Z okazji Black Friday/ Cyber Monday sprawiłam sobie w końcu już długo wyczekiwany czytnik książek- Amazon Kindle keyboard. Wprawdzie na żadną oszałamiającą promocję nie trafiłam, ale stwierdziłam, że już wystarczająco się naczekałam i czas w końcu zadziałać:) Głównym motywem tego zakupu była moja tęsknota za polskojęzyczną literaturą. Owszem, mamy w Chicago polskie księgarnie, ale asortyment jak dla mnie nie jest zadowalający, poza tym ceny też nie kuszą. Książek sprowadzać z Polski też się nie opłaca, chociażby ze względu na koszty przesyłki. Owszem, mogłabym czytać książki w wersji elektronicznej na komputerze, ale już i tak mam wystarczające wyrzuty sumienia w stosunku do mojego wzroku. Decyzja była więc dość prosta- czas zaopatrzyć się w czytnik. Poświęciłam sporo czasu buszując po Internecie (i wpadając w jeszcze większe wyrzuty z sumienia z powodu wzroku) i szukając takiego modelu, który odpowiadałby mi najbardziej. Wybór padł na Amazon Kindle keyboard. Podaruję sobie rozpisywanie się na temat parametrów technicznych, napiszę tylko, że póki co jestem z tego wyboru bardzo zadowolona i śmiało mogę to urządzenie polecić każdemu :)
| Tak, Sydney żyje i miewa się dobrze :) |
Użytkowanie nowej zabawki postanowiłam rozpocząć (oczywiście pomijając powitanie od Amazona i instrukcję obsługi) kulturalnie, od utworu jednego z moich ulubieńców, a mianowicie "Snu nocy letniej" Szekspira.
Potem niestety było gorzej... Ne wiem jakie licho podkusiło mnie, żeby sprawdzić, cóż to za cudo jest na ustach wszystkich- no i zakupiłam "50 twarzy Greya". Jeny, ale strata czasu! Przebrnęłam już prawie przez całość, do końca zostało mi raptem kilka rozdziałów, ale myślę, że raczej niczym się już nie zaskoczę i korci mnie strasznie, żeby wylać na internetowy papier swoich kilka gorzkich myśli na temat owej lektury.
Po pierwsze, nie polecam tej książki żadnemu facetowi. Po drugie, nie polecam tej książki nikomu, kogo nie fascynują historie miłosne zakompleksionych nastolatek i powalających na kolana facetów rodem ze "Zmierzchu". Po trzecie... nie wiem czy mogę polecić tę książkę komukolwiek, bo chyba nawet żaden erotoman ani fan BDSM nie byłby usatysfakcjonowany.
O co w tym wszystkim chodzi? Ano jest sobie 21-letnia dziewczyna, Anastasia Steele, nie dość że z zerową pewnością siebie i łamaga, to jeszcze nie stara się nic z tym zrobić. I jest sobie spaczony psychicznie facet, tytułowy Christian Grey, milioner lubujący się w praktykach sadomasochistycznych, który nie wiedzieć czemu zafascynował się rzeczoną ofermą i próbuje ją przekonać do swoich szalonych zabaw. Książka zaklasyfikowana została jako "porno dla kobiet" i moim zdaniem tak powinno zostać, bo do żadnej innej kategorii nie pasuje. Fabuła na początku może nawet wydawać się interesująca, ale po kilku rozdziałach zaczyna działać na nerwy. Jest po prostu mdło, a te wszystkie akcje typu "miłość po 2 tygodniach znajomości", "seks 5 razy dziennie, za każdym razem oczywiście z orgazm", "facet osaczający dziewczynę od samego początku znajomości, a ona szczęśliwa z tego powodu" oraz przede wszystkim "jestem taka brzydka, ale dalej będę wiązać włosy w kucyk i nosić dresy" wychodzą mi już bokiem. A najlepsze jest to, że to dopiero początek trylogii!
Ok, przyznaję, stoczyłam się sięgając po tę książkę, ale obiecuję poprawę! Od jutra biorę się za kolejnego Szekspira, "Szerloka Holmesa" czy jak najbardziej odpowiednią na ten miesiąc "Opowieść Wigilijną" ( co najlepsze- nie dość że wszystkie te pozycje to gwarancja dobrej lektury, to jeszcze na Internecie można je całkiem legalnie pobrać za darmo, podobnie jak wiele innych utworów do których majątkowe prawa autorskie już wygasły). Ach, no i czekam na jakąś godną polecenia wersję elektroniczną "Trafnego Wyboru"- mam nadzieję, że tak jak Rowling nie zawiodła mnie przy żadnej z części "Harrego Pottera", tak i tym razem stanie na wysokości zadania :)
I na koniec jeszcze jedna refleksja- czy ktoś może wytłumaczyć mi, jakim cudem w polskich księgarniach internetowych wersje elektroniczne książek są raptem o 3-4 zł tańsze niż wersje papierowe? Mam uwierzyć, że koszty papieru, druku, składu itp. to tylko te kilka złotych, czy może raczej bardziej prawdopodobna jest wersja, że wszędzie węszy się szansę na zysk?









