliśmy także o przedszkole dla aligatorów :) No i ok, zjedliśmy trochę aligatorowego mięsa :P




A prosto z Everglades pojechaliśmy na Key West, jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na Florydzie...

9/12/2013

Floryda- okolice Fort Myers i Naples

Floryda- okolice Fort Myers i Naples
   Następnego dnia z samego rana wyruszyliśmy do oddalonego o ok. 2 godziny od Tampy miasteczka Fort Myers, gdzie naszym gospodarzem, również couchsufingowym, miał być Matt. Po drodze zajechaliśmy jeszcze na małe śniadanko, oczywiście do Waffle House :) Co ciekawe, w Chicago i większości terenu Illinois restauracja ta nie występuje, natomiast od Indiany, przez Kentucky, Tennessee, Georgię, aż po samą Florydę, Waffle House można znaleźć przy 90% zjazdów z autostrady!


   Matt okazał się kolejną przesympatyczną osobą na naszej drodze. Po przyjeździe i krótkiej pogawędce, zabrał nas do Corkscrew Swamp Sanctuary, czyli ogromnego parku położonego na bagnach, po którym można spacerować, podziwiać naturę i wypatrywać dzikiej zwierzyny. Matt okazał się świetnym przewodnikiem, ponieważ swego czasu udzielał się w parku jako wolontariusz i bardzo dużo wiedział na temat miejsc, gdzie warto pójść oraz flory i fauny, którą widzieliśmy. Niestety, dojechaliśmy tam w porze największych w skali dnia upałów, więc wiele nie udało nam się wypatrzeć, ale i tak uważam to miejsce za godne polecenia i z chęcią wybrałabym się tam jeszcze raz. Poniżej kilka krajobrazów i stworzeń zamieszkujących bagienne sanktuarium. Niektórym zdjęciom przyjrzyjcie się dobrze!:)















   W międzyczasie wywiązała się rozmowa na temat różnych niebezpiecznych dla człowieka zwierząt na Florydzie. I tak oto: Matt potwierdził, że faktycznie zdarza się, że jakiś aligator pojawi się w mieście i zażywa kąpieli w fontannie, jednak nie ma co z tego powodu panikować; poinformował, że jest tylko kilka gatunków jadowitych pająków, ale żaden pająk żyjący na Florydzie swoim jadem nie zagraża zdrowej, dorosłej osobie; oraz oznajmił, że jak dla niego najbardziej przerażającymi stworzeniami są mrówki, które atakując stadnie są w stanie spowodować spore nieprzyjemności. Uwierzycie? Mrówki!

   Jako że w parku zastała nas pora obiadowa, prosto ze spaceru udaliśmy się do położonej w Naples restauracji Tommy Bahama. Muszę przyznać, że Matt zdecydowanie wiedział, gdzie nas zabrać, bo zjedliśmy naprawdę same smakowitości! Gdyby ktoś miał okazję tam być, to szczególnie polecam rybne taco oraz kozi ser z orzeszkami macadamia.

   Pod wieczór pogoda w Naples zdecydowanie się popsuła i popadał deszcz, co oczywiście wcale znacznie nie wpłynęło na wysokość temperatury. A my zdążyliśmy jeszcze zobaczyć dzielnicę bogaczy i wybrać się na molo, skąd wypatrzyliśmy nie tylko powszechne tutaj pelikany czy płaszczki, ale także delfiny :)


ptak czeka na rybę od młodych wędkarzy


A takie piękne potrafią być chmury!


I tak oto minął nam kolejny dzień na Floydzie. A kolejnego ranka wstaliśmy bardzo wcześnie, bo czekała nas długa droga przez Everglades aż po sam Key West!

Copyright © 2016 Pamiętnik Emigrantki , Blogger